Melancholia hipermarketów, czyli noblistka w Auchan
Alicja Piechucka
Odkąd Annie Ernaux otrzymała trzy lata temu Nagrodę Nobla, wydawnictwo Czarne konsekwentnie przybliża jej twórczość polskojęzycznym czytelnikom i czytelniczkom. Najpierw ukazały się Lata, zdepersonalizowana autobiografia i zarazem najważniejsze dzieło francuskiej autorki, a później tomy Bliscy i Ciała, składające się z trzech krótkich, również autobiograficznych próz. Utwory te to odpowiednio Miejsce, Pewna kobieta i Druga córka oraz Zdarzenie, Pamięć dziewczyny i Młody mężczyzna. W tym roku przyszła kolej na Dziennik zewnętrzny, Życie nieosobiste i Spójrz na te światła, kochanie, wydane w Polsce pod wspólnym tytułem Życie zewnętrzne. Jako wielbicielka twórczości Ernaux stwierdzam z przykrością, że spośród czterech pozycji opublikowanych dotąd przez wołowiecką oficynę najnowsza jest jednocześnie najsłabszą.
Narracje składające się na Życie zewnętrzne powstały w latach 1993, 2000 i 2014. Choć pierwotnie ukazały się w sporych odstępach czasowych, łączą je liczne podobieństwa, a w przypadku dwóch pierwszych można w zasadzie mówić o tym samym utworze w dwóch odsłonach. Nic zatem dziwnego, że polski wydawca zdecydował się na tytuł tomu będący hybrydą tytułów pierwszej i drugiej prozy zbioru. Spójrz na te światła, kochanie różni się od Dziennika zewnętrznego i Życia nieosobistego i wypada zdecydowanie najlepiej z całej trójki. Nawet tu mamy jednak do czynienia z powtórzeniem pewnych założeń treściowych i formalnych, w tym formuły raptularza. Główne założenie treściowe Życia zewnętrznego można podsumować następująco: Ernaux rozgląda się w przestrzeni publicznej i skrzętnie zapisuje, co zobaczyła i usłyszała. Ma oczy i uszy szeroko otwarte w sklepie, w komunikacji zbiorowej, w salonie fryzjerskim, na poczcie, w lokalach gastronomicznych i innych punktach usługowych, a także w siedzibach instytucji państwowych. Zdarza jej się też wpaść na jakiś event literacki lub kulturalny, ale najobfitsze żniwo zbiera podczas zakupów i w komunikacji miejskiej. W Spójrz przestaje się rozmieniać na drobne i skupia się na tych pierwszych, dokonywanych w jednym miejscu: w centrum handlowym Trois Fontaines w podparyskim Cergy-Pontoise, miejscowości, w której mieszka. Na tapetę bierze głównie będący sercem rzeczonego przybytku hipermarket Auchan.
W pochodzącej z 1996 roku przedmowie do Dziennika zewnętrznego Ernaux objaśnia cel, który przyświecał jej przy pisaniu utworu i który zapewne miała z tyłu głowy, pisząc dwa pozostałe zawarte w Życiu zewnętrznym. Efekt końcowy „[t]o nie reportaż ani rozprawa z socjologii miasta, lecz próba uchwycenia – poprzez migawki ze zbiorowego życia codziennego – rzeczywistości pewnej epoki”, ujawniająca „pragnienia i frustracje, społeczno- -kulturowe nierówności”. Chodziło o to, by nie odrzucać pochopnie czegoś, „co wydaje się trywialne i pozbawione znaczenia, bo jest zbyt nam bliskie, zwyczajne”, bowiem „w hipermarkecie znajdziemy tyle samo sensu i ludzkiej prawdy, co w sali koncertowej”. Problem w tym, że próbując „ocalić łomu wieków i krzyżując ekspresję literacką z historią społeczną, prozaiczka wielkiego sensu moim zdaniem się nie doszukała, co widać zwłaszcza w Dzienniku i w Życiu nieosobistym.
Sens nie bierze się znikąd: musi go ze swojego materiału wydobyć osoba pisząca tekst przy współudziale osób, które go czytają. Ernaux w przedmowie zaznacza, że świadomie ograniczyła autorskie komentarze do minimum, co jest prawdą, szczególnie w przypadku pierwszego i drugiego utworu tomu. Jednocześnie wyznaje, że mimo woli zdradziła jednak wiele o sobie, co w mojej opinii prawdą nie jest. Akumulacja winiet, migawek i impresji raczej nie wywoła iluminacji u czytelnika lub czytelniczki – a w każdym razie nie wywołała jej u mnie. Pisarka, w której prozie zdjęcia odgrywają skądinąd ważną rolę, niejako uprzedza moje zarzuty, stwierdzając, że jej zamiarem było stworzenie „fotograficznego zapisu rzeczywistości”. Literatura i fotografia to jednak dwie różne gałęzie sztuki, rządzące się innymi prawami. To, co udaje się wybitnym twórcom tej drugiej, Ernaux w tym przypadku się nie udało.
Z nagromadzenia detali i informacji w dwóch pierwszych częściach Życia zewnętrznego można pozornie wyciągnąć wiele, zwłaszcza że autorka dorzuca doniesienia medialne i slogany reklamowe, nie gardząc przy okazji vox populi, wyrażanym w formie graffiti czy napisów na murach. Czasem nawiązuje też do kultury wysokiej. Wszystko to wydaje się dobrą bazą do stworzenia swoistej panoramy życia społeczno-politycznego lat 90. nad Sekwaną, a nawet poza francuskimi granicami, bo znajdziemy tu „wieści z kraju i ze świata”. Wyjściowa obietnica nie zostaje jednak spełniona. Kto lubi Francję, socjologizowanie w literaturze i prozatorskie DNA Ernaux, może z tej lektury czerpać przyjemność, co nawet mnie się zdarzało pomimo ogólnego rozczarowania. Inni mogą być jednak skonsternowani lub znużeni monotonią samej koncepcji, a właściwie jej brakiem.
Nie każdy strzęp życia zasługuje na utrwalenie. Trudno też liczyć na to, że nawet bardziej nośne szczegóły obronią się same. Mówiąc krótko, pisarz lub pisarka musi starannie je wybrać, a potem zrobić z nimi coś jeszcze. Diarystyczna i aforystyczna struktura Życia zewnętrznego sprawia wrażenie dość amorficznej i każe wątpić w bezwzględną skuteczność techniki fragmentu, będącej znakiem rozpoznawczym Ernaux. Pisarka zapewnia, że swoje często krótkie i odrębne tematycznie akapity pieczołowicie zestawia w patchworkowy konstrukt. Trudno się zorientować, według jakiego klucza robi to w tym przypadku. Nawet Spójrz, tekst jednorodny treściowo, sprawia miejscami wrażenie nie do końca uporządkowanych zapisków, a nie pełnowartościowego utworu. Niewiele zmieniają tu komentarze Ernaux, w dwóch pierwszych narracjach faktycznie skąpe, ale jednocześnie hiperboliczne lub wręcz histeryczne, a także patetyczne i pochopne, co nie wychodzi całości na dobre.
O ile z (pod)miejskich haiku francuskiej noblistki niewiele w sumie wynika, o tyle z jej „dziennikami hipermarketowymi” sprawa ma się nieco lepiej. Przenikliwych spostrzeżeń i frapujących wniosków jest tu więcej, a przemyślenia, szczególnie dotyczące konsumpcjonizmu i kapitalizmu, wydają się głębsze. Nie zawsze okazują się natomiast odkrywcze: wszyscy wiemy, że kapitaliści są bezwzględni i gotowi dla zysku narazić ludzkie zdrowie i życie, i w Pierwszym, i – szczególnie – w Trzecim Świecie; nigdy jednak dość przypominania o tym. Spójrz zawiera też inne tezy i konkluzje, mniej sztampowe i mniej oczywiste. Ernaux łączy krytykę neoliberalnej gospodarki ze świadomością, że z kapitalizmem romansujemy. Śledzi nie tylko zwyczaje zakupowe, pamiętając o wszechobecnym w jej twórczości czynniku klasowym, lecz również strategie marketingowe, mające wiele wspólnego z seksualnością, innym ważnym w jej prozie tropem: pokusa i uwodzenie odgrywają bowiem w handlu, reklamie i komercji kluczową rolę, ale mogą im towarzyszyć manipulacja, terror i przemoc. Zmiany w hipermarketowym uniwersum, czarującym i strasznym zarazem, odzwierciedlają przemiany społeczne, a na refleksje socjologiczne nakładają się obserwacje natury psychologicznej oraz te o wydźwięku feministycznym: hipermarket, niesłusznie zdaniem Ernaux deprecjonowany w literaturze i kulturze, to bowiem przestrzeń par excellence kobieca. Historia sklepów wielkopowierzchniowych to także historia tout court i zapis przemijania: dlatego „[m]oże istnieje jakaś specjalna melancholia hipermarketów”.
Życiu zewnętrznemu daleko do znakomitych Lat, choć utwory z 1993 i 2000 roku stanowią ich zapowiedź. Polskojęzyczny zbiór pokazuje, że prowadzone po omacku, a nawet nieudolnie poszukiwania twórcze mogą – przy odpowiedniej dozie talentu i konsekwencji – z czasem zaowocować dziełem wybitnym. Najlepsze fragmenty tomu zawierają przebłyski wielkości Ernaux, pisarki kojarzonej z nurtem autofikcji, a jednocześnie systematycznie starającej się uchwycić „zbiorową, ciągłą i bezduszną historię”.