Nie tak wielka ściema
Karol Templewicz
Każdy rodzic, który chce, by jego dzieci wyrosły na samodzielnych, zdrowych dorosłych, wie, że musi dać im czas na naukę. Żaden pięciolatek nie zmyje od razu naczyń na błysk. Nie ma też ludzi, którzy rodzą się z instynktowną znajomością przepisów czy umiejętnością nastawienia prania. Wszystkie te umiejętności muszą zostać nabyte przez praktykę i doświadczenie.
Wciąż znajdują się opiekunowie, którzy nie znajdą czasu, by gotować lub sprzątać razem z dziećmi, tylko będą wszystko robić sami, bo siekają cebulę dziesięciokrotnie szybciej i drobniej niż sześciolatek albo odkurzają dokładniej, niż siedmiolatka, ale za to narzekają później, że te same dzieci w wieku lat piętnastu „nic nie potrafią zrobić same”. W rezultacie stają się podobne do bohatera serii humorystycznych książek dla nastolatków o Cwaniaczku, Grega Heffleya. Greg, jak na Amerykanina przystało, na podobne pretensje rodziców odpowiada najczęściej, że nie musi umieć robić danej rzeczy, bo po prostu sobie ją kupi albo za jakąś usługę zapłaci.
W Wielkiej ściemie Mariana Mazzucato i Rosie Collington przekonują, że jako społeczeństwa zachowujemy się wobec państw podobnie, jak rodzice, którzy nie pozwalają swoim dzieciom nabyć niezbędnych umiejętności. Nie możemy znieść przez chwilę, że warzywa będą pokrojone nierówno, a w jajecznicy zachrupie kilka skorupek, wobec tego skazujemy się kolektywnie na gotowe dania odgrzewane w mikrofali. Podobnie zamiast rozwijać kompetencje państw (oraz przedsiębiorstw), coraz więcej kluczowych procesów zleca się firmom konsultingowym. Autorki deklarują, że wiwisekcja nowoczesnego konsultingu pozwala przyjrzeć się bliżej ostatnim dekadom przemian kapitalizmu. Dzieje się tak, ponieważ wielkie firmy konsultingowe czerpią ogromne zyski z doradzania przy procesach prywatyzacji, wdrażaniu nowych technik zarządzania bądź outsourcingu usług publicznych, czyli daniach z typowego menu neoliberalnych rozwiązań.
Tytułowa „ściema” polega, zdaniem autorek, na wmówieniu państwom i przedsiębiorstwom, że firmy konsultingowe są w stanie dostarczyć wymierną wartość, za którą warto zapłacić, ponieważ są to „niezależni eksperci”, którzy oferują „obiektywne spojrzenie”.
W zamian Mazzucato i Collington proponują, by postawić na państwo jako aktywnego inwestora i innowatora, który ryzykuje, finansuje przełomowe technologie i napędza rozwój gospodarczy, często wyprzedzając sektor prywatny. Jest to nic innego jak koncepcja przedsiębiorczego państwa sformułowana przez Mazzucato w jej głośnej książce pod tym samym tytułem. Do jej polskiego wydania wstęp napisał Mateusz Morawiecki, a hasło stało się symbolem (i, niestety, niewiele więcej) korekty neoliberalnego przekonania, że wszystko, co państwowe, jest z zasady gorsze i mniej efektywne. Patrząc z perspektywy drugiej dekady XXI wieku, Mazzucato przypomina, że to państwowa infrastruktura oraz elementy centralnego planowania oraz odgórne impulsy rozwojowe przyniosły bezprecedensową erupcję innowacji oraz największy wzrost dobrobytu w historii. Odwołując się również do licznych współczesnych przykładów ze świata, angielsko-włoska ekonomistka przekonująco pokazała tam, że to państwa mogą i powinny przyjąć na siebie rolę aktywnych przedsiębiorców.
Wielkiej ściemie tej siły przekonywania niestety trochę brakuje. Przystępując do lektury, spodziewałem się dostać do ręki twarde dowody na współudział firm konsultingowych w psuciu państw i osłabianiu sprawczości naszych społeczeństw. Tymczasem po przeczytaniu książki zostajemy z mocną diagnozą oraz szeregiem anegdotycznych przykładów, które choć mogą służyć za ilustrację opisywanych mechanizmów, nie dowodzą ostatecznie ich powszechności. Katastrofa finansów Portoryka, które zostało de facto oddane w zarząd komisaryczny młodym konsultingowym wilczkom z McKinseya, albo fiasko budowy nowego sztokholmskiego szpitala w modelu partnerstwa publiczno-prywatnego, w którego organizacji zignorowano realne potrzeby i doświadczenia personelu, stanowią przykłady fiaska konsultingowego zarządzania. To ciekawe przypadki, mamy tu jednak do czynienia z zabiegiem powszechnie stosowanym również przez autorów nurtu neoliberalnego: z pojedynczych, odpowiednio dobranych przykładów porażek fastryguje się argumentację służącą ośmieszeniu drugiej strony ideologicznej barykady.
Moje wątpliwości budzą też pewne aspekty historycznej rekonstrukcji tego, jak zmieniała się rola konsultingu. Branża zaczęła się tworzyć na przełomie XIX i XX wieku wraz z okrzepnięciem rewolucji przemysłowej i potrzebą wdrażania rozwiązań na szerszą skalę. Niezależni inżynierowie, osoby z doświadczeniem w branży np. naftowej, byli zatrudniani dla swojej wiedzy i doświadczenia. Konsulting był sposobem na osiągnięcie efektu skali w dyfuzji wiedzy: eksperci dostarczali niezbędnej wiedzy, która pozwalała uruchamiać i ulepszać procesy przemysłowe. W obecnej formie konsulting można uznać za sztandarowy biznes „końca historii”. Rozkwitał w państwach, w których urzędnicy państwowi stali się głównymi kozłami ofiarnymi za sprawą polityki Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, ale wiatru w żagle dostał za rządów tzw. Trzeciej Drogi, a przede wszystkim brytyjskiej Partii Pracy Tony’ego Blaira. Był to kontekst, który sprawił, że proces zachodzący już wcześniej (poszukiwanie przez państwa wiedzy z zewnątrz) nabrał nowego charakteru. Tu właśnie widzę pewien problem: dzisiejsze żerowanie na niepewnych siebie administracjach publicznych schyłkowego końca historii z technokratycznym państwem rozwoju, które wydało z siebie Bell Labs. To, że konsultanci wpływali na Plan Marshalla w Europie, również nie wydaje mi się jakoś specjalnie kontrowersyjne.
W książce zdecydowanie brakuje mi również wykorzystania bardziej rygorystycznego aparatu badawczego. Choć autorki przeprowadziły wiele rozmów z byłymi i obecnymi konsultantami, cytaty z tych rozmów służą jedynie jako dodatkowe ilustracje do przedstawianych tez. Oczywiście wgląd pracowniczek sektora oraz przytaczane przez nie sytuacje są wartościowym źródłem informacji. Ale znów: jedna czy dwie relacje to za mało, żeby dowieść bez cienia wątpliwości powszechności omawianych mechanizmów. Niestety autorki nie pokusiły się o systematyczną analizę materiału badawczego.
W lekturze nie pomaga, że pomimo prób zdefiniowania mgławicowego biznesu konsultingu przeskakujemy ciągle między jego różnymi wymiarami. Wśród bohaterów książki znajdziemy zarówno takie firmy, jak McKinsey, Boston Consulting Group (BCG) czy Bain & Company nazywane „Wielką Trójką” firm doradztwa strategicznego, jak i szerzej znaną „Wielką Czwórkę”: PwC, Deloitte, KPMG i EY – czyli firmy, które zbudowały swoją rozpoznawalność na oferowaniu audytów finansowych. Prócz nich pojawiają się m.in. podwykonawca z sektora bezpieczeństwa Booz Allen Hamilton (to w niej pracował Edward Snowden) czy giganci outsourcingu Serco i Sodexo. Opracowywanie systemu informatycznego albo nowego organogramu jest jednak czym innym niż wypchnięcie pielęgniarek czy obsługi technicznej szpitala do zewnętrznych firm.
Choć ambicją książki jest pokazanie strukturalnych uwarunkowań i mechanizmów funkcjonowania „konsultokracji”, trudno oprzeć się wrażeniu, że głównym czarnym charakterem jest amerykański McKinsey. Pokazane przez Collington i Mazzucato przykłady skandali (jak wspomniane wydrenowanie Portoryko), działań wymierzonych w związki zawodowe czy, szerzej, w świat pracy oraz inne mniejsze i większe podłości każą podejrzewać, że jest to opinia w pełni zasłużona. W odniesieniu do innych czołowych firm trudniej o podobnie jaskrawe przykłady.
Moją wyjątkową irytację wzbudził jednak rozdział poświęcony ESG. Akronim ten oznacza działania w sferze ekologii, kwestii społecznych i zarządczych, który zastąpił (w pewnym uproszczeniu) znaną szerzej społeczną odpowiedzialność biznesu. Collington i Mazzucato atakują ESG za bycie listkiem figowym dla gospodarki, która nie chce nic robić z kryzysem klimatycznym. Stawiają dosyć zgrubną tezę, że to firmy konsultingowe, z których wiele jednocześnie pracuje dla rządów i koncernów paliwowych, odpowiadają za brak regulacji klimatycznych, wskazując na dobrowolne regulacje. Jako dowód braku realnej woli do zmiany wskazują np. istnienie dwóch standardów raportowania ESG.
Zacznijmy może od tego, że zasadniczo zgadzam się z autorkami. Działania nakierowane na powstrzymanie kryzysu klimatycznego są wciąż zbyt ograniczone, a elity polityczne starają się często odsunąć je w czasie. Działa tak również wiele firm, a inwestycje w badania i rozwój w dziedzinie zielonych technologii powinny być wielokrotnie wyższe. Absolutnie potrzebujemy też regulacji prawnych i bardziej zdecydowanych działań na rzecz Porozumienia Paryskiego oraz Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ (Agenda 2030). Obserwuję te procesy od pewnego czasu i dziwi mnie, że autorki nie zwróciły uwagi na Europejski Zielony Ład i prace nad dyrektywami dotyczącymi raportowania w obszarze ESG, zielonych inwestycji oraz należytej staranności przedsiębiorstw. Ustawodawstwo wspomagające realizację 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ było przyjmowane w wielu krajach (Mongolia była bodaj pierwszym, który przyjął taksonomię zrównoważonych biznesów, wyznaczającą, na co można przeznaczyć zielone finansowanie), a bezprecedensowe pakiety inwestycyjne Bidena wspierające zielone technologie w USA również uznałbym za działania godne uwagi. Jeśli chodzi o standardy raportowania, autorki pomijają istnienie standardu raportowania Global Reporting Initiative (GRI), który był chyba najszerzej przyjęty przez firmy. Europejskie standardy raportowania środowiskowego i społecznego zostały stworzone w taki sposób, by firmy sprawozdające według GRI mogły niewielkim wysiłkiem dostosować się do regulacji.
Cytowany jest za to jeden z dyrektorów największego funduszu inwestycyjnego na świecie (Black Rock), który twierdzi tu zasadniczo tyle, że ESG to fanaberia. Jednocześnie z książki nie dowiemy się, że Black Rock przez lata uchodził za jednego z liderów zielonego inwestowania (chociaż w portfelu funduszu znalazły się także firmy wydobywające i przetwarzające kopaliny) i choć firma nieco zmieniła komunikację, praktyka wskazuje, że dalej gra na transformację energetyczną.
Można się wściekać, że firmy paliwowe takie jak Shell, inwestując w elektromobilność, uprawiają greenwashing, ale też można na to spojrzeć jako na początek zmian we właściwym kierunku. Żeby daleko nie szukać, liderem produkcji zielonej energii w Polsce (gigantyczne farmy wiatrowe na Bałtyku) staje się państwowy kolos paliwowy – Orlen. Dlatego jakoś trudno mi się oburzyć, że w konsultingu na stanowiskach związanych z energetyką i jej transformacją zatrudnia się osoby z doświadczeniem w koncernach paliwowych.
Mam poczucie, że Wielka ściema stanowi zmarnowaną szansę. Choć intuicyjnie zgadzam się z przedstawionymi przez autorki diagnozami, uważam, że przedstawiony przez nie materiał dowodowy jest zbyt skąpy. Podobnie jak recenzentka „Guardiana”, miałem momentami wrażenie, że czytam przegląd literatury przedmiotu. Collington i Mazzucato są też potężnie zadłużone u Christophera D. McKenny, do którego książki The World’s Newest Profession wielokrotnie się odwołują. Czytelnik może sobie więc zadać pytanie, po co czytać tak długie omówienie, skoro można sięgnąć do oryginału?.