Stan niepewności
Zofia Zaleska
Ostatnio dowiedziałam się o istnieniu shifting baseline syndrome, czyli w wolnym tłumaczeniu syndromu przesuwającego się punktu odniesienia. Termin ten ukuł w 1995 roku biolog morski Daniel Pauly, zajmujący się między innymi tematem przełowienia oceanów. Shifting baseline syndrome to zjawisko psychologiczno-społeczne polegające na tym, że każde kolejne pokolenie przyjmuje zdegradowane środowisko naturalne jako normalny punkt odniesienia. Różnorodność roślin, stanów pogodowych, zwierząt, owadów, dźwięków i zapachów, którą poznajemy, gdy pojawiamy się na świecie, uznajemy za stan normalny i normatywny. To przekonanie, że dawniej to były „prawdziwe” zimy. Dostrzegamy, że świat się zmienia, ale punktem odniesienia czynimy zawsze własne dzieciństwo czy młodość. Uniemożliwia to dostrzeżenie skali zmian, jakie zachodzą w eksploatowanym przez człowieka środowisku naturalnym, i utrudnia pracę nad jego ochroną. Nasz dostęp do świata z przeszłości jest ograniczony – mówią przyrodnicy, a ja zastanawiam się, czy mam jeszcze kontakt z teraźniejszością.
Ze względu na rok urodzenia zaliczam się do pokolenia millenialsów, które kilka lat temu stało się obiektem internetowych żartów. Termin „millennial cringe” pojawiał się na TikToku w 2021 roku i dotyczył poczucia żenady, jakie w przedstawicielach młodszego pokolenia Z wzbudza estetyka i styl bycia współczesnych plus minus czterdziestolatków. W internetowych memach i filmikach wyśmiewano ich upodobanie do wąskich dżinsów, krótkich skarpetek „stópek” i kawy latte, nieumiarkowane robienie selfie oraz dzielenie się codziennością w mediach społecznościowych i ogólnie odklejkę. Była to szydera z nadmiernego entuzjazmu i trącącej naiwnością szczerości z pozycji cyniczno-ironicznych. Po pewnym czasie wyśmiewani zaczęli robić memy wyśmiewające bycie wyśmiewanym, ostrze krytyki się stępiło i „millennial cringe” zmienił się w „millennial optimism”. Drwinę zastąpiła nostalgia za romantyzowanymi czasami sprzed dekady, które rzekomo miały być prostsze i bardziej beztroskie niż te dzisiejsze.
Mimo że internetowe mody i trendy przemijają równie szybko, jak się pojawiają, pewien niepokój pozostał. „Przyznam, że bycie częścią pokolenia, które w porównaniu z poprzednimi czuło się tak postępowe, wypełniające lukę między światem analogowym a cyfrowym, wydawało mi się czymś ważnym, kluczowym. To więc szok, gdy pewnego ranka budzisz się i zdajesz sobie sprawę, że ktoś zajął twoje miejsce” – opisywała to niekomfortowe uczucie w tekście Cringe! How millennials became uncool w „The Guardian” Chloë Hamilton. Uczucie jest dziwne, ale nie nowe, tak jak każdy z nas będzie kiedyś zapewne opowiadał młodszym, że „kiedyś to były zimy”, tak każdego dopadnie zdziwienie, gdy pewnego dnia, z pozycji tego, kto bez wysiłku odnajduje się w najnowszej kulturze, przejdzie na pozycję kogoś, kto za nią nie nadąża. Nie jestem pewna, czy to już ten moment w przypadku millenialsów. Jednak wokół – w podcastach, tekstach, książkach, codziennych rozmowach – dostrzegam rewizję przekonań i wyborów sprzed dekady czy dwóch, a przynajmniej namysł nad ich zasadnością w kontekście współczesności. Czy byłyśmy dobrymi feministkami? Czy angażowałyśmy się w sprawy tego warte? Czy nasze żarty były śmieszne, a dobre samopoczucie uzasadnione? Czy umknęła nam jakaś zasadnicza zmiana? Jeśli miałabym opisać ten stan jednym słowem, to pewnie byłaby to niepewność – co do swojego statusu w rzeczywistości, swojej oceny i wyczucia. Uczucie, które towarzyszy wszystkim momentom przejścia i zmiany i samo w sobie nie jest niczym złym.
Na temat doświadczania upływu czasu, strachu i niezgody, które to doświadczenie w nas budzi, pisze w książce Szmaty Karolina Lewestam. „Pewnego dnia budzisz się i nie jesteś już tą osobą, którą byłaś wczoraj, nikt cię nie rozpoznaje w taki sposób, w jaki zawsze byłaś rozpoznawana” – mówiła pisarka w rozmowie z Agatą Sikorą w „Oko Press”. Jej prozatorski esej dotyczy przemian, których doświadczamy w życiu jako kobiety, i które w dużej mierze wiążą się ze sprawami, w które uwikłane są kobiece ciała. Lewestam dodaje kolejną perspektywę do stanu niepewności – w miarę upływu czasu odklejamy się, ale też dekomponujemy, zmieniamy formę, przeobrażamy i w tej przemianie jesteśmy nieustannie oceniane. „Szukałam rozwiązania, które pozwoliłoby mi zarazem pogardzać starzejącymi się matkami i w ogóle nie kłopotać się możliwością podzielenia ich losu” – czytamy w Szmatach. Strach przed nieadekwatnością i śmiesznością jest w tym wypadku tożsamy z byciem podstarzałą, trwoniącą życie na opiekowaniu się innymi kobietą.
Pisarka znajduje w końcu drogę do matek, ciotek i babek w sobie samej, a ja, czytając jej książkę, doświadczyłam ulgi na myśl o tym, że na przestrzeni życia mamy wiele różnych tożsamości, a nasze przemiany są naturalne, choć nie zawsze wyczekiwane i za każdym razem zaskakujące. A także, że w tym wszystkim, bardziej niż o trzymanie ręki na pulsie zdarzeń i nie bycie kimś (swoją matką, ojcem, odklejonym millenialsem lub podstawcie tu, co chcecie), chodzi o zgodę na doświadczanie czasu, świata wokół i siebie samych.