Praktyki urzeczenia
Justyna Chmielewska
„Chciałbym […] wydobyć na światło dzienne dawno pogrzebane sposoby odczuwania wody, zarówno w dziejach, jak i w nas samych, by się przekonać, jakie przemiany przynieść może uznanie rzek za istoty żywe, ale również takie, które można zgładzić”, deklaruje na pierwszych stronach swej nowej książki Robert Macfarlane.
W Czy rzeka żyje?, podobnie jak we wcześniejszych tekstach – spośród których polscy czytelnicy mogą już znać Szlaki (2018), Góry. Stan umysłu (2018), Podziemia (2020) oraz Dzikie miejsca (2024) – łączy literaturoznawczą i antropologiczną erudycję z przyrodopisarskim zacięciem. Nieco inaczej niż dotąd zajmuje tu jednak jawnie polityczne stanowisko: dołączywszy do rozsianego po całym świecie plemienia obrońców dzikich wód, staje się, nomen omen, ich rzecznikiem. By opowiedzieć o ich znaczeniu, stanie oraz czyhających dziś na nie zagrożeniach, wprowadza do głównego nurtu nature writing argumenty i poetyki wywodzące się z mniej rozpowszechnionych, rdzennych idiomów, opartych na odmiennych ontologiach i epistemologiach oraz reprezentujących wrażliwości inne niż zachodnia. Tylko tak – przekonuje autor – mamy szansę oduczyć się kulturowo utrwalonych przekonań każących postrzegać rzeki (i szerzej: wodę) przede wszystkim jako zasób podlegający zarządzaniu i eksploatacji. Zamiast tego proponuje, byśmy zaczęli traktować je jako żywe istoty, potężne, lecz zarazem podatne na zranienie i wobec tego wymagające świadomej ochrony.
Tymczasem, jak obserwuje Macfarlane, w ciągu ostatnich stu kilkudziesięciu lat staliśmy się „wodoodporni: pojęciowo uszczelnieni, zabezpieczeni przed wejściem w subtelne, różnorakie relacje z rzekami, nawet jeśli nadal nawadniają nasze ciała, myśli, pieśni i opowieści”. By na nowo nawiązać te więzi, pisarz odbywa szereg podróży, podczas których – raz w trakcie rozmowy z dzieckiem, innym razem w czasie erudycyjnych dyskusji, wspólnego śpiewu, trudno przekładalnego na słowa rytuału, aktywistycznej interwencji albo traperskiego wyczynu – szuka pojęć, emocji i praktyk zdolnych przybliżyć nas do rzek i nauczyć dostrzegania złożoności ich kondycji. Tylko dzięki temu bowiem – mówi ustami swych bohaterów, sojuszników we wspólnej walce – będziemy w stanie je ochronić przed naporem infrastruktury, która potrafi przekształcać całe krajobrazy w źródło doraźnych zysków i prowadzi do ich degradacji.
W poszukiwaniu tych nowych-starych języków urzeczenia wyrusza do Ekwadoru – „niewielkiego kraju obdarzonego olbrzymią wyobraźnią moralną”, gdzie w 2008 roku wpisano do konstytucji bezprecedensowe artykuły o prawach przyrody, gwarantujące jej nienaruszalność i nakładające na państwo odpowiedzialność za jej ochronę. W towarzystwie grupy tyleż zaangażowanych, co oryginalnych towarzyszy – są wśród nich mykolożka szukająca grzybów na słuch, dźwiękowiec rejestrujący melodie leśnego podszytu oraz prawnicy broniący puszczy – podejmują wędrówkę do źródeł Río Los Cedros. Prowadzi ona przez niemal dziewiczy las mglisty, poważnie zagrożony przez planowane tam kopalnie odkrywkowe, i dla każdego z uczestników będzie rodzajem rytuału przejścia.
Pisarz odwiedza również południowoindyjskie miasto Ćennaj, zbudowane na mokradłach u ujścia trzech rzek, z których dwie są już martwe, trzecia zaś mocno skażona. Jego przewodnikiem po tym apokaliptycznym świecie, na którym piętno odcisnęły kolonialny ekstraktywizm i infrastrukturalny rasizm, jest Yuvan, który „w młodym wieku oddał się w całości zadaniu leczenia ran zadanych rzekom i ludziom”. Przemierzając wraz z nim zatrute krajobrazy i spędzając długą noc na próbach uratowania lęgów coraz poważniej zagrożonych wyginięciem żółwi morskich, Macfarlane stopniowo uczy się szczególnej filozofii Yuvana, w której głęboki animizm łączy się z tym, co chłopak nazywa inscendencją: próbą „zanurzania się w głąb świata, wnikania weń i zstępowania ku temu, co stanowi jego jądro”, w poszukiwaniu międzygatunkowej sprawiedliwości.
I wreszcie trzecia wyprawa, bodaj najbardziej wymagająca: kajakowy spływ potężną Mutehekau Shipu, czyli rzeką Magpie we wschodniej Kanadzie – dotąd prawie nietkniętą ludzką interwencją, lecz jak wiele innych zagrożoną projektami budowy gigantycznych tam. Macfarlane gra tu z konwencją relacji z męskiej wyprawy, testującej fizyczną siłę oraz hart ducha śmiałków, którzy porwą się na ten wyczyn – i rozsadza ją od wewnątrz opowieścią o własnej kruchości. A także o olśnieniach, jakie potrafią się zdarzyć przy spotkaniach z dzikim borealnym krajobrazem, i o kolejnych etapach inicjacji do rzecznego plemienia.
W tych wszystkich narracjach pisarz szuka języka zdolnego oddać napotykane w tych podróżach krajobrazy, pokazać kilka słabo dotąd opisanych, bo rzadko odwiedzanych przyrodniczych mikroświatów, ale też gąszcz emocji towarzyszących ich poznawaniu oraz – coraz częściej – uświadamianiu sobie tego, jak są cenne i jak poważnie zagrożone. To języki fascynacji, ale również żałoby; czerpią na równi ze słowników biologii, geologii i fizyki, z kodeksów prawnych i z pola filozofii, poezji i mitu. W tekście Czy rzeka żyje?, będącym zapisem wielu prób odpowiedzi na tytułowe pytanie, pisarz uruchamia rozmaite idiomy i konwencje przedstawiania zarówno świata przyrody, jak i własnych wewnętrznych doświadczeń czułego weń zaangażowania, eksplorując możliwości trybu opisu, który za Robin Wall Kimmerer nazywa gramatykami ożywienia.
To dotąd bodaj „najgorętsza” książka Roberta Macfarlane’a, będąca wypowiedzią w jasno określonej sprawie: na rzecz uznania rzek za żywe istoty, godne i wymagające skutecznej ochrony. W tej walce brytyjski literaturoznawca, podróżnik i przyrodopisarz uruchamia cały swój potężny arsenał: erudycyjne fragmenty śledzące geograficzne i historyczne ścieżki zjawisk czy pojęć sąsiadują tu z merytorycznie podbudowanymi przedstawieniami skomplikowanych procesów (i raz będzie chodziło o dzieje formacji geologicznych, innym zaś razem o ewolucję prawodawstwa), a opisy podróżniczych wyczynów przeplatane są literackimi eksperymentami testującymi nowe bądź przywracającymi dawno zapomniane słowniki i alternatywne składnie. Rysuje też kilka czułych portretów swych towarzyszy i przewodników, sojuszników we wspólnej walce. W tym pisaniu Macfarlane pozostaje szczery i szczodry: w dyskretny i niedominacyjny sposób włącza we własny tekst inne, słabiej słyszalne, zarówno ludzkie, jak i nieludzkie głosy. Warto ich posłuchać.