Twarze Tove Ditlevsen

Aleksandra Kumala

„Rzeczywistość nigdy mnie nie obchodziła; nigdy też o niej nie pisałam” – deklarowała Tove Ditlevsen, mistrzyni autofikcji, autorka przełożonych na język polski Twarzy (2007), opowiadających o zmaganiach z chorobą psychiczną, Ulicy dzieciństwa (2021), poświęconej dorastaniu w robotniczej dzielnicy Kopenhagi i aspiracjom literackim, poruszającej ten sam temat Trylogii kopenhaskiej (2022, 2026) oraz zbioru opowiadań Moja żona nie tańczy (2024). A jednak wydanego w 1975 roku Pokoju Vilhelma nie sposób czytać w oderwaniu od autobiograficznego klucza. To ostatnie z blisko trzydziestu jej dzieł, opublikowane zaledwie rok przed samobójczą śmiercią; cały szereg wątków i wydarzeń pozostaje paralelnych z osobistymi doświadczeniami i trajektorią losów duńskiej pisarki.

Punkt wyjścia powieści stanowi rozpad małżeństwa poetki Lise Mundus (będącej zarazem bohaterką Twarzy) i potentata prasowego, Vilhelma. Wyprowadza się on do kochanki, Mille, posiadającej, co z przekąsem odnotowuje narratorka, „imponującą zdolność do nieustannej pseudorozsądnej aktywności z rodzaju tych, jakie nigdy nie prowadzą do żadnych widocznych dla innych rezultatów”.

Protagonistka tymczasem, przebywając w szpitalu psychiatrycznym, pisze anons prasowy: szuka kogoś, kto zająłby tytułowy pokój, wprowadził się do mieszkania dzielonego z ich nastoletnim synem Tomem. (Lise, podobnie jak Ditlevsen, ma jeszcze dwoje dorosłych dzieci. Stosunek pisarki do macierzyństwa Lise Busk-Jensen opisuje jako „cyniczny, a nie sentymentalny”).

Na ochotnika zgłasza się mieszkający po sąsiedzku niepozorny Kurt, którego pani Andersen, pomoc domowa Lise, natychmiast uznaje za „zwykłego oszusta matrymonialnego”. Konstruując swoje literackie alter ego (jedno z wielu), Ditlevsen umiejętnie gra stereotypem porzuconej, rozgoryczonej żony. Lise zachodzi w głowę, „jak tej wielbiącej zdrowy styl życia paszteciarce [Mille] udało się odepchnąć moją rękę z gorącego pulsującego środka […] życia” Vilhelma, to znów trzyma kciuki, aby jego kochanka zdołała „wytrzymać z tym pojemnikiem, w którym whisky wymieszała się z tabletkami nasennymi”.

 

Matki, żony i kochanki

Niedługo po premierze Pokój Vilhelma zostaje przez czasopismo „Aktuelt” okrzyknięty „szczytowym prozatorskim osiągnięciem” Ditlevsen; krytyk Jens Kistrup nazywa go „najbardziej poruszającą duńską powieścią o miłości, jaką zna”. Równie często co tropy autobiograficzne we współczesnej recepcji powieści powracają głosy dotyczące jej „dziwności” czy wręcz „niezręczności”: dotyczą zawiązania i rozwoju akcji, postawy głównej bohaterki oraz specyfiki narracji.

Wziąwszy pod uwagę ciężar tematyczny, rzeczywiście zaskakuje dezynwoltura, z jaką Ditlevsen zmienia rejestry i punkty widzenia, porzuca poszczególne wątki, a nawet postaci („właśnie w tym momencie opuścimy go z życzeniami wesołych świąt czy innymi nic nie mówiącymi pozdrowieniami”). Imponuje łatwość, z jaką skraca dystans, to znów go buduje. Regularnie sięga po ironię i dowcip, ale nigdy nie popada w prześmiewcze czy bezlitosne tony.

Mimo oczywistego talentu, odniesionego sukcesu i awansu społecznego Lise walczy z „syndromem oszustki”. Samoocena kobiety wystawiana jest na próbę nie tylko przez najbliższego mężczyznę, ale również przez nią samą. Oto paradoksy i pułapki toksycznej relacji: protagonistka potrafi bezbłędnie wypunktować przywary ukochanego, ale ich świadomość nie czyni jej odporną na jego obelgi i manipulacje.

„[N]ie potrzebowałam ambitnego męża, wystarczyło, że sama taka byłam”, stwierdza Lise, po czym dodaje: „We wszystkich swoich małżeństwach nalegałam na to, aby spać osobno, ponieważ moje wielkie dziecinne marzenie o własnym pokoju nigdy mnie nie opuściło”. Emancypacja ma dla niej wymiar klasowy i ekonomiczny. Podobnie jest u Ditlevsen – swój pierwszy wiersz napisała jako dziesięciolatka, ale już cztery lata później musiała przerwać naukę i zacząć zarabiać, aby wspomóc rodzinę. Była m.in. służącą, pomocą kuchenną, magazynierką, asystentką w biurze drukarni litograficznej czy urzędniczką Państwowego Urzędu ds. Zboża. „Okrągły pokój” to nie tylko tytuł ostatniego tomu jej poezji (1973) – to także metafora upragnionej swobody twórczej, symbol awansu i, całkiem dosłownie, przestrzeń umożliwiająca intelektualną pracę zarobkową.

 

Podziurawiona powierzchnia

Zdaniem Jensa Andersena, literaturoznawcy i biografa pisarki, począwszy od lat 60. XX wieku jej twórczość naznaczają utrata wiary w instytucję małżeństwa i rozczarowanie tradycyjnym, mieszczańskim modelem życia (oraz próbami jego przełamania, tj. otwartym związkiem i licznymi romansami). Obecna w powieści od pierwszych stron antycypacja samobójstwa ujawnia kolejną cechę charakterystyczną twórczości Ditlevsen – „bezbronność jako narzędzie emancypacji” (określenie Olgi Ravn). Nawet jeśli wizję „czarującego baletu białych tabletek […] przy dźwiękach rokokowej muzyki” uznać za kiczowatą, Pokój Vilhelma wpisuje się w podgatunek pisarstwa kobiecego, który Marilyn Yalom określa jako „poświęcony toposowi szaleństwa”.

Co ważne, samobójstwo nie jest tu aktem słabości, lecz „gestem wyzwalającym od struktur społecznych”. Jak na dłoni widać to u Lise: „czasy są szalone, a ona myśli: społeczeństwo. Od razu wyobraża sobie […] bezkresną szarą podziurawioną powierzchnię, substancję przypominającą lawę, po której ludzie biegają boso”. Ditlevsen nie rozkoszuje się wizją samozagłady, nie romantyzuje tego aktu. Przekonana o jego nieuchronności, skutecznie unika pułapek maladycznej egzaltacji, przekracza czytelnicze oczekiwania i wciąż aktualne kulturowe tabu: […] ci, którzy widzieli ją w tamtych dniach, kiedy wypełniała ją własna śmierć, mogą poświadczyć, że kiedy lęk opuścił jej duszę, życie wydawało jej się cudowne. Wreszcie zaczęła kochać świat, ale tylko dlatego, że miał zniknąć razem z nią – tłumaczy narratorka.

 

Zjawiska wyjątkowe

Nie jest tajemnicą, że wzór dla tytułowej postaci – podobnie jak dla wielu innych mężowskich figur w literackim dorobku Ditlevsen – stanowił czwarty mąż pisarki, Victor Andreasen, z którym rozwiodła się po blisko dwudziestu spędzonych w burzliwej relacji latach. Niedługo po rozstaniu wywołała zresztą skandal, publikując anons, którego treść niemal pokrywa się z tą powieściową.

Vilhelm „[c]zysto teoretycznie podziwiał kobiety wyemancypowane, były nimi wszystkie jego współpracownice, lecz niech go Bóg broni od życia z którąś z nich pod jednym dachem”. O ile on reprezentuje więc opcję dziaderską, o tyle ona niespecjalnie odnajduje się w patriarchalnej rzeczywistości: „potrafiła siedzieć i pisać godzinami, nie czując zmęczenia, lecz najdrobniejsza domowa czynność nudziła ją tak bezgranicznie, że dostawała mdłości, a ręce lepiły jej się od potu”. W wierszu zatytułowanym Selvportrat 1 [Autoportret 1] (1969), podporządkowanym logice opozycyjnego wyliczenia, Ditlevsen deklaruje w podobnym tonie (przekład własny):

 

Nie potrafię:

gotować

dobrze wyglądać w kapeluszu

zabawiać towarzystwa […]

Potrafię: […] być sama

zmyć naczynia

czytać książki

tworzyć zdania

słuchać

i być szczęśliwą

bez poczucia winy.

 

Andreasen – potentat prasowy, redaktor tabloidu „Ekstra Bladet”, który ocalił przed bankructwem, na przełomie wieków trafił na listę stu najbardziej wpływowych ludzi dwudziestowiecznej Danii. Mniej więcej w tym samym czasie Karen Syberg, biografka Ditlevsen, pozyskała – wówczas nieujawnione – informacje o molestowaniu przez niego pasierbicy, Helle Munk, przez około cztery lata (między 15 a 19 rokiem życia dziewczyny). Córka ofiary, Lise Munk-Thygesen, pisze o tym otwarcie w swojej książce z 2023 roku.

Na gorzką ironię zakrawa fakt, że powieściowy debiut Ditlevsen z 1941 roku, Man gjorde et Barn Fortrad [Skrzywdzone dziecko], opowiada o młodej kobiecie wykorzystanej seksualnie w dzieciństwie. W wywiadach Ditlevsen stanowczo zaprzeczała posiadaniu takich doświadczeń; zainspirować miała ją historia dziewczynki z sąsiedztwa, którą w latach 20. XX wieku skrzywdzono i zamordowano.

Wątek ten powrócił przy okazji premiery Min mormor var Tove Ditlevsen [Moją babcią była Tove Ditlevsen] – w internecie pojawiła się odpowiedź pisarki na list przesłany do redakcji „Familie Journalen” w 1971 roku. Zatroskana czytelniczka pyta, czy zgłosić na policję próbę gwałtu męża na trzynastoletniej córce. Ditlevsen – która z Andreasenem rozwiedzie się dwa lata później – wątpi, by „którejkolwiek ze stron przyniosło to korzyści”, i dodaje: „nie jest […] zjawiskiem wyjątkowym, że ojczymowie ulegają pokusie, mieszkając pod jednym dachem z dorastającą dziewczyną”.

W latach 1956—1976 na adres tygodnika nadesłano w sumie 4000 listów – przede wszystkim młodych kobiet, również tych zajmujących się domem i dziećmi. Skandynawskie feministki z grupy Rodstromper (Czerwone Pończochy) zarzucały Ditlevsen, że swoją uprzywilejowaną pozycję i regularny kontakt z nimi trwoniła, zachęcając do ustępstw, zamiast zagrzewać do równościowej rewolucji. „Wszyscy musimy rezygnować, prowadząc codzienną walkę między uczuciem i rozsądkiem. Na ziemi nie ma raju” (przeł. Maria Krysztofiak), odpowiadała w publikacji z 1969 roku. Choć w życiu prywatnym realizowała cały szereg feministycznych postulatów, konsekwentnie stroniła od otwartego politycznego zaangażowania.

 

Autofikcje

Jak przekonuje Sandra Newman, Ditlevsen udowadnia, że nie musi się przejmować „zwykłymi przyjemnościami, jakie daje fikcja. Fabuła jest serią przypadkowych wydarzeń, które nikogo nie obchodzą”. Wyjątkowości tej prozy – schaotyzowanej, dziwacznej, momentami nierównej, mimo skromnej objętości problemowo przebogatej – upatrywałabym w nieskrępowanej swobodzie, wolności i atmosferze nieuchronności zarazem.

Można ją czytać jako „autofikcyjny list pożegnalny” czy literacki testament. Z całą pewnością jest jednak czymś więcej niż – to znowu Newman – „poruszającym świadectwem katastrofalnej [w skutkach] choroby psychicznej”.

Po upływie ponad pół wieku powieść tę czyta się zupełnie inaczej: cieniem kładzie się na niej nie tylko samobójstwo Ditlevsen, ale także przemoc seksualna, o której wiedziała i na temat której konsekwentnie milczała. Frapujące pozostaje dziś nie tylko to, co Pokój Vilhelma demaskuje, ale i to, co zataja.