Wgląd w bogactwo ludzkiej psychiki

Mateusz Wysocki

Na krześle siedzi mężczyzna z nogą założoną na nogę. Ma żywe, niespokojne spojrzenie. Jest świadomy swojego uroku – szuka dla siebie odpowiedniej pozy i idealnego kąta, dzięki któremu kamera zdoła oddać ponadczasowe piękno rysów jego twarzy. Papierosa trzyma delikatnie niczym pędzel, którym odmalowuje barwne szczegóły swoich przygód. Wypowiada płynnie zdanie za zdaniem, jakby swoją rolę znał na pamięć. Przestaje mówić tylko po to, żeby pokazać zniewalający uśmiech, po czym wraca do opowieści i wtórującej jej gestykulacji. Jego rozgorączkowane ciało wytwarza niecodzienną aurę.

O czym mówi? Z jego wypowiedzi wynika, że jest kimś wysoko postawionym, wpływowym człowiekiem zajmującym się zagadnieniami trudnymi do wytłumaczenia zwykłemu śmiertelnikowi. Wspomina o religii, badaniach mózgu, flirtowaniu z kobietami, kosmosie. Spoza kadru raz na jakiś czas padają krótkie pytania, ale mówca nie zawraca sobie nimi głowy i opowiada dalej z właściwą sobie charyzmą.

Gdybym miał zgadnąć, kto jest reżyserem tego filmu, obstawiałbym Cassavetesa, bo ten fragment ma w sobie wyjątkową mieszaninę intymności i pasji, charakterystyczną dla jego twórczości. W rzeczywistości jest to jednak zarejestrowany na wideo wywiad z mężczyzną zdiagnozowanym na chorobę afektywną dwubiegunową, który przechodzi właśnie epizod hipomaniakalny.

Dlaczego zdecydowałem się zacząć swoją recenzję od tego dość szczegółowego opisu? Przemysł filmowy znacząco wpłynął na normalizowanie zachowań, które mają typowo chorobowe podłoże. Jako widzowie przez lata obcowania z filmowym medium zostaliśmy przyzwyczajeni do pewnego rodzaju nadekspresji, którą odruchowo kojarzymy z dobrym aktorstwem i której łakniemy mocniej niż zwyczajnego rzemiosła. A stąd blisko już do wniosku, że choroby psychiczne i zaburzenia osobowości nie są dla nas, konsumentów kultury, żadną tajemnicą – żeby zacząć je rozpoznawać i rozumieć, musimy ponownie przyjrzeć się temu, co już znamy, ale mylnie przyporządkowaliśmy do innego obszaru wiedzy i doświadczenia.

Z tego właśnie założenia wychodzą Gosia Kulik i Tomek Żarnecki w swojej książce Co przychodzi nam do głowy?, opisywanej przez wydawcę jako „kolekcja szalonych opowieści o uzdrawianiu umysłu”. Jej celem jest przeprowadzenie czytelnika przez krótkie epizody i rodzajowe scenki, które miały miejsce w różnych okresach historycznych. Zostały wybrane w taki sposób, żeby substancjalnie ujmowały dane zagadnienie, ale nie wymagały szerszego komentarza.

Ta „wyrozumiałość” tekstu wobec czytelnika jest największą zaletą książki. Dzięki niej autorzy zdołali uniknąć jałowego moralizowania i karkołomnych analiz, które musiałyby uwzględniać mnóstwo trudnych do zweryfikowania zmiennych. Zamiast oceniać czy podważać, przyglądają się z zaciekawieniem temu, jak rozwijała się psychiatria.

Po książce poruszamy się jak po galerii podzielonej na kilka mniejszych pomieszczeń, takich jak depresja, schizofrenia czy zaburzenia lękowe. W każdym z nich znajdziemy zbiór kilku epizodów, a obok – gablotki, którym Gosia nadała wizualną, syntetyczną formę. Transponują one na obraz to, co najważniejsze w tekście. Ułatwiają zapamiętywanie, a czasem wprowadzają humor, szczególnie tam, gdzie parametr absurdalności w historiach został mocno podkręcony.

Bohaterami i bohaterkami książki są nie tylko osoby chore i zaburzone, ale również psychiatrzy, którzy mniej lub bardziej skutecznymi metodami próbowali leczyć dusze i ciała pacjentów. W wielu sytuacjach musieli kierować się intuicją, zamiast empirycznymi danymi. W ramach terapii zalecano grę w szachy, nakłuwanie skóry i pokrywanie jej plastrami gorczycy, zanurzanie się w ciepłej wodzie czy oczywiście obowiązkowe upuszczanie krwi.

Na ciężko chorych osobach, dla których samo przebywanie we własnym ciele było ekstremalnie wyczerpującym doświadczeniem, eksperymentowano na wszelkie możliwe sposoby, jakby zakładano milcząco, że i tak nie może być już gorzej. Co przychodzi nam do głowy? jest w tym zakresie wypełnione po brzegi ludzką kreatywnością.

Z perspektywy współczesności, kiedy dysponujemy już względnie precyzyjnymi pomiarami z zakresu neurobiologii czy farmakokinetyki, a przede wszystkim, przypisujemy zupełnie inną wartość życiu ludzkiemu, te paranaukowe fantazmaty jawią się nam jako nieporadne błądzenie, pociągające za sobą jeszcze więcej cierpienia zamiast ulgi.

Chociaż książka opiera się w głównej mierze na tekście, nie sposób przejść obojętnie obok jej warstwy wizualnej. Jej autorka, Gosia Kulik, przez lata zbierała doświadczenia związane z malarstwem i powieścią graficzną (zwracam uwagę przede wszystkim na świetne Poczwarki, wydane kilka lat temu przez Kulturę Gniewu), co widać na każdej stronie tej książki. Jej ilustracje, prowadzone charakterystyczną kreską, pełne inwencji i ciekawych rozwiązań formalnych, płynnie wprowadzają czytelnika w niełatwą tematykę. Podobnie jak w przypadku tekstu, właściwy jest im pewien wypracowany dystans, niejednokrotnie pełniący funkcję kontrapunktu, który lekturę tych opowieści czyni nieco lżejszą.

Dla kogo zatem przeznaczona jest ta pozycja? Osoby starsze rozpoznają część wątków, chociażby z popkultury, ale będą miały możliwość ponownego ich przemyślenia i uporządkowania. Z kolei młodszy czytelnik, do którego w moim odczuciu Co przychodzi nam do głowy? jest skierowane, powinien być zachwycony tym syntetycznym i świetnie opracowanym wglądem w bogactwo ludzkiej psychiki..