Uśpione sumienie
Karol Templewicz
Nie pamiętam, kiedy książka dotknęła we mnie jakiejś struny tak boleśnie jak Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko Omara El Akkada. Złapałem się na tym, że chcąc podkreślić ważniejsze fragmenty, prawie nie wypuszczam ołówka z rąk Jednocześnie jej zrecenzowanie sprawiło mi wiele problemów. Zaczynałem kilkanaście razy i wciąż nie wiem, czy odnalazłem właściwy ton. Gdzieś z tyłu głowy ciągle brzęczy mi głos sugerujący, że nie mam prawa pisać na ten temat.
Któregoś dnia… to krótka i skondensowana książka – rodzaj manifestu i efekt utraty wiary w Zachód, który przekonany o własnej moralnej wyższości dopuszcza się coraz to nowych zbrodni. Źródłem tego rozczarowania jest brak adekwatnej reakcji na potworności, jakich Izrael dopuszcza się na Palestyńczykach (chodzi przede wszystkim o ludobójstwa w Gazie i kampanię przemocy na Zachodnim Brzegu). Jak to jest, pyta El Akkad, że cierpienie niektórych uznajemy za konieczne? Dlaczego nic w tej sprawie nie robimy?
Pisana od 2023 roku, a wydana dwa lata później książka ma bardzo przemyślaną konstrukcję. Łączy trzy płaszczyzny, które nawzajem się przenikają. To właśnie ciągły ruch pomiędzy nimi sprawia, że trudno jest wyabstrahować poszczególne wątki. Większość rodziny autora pozostała w autorytarnym Egipcie, ale jego ojciec zdecydował się na wyjazd – perspektywa arabskiego imigranta w Katarze, Kanadzie i wreszcie USA wyznacza pierwszą linię opowieści. Łączą się z nią pytania: jak traktowani są obcy? Kto jest „u siebie”? Kto ma prawo do tego, aby być widzianym? Kto ma prawo istnieć?
Owe pytania nieustannie przenikają się z drugą płaszczyzną tekstu, dotykającą kwestii systemowych. To zwięzły opis mechanizmu, który umożliwia USA prowadzenie polityki imperialnej przy jednoczesnym postrzeganiu siebie jako niezależnego buntownika, renegata oraz globalnej potęgi. W tym kontekście najistotniejsza jest odpowiedź na pytanie, w jaki sposób amerykańska opinia publiczna uzasadnia niemoralne praktyki władzy oraz jak ich broni. Autor Któregoś dnia... oskarża nie tylko kłamliwych polityków, ale i dziennikarzy, którzy ich kłamstwa normalizują i usprawiedliwiają. Pokazuje mechanizmy i sposoby uwikłania (dziennikarze „mają rachunki i kredyty”, a zawód, który wykonują, jest „niepewny i słabo płatny”), jednocześnie deklarując, że sam stracił serce do zawodu i przestał się czuć w nim „u siebie”.
Sporo miejsca poświęca na rozmontowanie chwytów retorycznych, które pozwalają na uśpienie sumienia i odsunięcie odpowiedzialności. Rezygnacja z wartości, które politycy dziennikarze i my, czytelnicy, traktujemy jako coś przezroczystego, sprawia, że sfera publiczna zostaje wyprana z treści, a jedynym kryterium oceny ogłaszamy skuteczność rozumianą jako popularność danej kwestii w sondażach. Przykładem tego mechanizmu jest dyskusja na temat specjalnych paszportów, jakie mieliby otrzymywać w Stanach Zjednoczonych muzułmanie. Była kandydatka na prezydenta Hillary Clinton krytykowała pomysł ze względów praktycznych, bo jej zdaniem mógłby osłabić potencjał USA w „wojnie z terrorem”. A przecież, jak przypomina El Akkad: „to nie z tego powodu taka propozycja zasługuje na potępienie. Zasługuje na potępienie, gdyż jest moralnie odrażająca”.
Istnieje oczywiście dobry powód, aby zrezygnować z języka wartości. Każdy, kto legitymizuje swoje działania, musi się liczyć z tym, że ta legitymizacja zostanie potraktowana poważnie. Kiedy PRL mówił, że jest państwem robotniczym, represje wobec robotników uderzały w samą rację bytu państwa. Kiedy Stany Zjednoczone określają się jako „najlepsza demokracja” albo „strażnik wartości”, torturowanie więźniów, wspieranie krwawych dyktatorów czy zabijanie całych rodzin z dronów, a więc działania stojące w jawnej sprzeczności z tymi deklaracjami, stają się problemem. Ale jak pokazała nam administracja Donalda Trumpa, odrzucenie wartości ma swoją cenę, a jest nią całkowita utrata wiarygodności. A także strach innych państw przed mocarstwem, które daje sobie prawo atakowania dowolnego celu bez troszczenia się o jakiekolwiek uzasadnienia.
Co ciekawe, ostrze krytyki El Akkada nie jest wymierzone przede wszystkim w amerykańską prawicę – najwyraźniej autor uznał ją za przypadek beznadziejny. Za cel bierze przede wszystkim liberałów. Zdaniem autora Któregoś dnia… to właśnie Demokraci, związane z nimi media, a także ich wyborcy najbardziej obnażają pustkę ziejącą w centrum amerykańskiej sfery publicznej. Choć są „przerażeni” czy „zdegustowani” poczynaniami prawicy zarówno w polityce wewnętrznej, jak i na arenie światowej, w rzeczywistości robią niewiele, by się od niej odróżnić.
A czemu polskiego czytelnika ma to wszystko interesować? Przecież nie jesteśmy mocarstwem, a za naszą wschodnią granicą toczy się zupełnie inna wojna. Publicyści powtarzają, że zmartwieniem nie jest tu Benjamin Netanjahu, lecz Władimir Putin. A na Ukrainie też giną przecież dzieci. Nie wystarczy, że przejmujemy się losem sąsiadów? Poza tym czy wolno nam drażnić USA? A jednak Polska od co najmniej 22 lat należy do tego samego Zachodu, który El Akkad sadza na ławie oskarżonych. W minionych dekadach nasze aspiracje międzynarodowe zostały spełnione. Teraz, jako państwo, które wysłało tysiące żołnierzy do Iraku i Afganistanu, jako kraj, który pozwolił otworzyć na swoim terytorium nielegalne więzienie, musimy zaakceptować, że ta przynależność ma również swoje ciemne strony.
Trzecią płaszczyzną książki El Akkada są otwierające każdy rozdział opisy śmierci i cierpienia, jakiemu w Gazie poddawani są Palestyńczycy. To obrazy dzieci mordowanych przez izraelskich snajperów, opowieści o ludziach głodzonych, bo izraelskie władze zablokowały wjazd pomocy humanitarnej. Fragment opublikowanych 18 maja 2026 „Uwag Ajitha Sunghaya, dyrektora Biura Praw Człowieka ONZ na Terenie Okupowanej Palestyny” powtarza niemal słowo w słowo jeden z tych wstępów: po zamachu Hamasu z 7 października 2023 roku „w domach, w schroniskach dla uchodźców, w szpitalach, w szkołach, w miejscach kultu, na ulicach, podczas oczekiwania na pomoc, podczas próby połowu ryb na morzu” zabitych zostało 72 769 Palestyńczyków. Służby wywiadowcze samego Izraela szacują, że 83 proc. z nich to ofiary cywilne. Szokujące obrazy, dane i relacje trafiają do każdego, kto nie robi wysiłku, żeby odwrócić wzrok. Ale większość z nas jest daleko, a wpływ jednostki jest przecież znikomy. Nie jesteśmy jednak zupełnie bezradni, bo możemy o tym mówić. El Akkad pokazuje, że płaszczyzna odległego cierpienia przenika się z dwiema pozostałymi, o których mowa była wcześniej.
Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko każe nam się skonfrontować z dysonansem. Lewicowe i liberalne poglądy łączą się w naszej części Europy z próbą rozliczenia antysemityzmu oraz przyjęciem współodpowiedzialności społeczeństw za Zagładę Żydów. Teraz, gdy to mordujący maszerują pod Gwiazdą Dawida, oskarżając równocześnie o antysemityzm każdego, kto się ich działaniu sprzeciwia, stało się to szczególnie trudne. Ale może to nie dysonans jest problemem, skoro zawieszenie prawa do azylu i wypychanie do lasu rodzin z dziećmi na granicy z Białorusią spotyka się w Polsce ze społecznym poparciem? Jak to w ogóle możliwe, skoro na liście lektur szkolnych znajdują się Medaliony Zofii Nałkowskiej, a teoretycznie każda osoba ze średnim wykształceniem słyszała wyrażenie „ludzie ludziom zgotowali ten los”? A przecież nie chcemy, by wzruszano ramionami, kiedy mówimy o naszych cierpieniach: o tym, jak Warszawa w odwecie za opor została zamieniona w morze ruin; o łapankach, obozach i mydle z ludzi. O Polakach szukających schronienia w innych krajach. Jeśli nie wolno nam odrzeć tego cierpienia ze znaczenia, musimy pilnować, by uznania doczekało się również każde inne. W przeciwnym razie wszyscy będziemy przeciw dopiero wtedy, gdy protest nic nas nie będzie kosztował.
A jednak, pomimo przygnębiającej konstatacji, że ignorując tragedię Palestyńczyków, niewiele różnimy się od Niemców, którzy mieszkali w pobliżu obozów koncentracyjnych i „nic nie wiedzieli”, książka El Akkada jest również wzruszającym manifestem człowieczeństwa. Pokazuje bowiem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto stawia opór..