Tramwaje jak komety

Michał Przeperski

Aglo to reportaż gęsty od emocji i pytań: o śląskość, polskość, pamięć, język i resentymenty. To książka, która nie daje łatwych odpowiedzi – ale zmusza, by wreszcie postawić pytania. Nikt dziś tak nie potrafi opowiadać o Górnym Śląsku jak Zbigniew Rokita.

Jego hitowy Kajś sprzedał się w ponad stu tysiącach egzemplarzy i zapewnił autorowi pozycję jednego z najważniejszych reportażystów i eksploratorów współczesnej śląskiej tożsamości. W swojej najnowszej książce Rokita pogłębia ten temat. Zadaje masę niewygodnych pytań, drażni śląskosceptycznych. Ale także kładzie lód na rozpalone głowy górnośląskich entuzjastów. Aglo jest nie tylko wciągającym reportażem, lecz i traktatem o tożsamości. O jej odkrywaniu, o jej przeżywaniu, o jej niezbędności.

Przyznam, że nie przekonała mnie poprzednia książka Rokity. Rysowała historię tożsamości polskiej odmiennej od tej centralnej. Podróżując po polskich ziemiach zachodnich i północnych, autor szkicował granice wyobrażonej krainy „Odrzanii”, której historię, tożsamość i przeżywanie przeszłości określił jako wyraźnie inne od tych ukształtowanych w rdzeniu polskości. Może z tego wszystkiego najbardziej złościł mnie paradoks umieszczenia fragmentów „Odrzanii” nad Wisłą. Moje Pomorze Nadwiślańskie też ma o sobie samym opowieść polską nieco inną niż ta warszawocentryczna. Może nawet nie jest ona tak daleka od tej lubuskiej czy dolnośląskiej, pozostaje jednak na tyle swoista, że po prostu „Odrzanii” nad rodzinnym kawałkiem Wisły nie odnalazłem.

Rokita okazuje się zdecydowanie bardziej wiarygodny, kiedy opowiada o Górnym Śląsku. I tak właśnie jest w Aglo. Sięgając po rozgałęzioną mapę tramwajów, które mogą wozić nas po całej śląskiej aglomeracji, czyni z niej punkt wyjścia do pasjonującej opowieści o tym, czym Śląsk jest, czym nie jest i czym być może będzie (lub nie). W jego opowieści pojawiają się postaci tak różne, jak malarz-górnik Erwin Sówka czy piłkarz Lukas Podolski. Jest miejsce na fascynację i dumę, smutek i to, co Kazimierz Kutz określał jako „śląską dupowatość”. To książka pełna życia, emocji stadionowych i ulicznych, sentymentu i tęsknoty za czymś niezaistniałym.

Tam, gdzie jest wewnętrzny konflikt, mamy dużą szansę na znakomitą opowieść. I tak jest właśnie w wypadku Aglo. Sam Rokita zastanawia się, czym jest dla niego śląskość. Czy to tożsamość? Konkurencyjna wobec polskości? Czy polskość i śląskość można ze sobą pogodzić? A może ten konflikt jest twórczy dla obu stron, a w gruncie rzeczy próba jakiegoś polubownego rozwiązania oznaczałaby tożsamościowy początek końca? Są fragmenty tej książki, w których górnośląski resentyment wobec Warszawy wybrzmiewa bardzo gorzko. Stolica okazuje się ośrodkiem dyspozycyjnym, który w okresie PRL, w latach 70., ponad wszelką rozsądną normę eksploatował lokalne pokłady czarnego złota – węgla kamiennego. Słychać wyraźnie tę osobność, gdy mowa o pamięci o stanie wojennym: to nie trzynasty, ale szesnasty grudnia 1981 roku okazuje się datą najbardziej znaczącą i najbardziej porządkującą górnośląską pamięć o wojnie polsko-jaruzelskiej. Wtedy bowiem doszło do pacyfikacji kopalni „Wujek”, jednej z PRL-owskich zbrodni, rany po której zabliźniały się latami. Szokujące wreszcie są te momenty, kiedy opowiedziana jest historia o „Polokach” przybywających na Górny Śląsk w 1945 roku i traktujących te ziemie jako podbite, a zatem takie, na których należy się jak najszybciej umościć i rozgościć, nie zważając zupełnie na tych, którzy mieszkali tu do tej pory. Pełno tu goryczy i wstydu. A przynajmniej sam je czułem. Nie chciałbym przecież, jako polski patriota, aby mieszkańcy Górnego Śląska mieli powody traktować Polskę jako wyrodną macochę.

Czy zresztą Polska dla Górnego Śląska jest wyrodną macochą? Choć sam Rokita pisze, że z każdym rokiem jest w nim coraz więcej Ślązaka, to jednocześnie próbuje zrozumieć stanowisko tych, dla których śląskość może być separatyzmem. To groźne słowo zyskało na swej mocy jeszcze bardziej od czasu, kiedy dziesięć lat temu Rosja wykreowała zupełnie z niczego separatystyczne republiki: ługańską i doniecką. Górny Śląsk to zupełnie nie ten kazus – uspokaja nas Rokita. I zapewne tak jest, powiedzmy to sobie szczerze. Historyk dopowie jednak, że ruch ślązakowców z dwudziestolecia międzywojennego miał oblicze Józefa Kożdonia, wieloletniego burmistrza Czeskiego Cieszyna, przez znakomitą większość Polaków z drugiej strony Olzy uznawanego za renegata. Strachy przed separatyzmem i tożsamością śląską mają głęboki historyczny korzeń. A że akurat kożdoniowcy to rzecz ze Śląska Cieszyńskiego? Cóż, nie tylko pisarz, lecz i czytelnik ma prawo do elastycznego podejścia do opowieści.

Autor słusznie zauważa, że snute przez niego rozważania o tożsamości stanowią tak naprawdę przywilej pierwszego świata. Dlaczego jednak nie zrobić z niego użytku? Pasjonujące są refleksje na temat języka śląskiego i jego najnowszej historii. Jedna sprawa to to, jakie miejsce będzie mu formalnie pisane w naszym kraju: czy będzie to język mniejszości narodowej? Czy w ogóle będzie to „poważny” język? A może tak naprawdę w ogóle nie ma znaczenia, czy ten język ma jakiś oficjalny status, tak długo, jak po prostu żyje? Żyje w stadionowych pokrzykiwaniach, w szeptach zakochanych, we wpisach w mediach społecznościowych. Bo śląszczyzna żyje i rozwija się bujnie, w sposób, który naprawdę może budzić uznanie. Kodyfikuje się, rośnie, dojrzewa. Niesamowite wrażenie robi zwłaszcza język śląski na deskach teatru. O przekładach na język śląski Rokita pisze szerzej. Od siebie dodam jeszcze niesamowite wrażenie, jakie zrobili na mnie Tkocze według Hauptmanna, wystawieni po śląsku w Teatrze Śląskim im. Wyspiańskiego – ze znakomitymi rolami Grażyny Bułki, Dariusza Chojnackiego i Mateusza Znanieckiego. Coś każe mi podejrzewać, że nie poruszaliby tak bardzo, gdyby wystawić ich po polsku.

Śląskość? To wcale nie jest łatwa tożsamość. Jedni ją odkrywają, stając się Nowymi Ślązakami, ale inni porzucają, odpływając ku polskości, czasem niemieckości. Czynione przez Rokitę zestawienie opolskiej niemieckości jako osobności podobnej do śląskości jest konfundujące. I prowokuje do pytania, czy śląskość to „tutejszość” XXI wieku. Jeśli w tak wielu momentach opowieści z Aglo Warszawa jest synonimem tego, co narzucone, brutalne, wprost „wschodnie”, to czy rzeczywiście Ślązakom może być dobrze w polskości? Na te pytania nie da się odpowiedzieć jedną książką, nawet tak wciągającą jak Aglo. Jest ona nie tylko świetnie skomponowanym reportażem. Jest też fascynującym studium rozpięcia pomiędzy indywidualnością a wspólnotowością, pomiędzy poszukiwaniem swojej lokalności i swojej środkowoeuropejskiej globalności.

A po aglomeracji górnośląskiej dalej płyną „tramwaje jak komety”. Zupełnie jak w poświęconym Trójmiastu hicie zespołu eM sprzed dobrych dwudziestu lat. Tyle że u Rokity to nie nostalgiczny refren, tylko przypomnienie: Śląsk nie prosi o uwagę – on ją wymusza..