Uszyte z miłości, podszyte wstydem

Ewelina Adamik

Miłość mamy do dziecka może być źródłem największej siły. Siłaczki, których mięśnie budowane są z uczuć i odwagi, na każdym kroku mierzą się z poczuciem wstydu i winy. Paulina Małochleb w esejach Mięśnie mam od miłości odsłania wiele prawd na temat macierzyństwa, przypominając nam, że matka jest gotowa zmierzyć się z całym światem, aby zadbać o komfort dziecka. Czy jednak w tych nierównych rozgrywkach może zachować również siebie? Wróćmy pamięcią do ideowego sporu pomiędzy Agnieszką Graff a Magdaleną Środą. Pierwsza z nich uważała, że ruch feministyczny powinien zwracać uwagę również na społeczne wsparcie matek i ich relacje rodzinne. Druga natomiast obawiała się, że nadmierna dyskusja na temat macierzyństwa może osłabić emancypację zawodową kobiet oraz ograniczyć ich niezależność. Autorka Matki feministki wówczas stwierdziła: „[f]eministyczny brak zrozumienia dla macierzyństwa jest lustrzanym odbiciem obojętności i irytacji, jakie w obiegu konserwatywnym budzi feminizm czy szerzej – kobiece aspiracje zawodowe, nasza potrzeba autonomii”. W polskim dyskursie feminizmu materialistycznego powstało kilka prac, które odegrały szczególnie ważną rolę w debacie na temat niewidzialnej pracy kobiet w domu czy pracy reprodukcyjnej. Oprócz pracy Graff będą to między innymi książki Sylwii Chutnik, Agnieszki Szpili, Magdaleny Moskal. Niewątpliwie książka Pauliny Małochleb – Mięśnie mam od miłości – jest kolejnym ważnym świadectwem matki (bo sporo w niej intymnych doświadczeń pisarki), ale jest także przede wszystkim esejem feministycznym, który staje się głosem pokoleniowym matek.

Mona Chollet w przetłumaczonej niedawno na język polski rozprawie, Nie dać się poczuciu winy. O tym, co nam przeszkadza w życiu, zastanawiała się, „dlaczego kobiety nie ostrzegają się nawzajem przed trudnościami, jakie niesie ze sobą macierzyństwo. Dlaczego same utrwalają ten nieskazitelny wizerunek, całkowicie zideologizowany i niemający nic wspólnego z rzeczywistością?”. Małochleb go nie utrwala, wręcz przeciwnie – pokazuje, że macierzyństwo to śmiech przez łzy (często kłaniając się przed publicznością). Jak sama stwierdza: „[j]estem aktorką, która musi przeżyć i pokazać na twarzy miłość i cierpliwość, miłość i kontrolę, miłość i dystans, miłość i nadzór. Wszystkie osoby, których wzrok zahacza o mnie w przelocie, na drodze, w poczekalni, sprawdzają, czy miłość jest widoczna, wyrazista, czy jest jej wystarczająco”. Ta wypowiedź dialoguje z komentarzem Anne Sophie Brasme, przytaczanym również przez Chollet. Francuska pisarka po urodzeniu córeczki poczuła, że presja stała się potężniejsza niż kiedykolwiek wcześniej: „[i]nkwizytor wraca. Czujnie kontroluje każdy twój gest. Czyha na najmniejsze potknięcie. I ten głos w twojej głowie, kiedy trzymasz dziecko w ramionach, a zamiast miłości dopada cię lęk: «uważaj, zrobisz mu krzywdę»”. A teraz znowu Małochleb: „za występ teatralny można dostać kilka gwiazdek, jest miejsce, żeby zniuansować ocenę, tymczasem w systemie oceny rodziców jest tylko 0 albo 1, nic pomiędzy i nic więcej […]. Przy czym moja pozycja startowa to zawsze 0, pozycja startowa ojca – zawsze 1”. I na koniec, zamykając dyskusję pomiędzy matkami feministkami – Cécile Doherty-Bigara w książce Nouvelle mere (Nowa matka) zaobserwowała, że jej mąż pierwszy raz poczuł się winny w ojcowskim modusie, gdy zostawił syna z gorączką w żłobku. Matce – w przeciwieństwie do ojca – poczucie winy towarzyszyło na każdym kroku.

Paulina Małochleb natomiast wiele uwagi w swoich rozważaniach poświęca odczuwaniu wstydu. Odgrywanie roli matki jest poddawane wiecznej krytyce, kobieta wykonuje pracę emocjonalną, by zadowolić innych, a tym samym uzyskać przychylność krytyków, którzy koniec końców mogą się do czegoś przydać, na przykład w służbie zdrowia. Źródło wstydu zawsze płynie z zewnątrz. Kobieta-matka w jakimś sensie traci swoją podmiotowość, jest teraz częścią pakietu rodzinnego. Zaczyna używać pierwszej osoby liczby mnogiej, mówiąc o sobie i dziecku; innym razem – gdy w jakimś sensie nie odgrywa swojej roli perfekcyjnie – słyszy komunikaty w trzeciej osobie liczby pojedynczej, odbierające podmiotowość. Na przykład, gdy nie może nakarmić dziecka piersią, słyszy pytanie: „ma już pokarm?”, albo rozkaz: mama zrobi [wpisz dowolnie]. Gra w zawstydzanie toczy się dalej, aż wreszcie okazuje się, że za depresją, zaburzeniami snu czy brakiem koncentracji stoi właśnie poczucie wstydu. Zawstydzaniem nie jest dyscyplinowana jedynie matka, ale i jej córka. Gdy dziecko podczas szczepienia zaczyna krzyczeć, słyszą dwa zdania: „[p]opękały mi przez ciebie uszy” i „[w]czoraj były same grzeczne dzieci, a dzisiaj niegrzeczne”.

Małochleb łączy poczucie wstydu z dyscyplinowaniem i mobilizowaniem dziewczynek od najmłodszych lat, „[u]czucia nieadekwatności, niewystarczalności mają wzmocnić proces wychowawczy, szybciej doprowadzić do socjalizacji”. Ostatecznie kobiety czują wstyd, bo zawsze nie są wystarczająco dobre. Słyszą, że są zbyt otyłe, zbyt szczupłe, zbyt zajęte pracą, albo za mało ambitne, bo zajmują się jedynie (!) domem; za mądre, za głupie, zaniedbane, za bardzo dbające o swój wygląd. Wstyd u kobiety objawia się również wtedy, gdy staje się rzeczniczką opresyjnego świata, który nie został stworzony z myślą o niej. I zaczyna tłumaczyć zastany porządek swoim dzieciom, widzącym w trofeach myśliwskich akt zbrodni, nie rozrywkę.

Ciało matki podszyte jest wstydem. Co więcej, ciało tak naprawdę nie jest jej – jest ciałem politycznym, poddawanym (jak wszystko inne) praktykom kapitalistycznym. Matki Polki powinny rodzić dzieci i dbać o demografię narodu. Ciało matki jest również, jak zauważa Małochleb, „powidokiem ciał dziecięcych”. Łopatka staje się symbolem rodzicielstwa, wystająca od noszenia, dźwigania rodzicielskich klamotów. Dla przechodniów – kobieta z płócienną torbą na ramieniu staje się niewidzialna. Dla rodziców, którzy wiedzą, ile wystająca łopatka w życiu się nadźwigała, staje się prawie łydką Gombrowicza, symbolem erotycznym. Autorka książki zwraca uwagę również na inny „atrybut” kobiecości, czyli długie włosy, zapuszczane przez dziewczynki do komunii. Rozczesywanie włosów przez mamy i babki, choć jest rytuałem miłosnym, niejednokrotnie wiąże się z bólem: „[w]szystkie frustracje i złości można było rozładować mocnymi ruchami szczotki. Szorstkie gesty, dociskanie szczotki z włosia nie były przecież przemocą jawną, żadnym biciem. Zazwyczaj [babcia] mówiła, że musimy się pośpieszyć, bo już miała coś w ogrodzie albo na kuchni, a ja miałam splątane, bardzo długie włosy”.

Ja również pamiętam, że miałam bardzo długie i splątane po nocy włosy. Mama rozczesywała je szybko, bo spieszyła się do pracy. Babcia wiązała warkocze i zaplatała je bardzo mocno, mówiąc, że tak będzie porządnie. Wplatała w nie także eleganckie wstążki. Tata od święta, gdy nie było mamy albo babci, rozczesywał mi włosy palcami – delikatnie, lecz bez większego efektu. Następnie odkryłam, że sama umiem ułożyć swoje włosy efektownie i, co szczególnie ważne, bezboleśnie. Myślę, że w tym wspólnym dla wielu dziewczynek doświadczeniu odczuwamy, w jaki sposób miłość splata się z próbą dyscyplinowania dziewczęcego ciała. Piszę o tym również dlatego, że wiele rozpoznań Małochleb jest mi bliskich. Choć sama nie jestem matką, jestem jej wdzięczna, że nie obawia się pisać wprost, co oznacza bycie matką. Gdy pisze o wstydzie i społecznej kontroli kobiet, wiem, co ma na myśli. Gdy pisze o monetyzowaniu miłości przez rynek, wiem, co ma na myśli. Gdy pisze o pierwszych znakach starzenia (i mierzeniu wartości kobiety przez jej wygląd) – wiem, co ma na myśli. Mięśnie mam od miłości, moim zdaniem, jest propozycją ważną dla każdej z nas: matek, przyszłych matek, ale i kobiet, które dzieci nie planują. Dzięki takim pracom znacznie lepiej możemy zrozumieć, czym jest świadome macierzyństwo. Na koniec, choć to oczywiste, muszę podkreślić, że matka, krytyczka literacka, badaczka i wykładowczyni wie, w jaki sposób napisać dobrą książkę. Warsztat literacki Małochleb jest wyjątkowo sprawny, a jej obycie humanistyczne pozwala między innymi na przemycanie sporej dozy humoru, na przykład, gdy stwierdza, że obserwatorzy jej matczynego życia, martwią się, czy ich antykoncepcja na pewno działa.