Bilans miłości

Inga Iwasiów

Bilans snów Chimamandy Ngozi Adichie w przekładzie Kai Gucio trafia na półki księgarskie z nową translacją powieści Amerykaana, przygotowaną przez tę samą tłumaczkę. Adichie pisze po angielsku, co jest ważne w kontekście dyskusji na temat dziedzictwa kolonializmu i obecności kultur afrykańskich w obiegu światowym.

W teorii postkolonialnej dominują dwie szkoły, praktykowane przez samych pisarzy/pisarki. Jedna mówi o wprowadzaniu własnego dziedzictwa, w tym językowego. Druga preferuje działanie od środka i zwraca uwagę, iż obecne kultury są konglomeratami, także językowymi. Chimamanda Ngozi Adichie ukończyła nigeryjskie i amerykańskie uczelnie. Językiem urzędowym Nigerii jest angielski, a bohaterki i bohaterowie wspomnianych dwóch i innych próz Adichie mówią też w hausa, joruba lub igbo. W igbo przede wszystkim, ponieważ pisarka pochodzi z tego ludu i tak lokuje swoje główne bohaterki, częściowo obdarzane jej własnym doświadczeniem. Określenie „lud” pada w powieściach wiele razy i organizuje obecny w nich społeczny pejzaż: neutralnie mówilibyśmy „grupa etniczna”. Tradycyjne samookreślenie wiele znaczy i jeszcze do niego wrócę.

Pozostając przy pierwszym wrażeniu z lektury Amerykaany: otworzyła przede mną wiedzę o Nigerii jako kraju kontrastów, ale w wielu kwestiach podobnego do państw europejskich, które przeszły transformację dopiero w latach 90. XX wieku. Kontrasty tworzy styk wielkiego bogactwa, dużej klasy średniej, biedy, wykształcenia, prawideł etniczno-klasowych. Na zawiłości relacji społecznych ma wpływ przeszłość, którą w Polsce słabo znamy. Z Amerykaany dowiedziałam się o „afrykańskich włosach” i odrębnej kulturze beauty, estetyce, aspiracjach kobiet. Adichie nawiązuje do tych tematów w swojej feministycznej eseistyce. Pielęgnacja włosów jako ważna część opowieści pojawia się także w Bilansie snów.

Amerykaanę otwiera scena wielogodzinnego pobytu w salonie fryzjerskim. Procedura zaplatania warkoczyków jest tak długa, że mieści retrospektywne uzasadnienie decyzji. W pozostawianiu naturalnego afro, dopinkach, prostowaniu zawiera się dużo więcej niż w dyskursie nazywanym „terrorem piękna”. Tego tematu dotyczy na przykład spektakl Whitewashing duetu Rébecca Chaillon i Aurore Déon (można go było zobaczyć w Polsce na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym KONTRAPUNKT).

Włosami Chiamaki, Omelogor i Zikory w Bilansie snów zajmuje się „po godzinach” Kadiatou. Jej pierwszą pracą jest sprzątanie pokoi hotelowych oraz prowadzenie domu Chiamaki. Trzy bohaterki reprezentują bogate rodziny, Kadi zaś wywodzi się z ludu Fulani z Gwinei. Ekonomiczne i statusowe różnice są ważnym, choć zarazem w mojej ocenie nie w pełni domyślanym tematem powieści. Autorka podkreśla w wywiadach, że impulsem do jej napisania była historia Nafissatou Diallo – gwinejskiej pokojówki hotelowej, która w 2011 roku oskarżyła Dominique’a Strauss-Kahna o napaść seksualną w nowojorskim hotelu Sofitel. Agresora uniewinniono, kwestionując wiarygodność Diallo. Kadiatou doznaje przemocy seksualnej jeszcze przed emigracją, a sama procedura pobytowa jest w jej przypadku oparta na wymyślonym scenariuszu. Wszystko, co spotyka Kadiatou, ma związek z jej niskim statusem. Napastuje ją najpierw właściciel sklepu, później mąż, sam pracujący w strasznych warunkach w kopalni. Wyjazd do USA to dla niej ucieczka od niesprawiedliwej tradycji z punktem kulminacyjnym, którego chce oszczędzić córce: obrzezaniem. Dla niej awans oznacza zarabianie na bezpieczne życie. Gwałt mrozi plany i nadzieje.

Choć Bilans snów rekonstruuje życie czterech kobiet, a wątek troski o skrzywdzoną przewija się od pierwszych stron po finał, odniosłam wrażenie wyraźnej przewagi Chiamaki – autorki podróżniczych reportaży. To logiczne – Chia zarysowuje kompozycję, oddaje nastrój, w którym zaczyna pisać. Tym razem nie reportaż, lecz tę fabułę. Adichie balansuje na granicy tego, co dziś nazywamy autofikcją, a co ja wolę nazywać wplataniem doświadczenia w fikcyjne światy. Początkiem powieści jest pandemia, dobrze oddana jako czas niepokoju, zatrzymania. W tym wątku otrzymujemy dużo obrazów Nigerii i innych państw Zachodniej Afryki. Decyzje władz, słaba informacja i w końcu przepaść między bogatymi a biednymi, przypominająca zawiązanie akcji Dekameronu, którego narratorów i narratorki stać na przeczekiwanie – stanowi ważną część obrazu globalnego zagrożenia.

Kadiatou podczas lockdownów wspomina wszystko, co ją spotkało. Jest w tych reminiscencjach miejsce na miłość, owszem, ale bilans wypada zupełnie inaczej niż u pozostałych bohaterek. Czytając o ich perypetiach, zlewających się ze sobą, choć pisarka każdej przydała cechy i aktywności mające je odróżniać, z pewnym trudem utrzymywałam uwagę. O ile bardzo ciekawe były dla mnie kwestie rodzinnych nacisków, warunków wykonywania pracy, nawet życia towarzyskiego, o tyle miłosne przejścia przyjaciółek wydały mi się zbyt oczywistą ilustracją tezy o współczesnych kłopotach związków. Można im zawtórować tytułem książki Evy Illouz Dlaczego miłość rani. Kontrargumentem dla mojego znużenia czytelniczego jest to, że każdy partner i przebieg każdej próby relacji opowiadają coś o nicujących się wzajemnie kulturach – nigeryjskiej, zachodnioafrykańskiej, amerykańskiej, europejskiej, globalnej. Wszystkie pokazują położenie współczesnych kobiet, społeczne naciski, modelowanie ról i walkę o emancypację. Chiamaka konsekwentnie podąża wybraną pisarską drogą. Zikora decyduje się na samotne rodzicielstwo. Omelogor lubi się bawić i zbawiać inne kobiety. Rzuca pracę w skorumpowanym banku, zakłada fundację zasilającą finansowo kobiece inicjatywy. Wszystkim czterem rodzina i społeczność suflują pozyskanie męża, a one potrafią poruszać się po świecie bez tego nadzoru. Do bilansu Adichie wrzuca jednak przede wszystkim zakochania, tworząc niezamierzoną dysproporcję między historią Kadi a pozostałymi. Sny, rozumiane jako marzenia, są niepokojąco jednostajne. Czy chodzi o moment przebudzenia? Odrzucenie złudzeń i życie na własnych warunkach?

Jest jeszcze wątek matki, której pisarka zadedykowała całość, i figury pojawiającej się przy łóżku rodzącej Zikory. Ta druga uosabia zimne, wymagające rodzicielki, ale stawia się do pomocy. Czułą matką jest Kadiatou. Matrylinearne sojusze dotyczą też dalszej rodziny, ciotek, babek, kuzynek. Tak tkany świat społeczny wywodzi się z tradycji, a zarazem wypełnia feministyczne zasady siostrzeństwa. Przyjacielski krąg pomaga żyć, choć Kadiatou, mimo wielu padających w powieści deklaracji równościowych, jest podopieczną, a nie koleżanką. Owszem „tworzy dom”, gotuje kojące jedzenie, bywa powierniczką. Nie ma jednak sposobu na wyjście z klatki biograficznej utworzonej przez pochodzenie z biednej warstwy ludu Fulani. Dlatego podsuwana przez pisarkę analogia losów czterech kobiet jest prawdziwa tylko do pewnego stopnia.