Wiatry i grzmoty
Maciej Łubieński
Nie wiem, czy znamy się na tyle długo, ale pozwalam sobie na śmiałość i zapraszam państwa w podróż za granicę. Uprzedzam z góry, że brakuje tam kultury, albo, by rzecz ująć inaczej, kultura nie jest tam źródłem cierpień.
W tej sprawie przyda mi się patron, za którym będę mógł się schować przed cięgami ze strony oburzonych czytelników. Rolę tę powierzam gigantowi renesansu – papieskiemu sekretarzowi, wielkiemu pisarzowi – Poggio Braccioliniemu. To jego minuskuła stała się podstawą dla opracowania krojów czcionek, takich jak choćby Times New Roman, którą piszę tekst. To Poggio odszukał tekst poematu O Naturze rzeczy Lukrecjusza. Zdaniem Stephena Greenblatta bez tego odkrycia nie byłoby renesansu, a ja dodam, że w konsekwencji Greenblatt nie dostałby Pulitzera. Ale nieśmiertelność swą Poggio zawdzięcza także Facecjom – zbiorowi zabawnych anegdot. Oto historyjka spod numeru 85: był letni upalny dzień. Kardynał de Conti, zmęczony polowaniem chciał, żeby ktoś go powachlował. „Sekretarz papieża Eberhard Lupi rzekł: »Nie potrafię zrobić wiatru w sposób, do jakiego przywykłeś«, kardynał odpowiedział: »Zrób, jak potrafisz«. »Do diaska, bardzo chętnie!« – Eberhard na to. Podniósł wysoko prawą nogę i bardzo głośno pierdnął. Oznajmił, że w ten właśnie sposób robi wiatry. Wszystkich – a sporo osób było obecnych – metoda ta niezwykle ubawiła”.
Mamy tu, jak sądzę, klasyczną w komedii technikę zderzenia wysokiego z niskim. Kardynał, sekretarz papieża i „głośne pierdnięcie” – to gotowy przepis na „niezwykłe ubawienie”. W Bracciolińskim duchu Mark Twain opisuje w jednej z satyrycznych miniatur, jak na dworze królowej Elżbiety podczas przyjęcia dochodzi do „puszczenia wiatru”. Stara królowa zapewnia, że podczas swojego długiego panowania nie słyszała czegoś takiego i domaga się ujawnienia „autora”. Zainteresowanych przebiegiem wesołej dyskusji i rozwiązaniem zagadki odsyłam do utworu pod tytułem 1601. Tytułem zachęty dodam, że autorem grzmotu jest wielka postać renesansowej Anglii. Można podziwiać fantazję Twaina, ale wydaje się, że nie dorasta on fantazji Henryka II Plantageneta. Henryk otaczał się wykształciuchami, jednak wśród dworzan miał niejakiego Rolanda, który przeszedł do historii jako Roland Le Peteur albo Roland the Farter. Jego rola polegała na tym, by jednocześnie zrobić salto, gwizdnąć i puścić bąka. Raz w roku. W Boże Narodzenie. Na marginesie: tak, to Henryk zamordował biskupa Thomasa Becketta.
Wysokie z niskim może zderzać się na różne sposoby. Na przykład nadając naszemu błahemu/ordynarnemu tematowi formę naukowych rozważań. Benjamin Franklin, jak wiadomo, wielki człowiek nauki i polityki, był także, co wiadomo mniej, wielkim satyrykiem. Wśród jego słynnych żarcików jest list do Imperialnej i Królewskiej Akademii Nauk i Sztuk w Brukseli, w którym przedstawił projekt badań nad eliminacją przykrego zapachu, jaki powstaje podczas puszczania wiatrów. „Gdyby nie odrażający smród towarzyszący owym ujściom, kulturalni ludzie nie czuliby większego skrępowania przy wypuszczaniu wiatrów w towarzystwie, niż czują przy spluwaniu czy wydmuchiwaniu nosa”. Innym przykładem tego stylu jest Esej o wiatrach, dzieło współczesnego Franklinowi Charlesa Jamesa Foxa, architekta polityki zagranicznej gregoriańskiej Anglii. Tekst otwiera obszerna dedykacja dla kanclerza królestwa, którego wiatry są, jak twierdzi Fox, tak mocne, jak argumenty, jakich używa kanclerz w debatach. Po czym następuje pochwała, że „pierdnięciami” kanclerz daje wyraz swojemu demokratyzmowi, czyni tak bowiem zarówno wśród równych sobie, jak i prostych obywateli.
Ów swoiście rozumiany demokratyzm przywodzi na myśl Opowieści Kanterberyjskie Chaucera. Po pełnej patosu Opowieści rycerza następuje słynna w swojej zuchwałości Opowieść młynarza: ciemną nocą Absalom nalega, aby Alisoun dała się mu pocałować, nadstawia usta, a wtedy kochanek Alisoun – dowcipniś Mikołaj, wystawia tylną część ciała i puszcza bąka „jak grzmot pioruna”. Takie przeplatanie rejestrów poważnych i frywolnych kojarzy mi się z jeszcze wcześniejszym zjawiskiem. W starożytnych Atenach przedstawienia komediowe wystawiane były w pakiecie z tragediami podczas świąt religijnych. Ta sama publiczność rozpaczała nad dramatem Antygony, wzdrygała się, obserwując wyczyny Bachantek, i rechotała z „wiatrowych” żartów Kiełbaśnika z Rycerzy Arystofanesa.
W numerze 4/2026 „Nowych Książek” pisałem o pierwszym polskim żarcie. Tutaj odkryjemy najstarszy żart odnotowany w historii. Na sumeryjskiej tabliczce, którą zapisano 1000 lat przed Arystofanesem, znajduje się osobliwy koncept. Nie będzie to tłumaczenie z sumeryjskiego, tylko z depeszy Reutersa: „Coś, co nie zdarzyło się od niepamiętnych czasów: młoda kobieta nie pierdnęła, siedząc na kolanach swojego męża”. Nie można zajmować się historią humoru, nie sięgając do jego początków. Nie można pisać o humorze, pomijając jego skatologiczne oblicze.
Charles James Fox pisze do oburzonych czytelników swojego „traktatu”, że nie dba o ich sąd. Dostał bowiem za niego sowite wynagrodzenie. Obca mi jest buńczuczna postawa Foxa, obrażonych przepraszam, a czy dostanę wynagrodzenie? To już decyzja Redakcji.