Veracruz: anatomia opuszczenia

Magda Potok

Gorące wybrzeże Meksyku, zazwyczaj kojarzone z bujną przyrodą i egzotyką, w prozie Fernandy Melchor przestaje być malowniczą scenerią, a staje się „czarnym tropikiem” (trópico negro) – jak sama autorka określa rzeczywistość Veracruz, naznaczoną przemocą i społecznym rozkładem.

Oleisty pot pokrywa im twarze, „jebane światło”, w którym skąpany jest świat, odbiera zdolność myślenia. Wilgowrony przysiadają na śmietnikach i drutach, defilując dumnie, „jakby do nich należał świat”. W takiej właśnie rzeczywistości – dusznej, brutalnej, wystawionej na działanie „wściekłego słońca” i agresywnych postaci – rozgrywa się Fałszywy zając, debiutancka powieść Fernandy Melchor, napisana w 2013 roku, a w Polsce wydana w 2025, po sławnym z racji międzynarodowych sukcesów Czasie huraganów (2017, wyd. polskie 2021). W roku debiutu Fernanda Melchor opublikowała także zbiór reportaży To nie jest Miami (2013, wyd. polskie 2023), wyróżniony Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego, ukazujący, podobnie jak powieść, mroczne oblicze Veracruz, rodzinnego stanu autorki.

W Fałszywym zającu odnajdziemy tematy i środki wyrazu, które staną się znakiem rozpoznawczym pisarstwa Melchor: społeczne wykluczenie, rozpad więzi oraz wyrazisty, brutalny język, nasycony seksualnością i doświadczeniem upokorzenia. Na tle głośnego Czasu huraganów wczesna powieść Melchor może wydawać się bardziej surowa w formie i emocjonalnie jednowymiarowa, ale to właśnie owa spójność narracyjna wzmacnia efekt uwięzienia w świecie przemocy – bez wyjścia i bez ukojenia. Obie książki portretują młodzież porzuconą przez bliskich i instytucje – w rzeczywistości, która nie oferuje żadnej ochrony ani nawet języka zdolnego wyrazić ból. Różni je przede wszystkim perspektywa: Fałszywy zając koncentruje się na chłopcach i męskości w kryzysie, podczas gdy Czas huraganów wprowadza silniej głosy kobiece i bardziej złożoną konstrukcję narracyjną.

W centrum fabuły Fałszywego zająca znajduje się czwórka chłopaków z Veracruz: Andrik ucieka od sadystycznej opiekunki i trafia w ręce starszego mężczyzny, który go więzi i wykorzystuje. Zahir, jego przybrany brat, kierowany obsesyjną miłością i poczuciem winy, rusza na poszukiwania, zostawiając za sobą ślady gniewu. Vinicio i Pachi, zagubieni i odrętwiali, dryfują przez życie, ogłuszeni narkotykami i alkoholem.

Łączy ich doświadczenie braku – miłości, bezpieczeństwa, sensu. To dzieci bez dzieciństwa, pozostawione same sobie, dla których przemoc staje się jedynym znanym językiem relacji. Ich losy są zarazem proste i tragiczne: niepewność, tułaczka, przypadkowe gesty czułości i kolejne akty okrucieństwa. Melchor portretuje ich bez sentymentalizmu, ale z wyczuwalnym współczuciem. To nie są niewinni bohaterowie, lecz ich „wina” wyrasta z pustki – emocjonalnej, społecznej, instytucjonalnej. I z dobrze znanego mechanizmu: krzywda rodzi krzywdę. Zahir dokonuje brutalnej zemsty na ciotce po latach upokorzeń – bity, głodzony, wyrzucany z domu, zmuszany do poniżających zachowań, jak kiedy „rozkazała mu ssać cycka suki sąsiadki, bo powiedział, że chciałby się napić mleka na podwieczorek”. To właśnie ten ciąg upokorzeń uruchamia spiralę agresji, w której czułość miesza się z furią, a ofiary i sprawcy zamieniają się rolami.

Melchor pokazuje, jak chłopcy uczą się męskości w świecie, który nie daje im żadnych narzędzi komunikacji poza agresją. Dorastają bez ojców lub pod ich destrukcyjnym wpływem, a matki – zamiast bliskości – niosą chłód lub pogardę. Kobiety, które próbują pomóc, są odrzucane: gdy Pamela proponuje Pachiemu objęcie go ubezpieczeniem, ten reaguje furią, nie mogąc znieść, że to ona miałaby być „głową rodziny”. Czułość, jeśli się pojawia, ma charakter desperacki i wypaczony. Andrik, choć więziony i bity, mówi do oprawcy: „Kocham cię […] I ty mnie kochasz, prawda? Całą noc mnie szukałeś…”. Później tuli go do piersi i śpiewa mu do ucha, jakby próbował oswoić grozę gestem zapożyczonym z nie swoich wspomnień. Męskość u Melchor jest podszyta lękiem, rozpięta między maską siły a potrzebą bliskości. Każda próba jej przeżycia kończy się odrzuceniem, bólem lub ucieczką.

Styl autorki operuje skrajnymi rejestrami – łączy dosadność ulicznego języka z lirycznym obrazowaniem. Brutalność miesza się tu z poetycką intensywnością („chmury, eteryczne fragmenty brudnego tiulu…”), a mowa bohaterów – napędzana wulgaryzmami i młodzieżowym slangiem – brzmi ostro i wiarygodnie. Katarzyna Sosnowska swobodnie oddaje te rejestry w polszczyźnie („koleś wybiegł z klubu popierdolony i dał znać na dzielni, co się odjebało”). Ciekawa wydaje się decyzja tłumaczki, by wprowadzić do polskiej wersji powieści „wilgowrona” – słownikowy odpowiednik hiszpańskiego zanate – zamiast sięgnąć po bardziej swojskiego „czarnodzioba” czy „miejskiego kruka”. Wilgowrony – „opadające na kontenery ze śmieciami” czy „krzyczące nad migdałowcami” – powracają w narracji niczym refren, wzmacniając ponurą aurę. Obco brzmiąca, chropawa polska nazwa dobrze współgra z atmosferą powieści; ma szansę wzbogacić polskie imaginarium o nowe tropikalne widmo.

Fałszywy zając nie jest łatwą lekturą – zarówno ze względu na opisaną skalę przemocy, jak i przez brak nadziei na jej przezwyciężenie. Brutalność, seks i tęsknota za bliskością tworzą tu nierozdzielną triadę, obecną także w relacjach rodzinnych, gdzie matki i synowie nie potrafią się nawzajem ochronić. To opowieść o chłopcach, których nikt nie nauczył, jak być kochanym bez bólu. Dla których ciało staje się jedynym językiem ekspresji i jednocześnie polem walki.

Powieść wprowadza nas w obszar, który Cristina Rivera Garza (Dolerse. Textos desde un país herido, 2015), podążając za Adrianą Cavarero, określa mianem horrorismo. Chodzi o spektakularne, odczłowieczające formy przemocy, rozrywające więzi społeczne i wypychające język ku granicom bólu i milczenia. Rivera Garza – starsza o pokolenie od Melchor meksykańska pisarka i badaczka – odnosi to pojęcie do współczesnych doświadczeń Ameryki Łacińskiej, gdzie społeczny rozpad przenika każdy aspekt codzienności. 

W tym krajobrazie literatura staje się językiem ran – niedoskonałym, rwanym, ale koniecznym. Może przywracać głos, tworzyć przestrzeń żałoby, konfrontować z tym, co wypierane. Taki właśnie język odnajdujemy u Melchor: pęknięty, chwiejny, rozdarty między czułością a grozą. Tytułowy fałszywy zając staje się metaforą złudzeń o lepszym życiu, wolnym od przemocy i porzucenia. Bohaterowie, jak ścigane zwierzęta, próbują uciec – ale nie mają dokąd. Melchor nie oferuje ukojenia, lecz zmusza do spojrzenia tam, gdzie zwykle wolelibyśmy nie patrzeć.