Zgorszyć najgorsze

Michał Trusewicz

Imperium postradanych zmysłów Kathy Acker to książka na wskroś anarchiczna – narusza wszelkie tabu, emanuje obscenicznością, neutralizuje prawidła gatunkowe, zachłannie plądruje literacki spichlerz całej kultury zachodniej. To literacka entropia, żerowanie na resztkach kośćca porządku społecznego. A mimo wszystko w tym świecie bez zasad da się dopatrzeć pewnych niewidocznych reguł, raz po raz nawiedzających umysły bohaterów.

Choć w książce Acker panuje łapczywa – by zacytować fragment z wiersza Wallace’a Stevensa – „forma wijąca się, spragniona chaosu” (tłum. Jacek Gutorow), powieść ta charakteryzuje się dość uporządkowaną, niemal traktatową strukturą. Części takie jak Elegia dla świata Ojców czy Zgładź opisują dekonstrukcję porządku patriarchalnego, Sam/i przedstawia świat po wyzwoleniu z normatywnego i kulturowego zahamowania, Noc piratów zaś – transgresyjny proces formowania się nowego społeczeństwa. Jak zaznacza Acker w rozmowie z Ellen G. Friedman: „Przeanalizowałam każde tabu – a przynajmniej spróbowałam – by sprawdzić, czym byłoby społeczeństwo bez nich”.

Imperium… wiele mówi o metodzie pisarskiej amerykańskiej autorki – z jednej strony odrzuca konwencjonalną fabularność prozy, z drugiej zaś nie polega wyłącznie na spontanicznej impulsywności i swobodnej intuicji. To wyjaśnia, dlaczego w jej twórczości tak wiele „uporządkowanego chaosu”, niezakłóconego przepływu skojarzeń i obrazów, dyscyplinowanego jednak górującym nad tekstem konceptem. Swoją literacką metodę Acker podsumowuje następująco w wywiadzie z Sylvere’em Lotringerem: „forma nie jest determinowana przez arbitralne reguły, lecz określana przez intencję”. Można powiedzieć, że dominantą w Imperium… jest intencjonalna impulsywność. Upadek porządku patriarchalnego i wyzwalająca moc anarchii stanowią jednocześnie strukturalną oś powieści – jakby w przekonaniu, że nie istnieje totalna nieograniczoność.

Acker w Imperium… nie tylko niszczy porządek patriarchalny, lecz także dokonuje dekonstrukcji wszelkich przejawów totalności i struktur władzy – atakuje monoteizm (dostarczający symbolicznego paliwa dla jedynowładztwa; „Bóg równa się kapitalizm […] [s]tąd Bóg przyzwala na odrobinę szczęścia ludziom”), kapitalizm (zamieniający seks, ciało i wszelką materię w towar), jak również freudowski edypalizm (skazujący jednostkę na trwanie w narzuconych rolach rodzinnych i społecznych) oraz instytucję małżeństwa (stanowiącą „jedną z form kolektywnej zbrodni”). Przewodniczką w tym świecie rujnowanych porządków jest Abhor (imię zresztą nieprzypadkowe, ang. abhorrence – wstręt), opisana jako „poł robot, a poł czarna” i będąca ucieleśnieniem odrazy, jaką kapitalistyczne społeczeństwo patriarchalne obdarzało jednostki o mieszanym pochodzeniu oraz wykluczonych innych i biednych. Acker interesują jednak hybrydyczne sploty i uwarunkowania – nie rozwija czarności lub cybernetyczności jako pełnej, jednoznacznej, esencjonalnej kategorii tożsamościowej, trudno zatem traktować Imperium… jako tradycyjną opowieść emancypacyjną.

Pierwsze rozdziały powieści to perwersyjny pastisz gatunku bildungsroman – o ile tradycyjna powieść o dojrzewaniu prowadzi do procesu integracji bohatera ze społeczeństwem poprzez zaakceptowanie obowiązujących norm, o tyle młodość Abhor rozwija się wraz z traumatycznym ukorzenieniem w przemocy i ambiwalentnym naruszaniu kolejnych tabu (w tym to pierwotne, dotyczące kazirodztwa i ojcobójstwa; „Jakaś część mnie chciała go, a jakaś część mnie chciała go zabić”). Relacja z ojcem jest zresztą niezwykle złożona – figura ta pełni funkcję zarówno niszczyciela, jak i wychowawcy: „Pogardzałam ludźmi takimi jak moja matka, którzy akceptowali wytchnienie – moralność, reguły społeczne. Tatuś nauczył mnie żyć w bólu, wiedzieć, że nie ma nic poza bólem. Ufałam mu w tej złożonej sprawie”.

Bohaterka nie integruje się z mieszczańsko-kapitalistycznym polem symbolicznym, Abhor wkracza w amoralny system opierający się na apoteozie bólu, co paradoksalnie pozwoliło jej przetrwać na marginesie istniejącego porządku społeczno-polityczno-ekonomicznego i żyć poza policją, prawem i państwem. W tym sensie Acker odrabia prace domowe z wykładów Foucaulta i Derridy, dla których wszelka władza symboliczna opiera się właśnie na zasadzie przymusu powtarzania, „iterowalności”. Abhor zamiast moralnych restrykcji wybiera niepewność, zamiast posłuszeństwa – dyskomfort, cierpienie, opor i konflikt. Dla Acker podmiotowość rozwija się zawsze poza uproszczającym „wytchnieniem” – wolność to przyjęcie nieładu i wieloznaczności jako najważniejszych wartości; być może dla Acker nie ma innej wolności niż ta sadomasochistyczna.

Na podobny dyskomfort naraża czytelnika sama narracja – Acker odrzuca konwencję budowania spójnego portretu psychologicznego bohaterów poprzez ich język: z jednej strony „Abhor nie umiała pisać, bo będąc czarną, była niewykształcona”, z drugiej zaś – bohaterka konstruuje swoje wypowiedzi tak, jakby parodiowała freudowską nomenklaturę lub polityczno-ekonomiczny żargon. Krzyżując dyskursy, Acker rozbija konwencje literackie i dokonuje „aktu przemocy” na czytelniku, demonstrując, że język splątanych tożsamości jest nieustającym polem walki, dlatego trudno mówić o jakiejkolwiek spójności w sposobie prowadzenia narracji. Co więcej, to wszystko ma dezorientować czytelnika – w trakcie lektury mamy porzucić kompas (również moralny) i nie ufać żadnym azymutom (Acker powiedziałaby – aksjomatom).

Koncepcje zarysowane w pierwszych częściach Imperium… znajdują naturalne rozwinięcie m.in. w rozdziale Sam/i, w którym Acker przedstawia ideę generatywnej niestabilności, według której ogólny chaos – by nie popaść w nihilistyczne skostnienie – staje się warunkiem narodzin czegoś nowego, „początkiem poranka”. Przewodnikami po tym świecie bez przypisanych przynależności okazują się kryminaliści i piraci – postaci pozostające w ciągłym ruchu, nieposiadające stałego miejsca na ziemi, stanowiące personifikacje postmodernistycznych rewolucjonistów. Acker odwraca również moralną interpretację przestępczości – złamanie prawa w obrębie niesprawiedliwego i opresyjnego systemu (np. kolonialnego) jawi się jako gest wolności.

Jak widać, powieściowy chaos jest jedynie pozorny – amerykańska powieściopisarka w kolejnych częściach książki bardzo skrupulatnie rozwija nowy słownik i nowy kodeks moralny na ruinach starego porządku. To dlatego siła niszczycielska z pierwszych rozdziałów nie zamieniła się w siłę wyjaławiającą – sadomasochistyczna destrukcyjność okazała się niezwykle płodna intelektualnie i właśnie ten „degenerujący intelektualizm” stanowi najistotniejszą dominantę Imperium postradanych zmysłów, co z jednej strony jest odbiciem ówcześnie panującej postmodernistycznej estetyki, a z drugiej – pokłosiem wiary, że wolność można poczuć najlepiej na własnej skórze, ba, na własnym języku.