To, co obce, w tym, co własne. Argentyńskie opowieści o niepokoju
Magda Potok
Szybko okazuje się, że zagubienie nie dotyczy wyłącznie drogi. Zachowanie matki staje się nieczytelne, role zaczynają się rozmywać, a to, co miało pozostać niewinną obserwacją, zaczyna naruszać cudzą przestrzeń. W czytelniku rodzi się niepokój – jakby coś niepostrzeżenie wypadło z ram, odsłaniając kruchą równowagę, na której opiera się znany porządek.
Schweblin buduje napięcie w charakterystyczny dla siebie sposób – w najnowszym zbiorze opowiadań szczególnie powściągliwy. Argentyńska pisarka, znana polskim czytelnikom z krótkich form zebranych w tomie Ptaki oraz z powieści Bezpieczna odległość i Kentuki (wszystkich znakomicie przełożonych przez Tomasza Pindla), rezygnuje tu z rekwizytów niesamowitości na rzecz świata całkowicie rozpoznawalnego. Źródłem narastającej niepewności stają się drobne zakłócenia relacji i zwyczajnych sytuacji. To najbardziej „realistyczny” tom Schweblin, choć realizm ten nie daje poczucia orientacji: zamiast wyjaśniać i stabilizować doświadczenie, pisarka odsłania to, co w nim niepokojące i trudne do nazwania.
Na tom składa się siedem opowiadań rozgrywających się w przestrzeniach codziennego życia: w domach jednorodzinnych, mieszkaniach, ogrodach, na ulicach miasta czy w szpitalnej poczekalni. Ich bohaterami są przede wszystkim członkowie rodzin – byli partnerzy, dziadkowie i wnuki – uwikłani w relacje pełne cichego napięcia. W jednym z opowiadań ekscentryczne zachowanie dziadków, biegających nago z wnukami po ogrodzie, burzy kruchą równowagę patchworkowej rodziny; w innym żałoba po stracie dziecka przybiera formę powtarzalnego rytuału, który nie pozwala ruszyć dalej. Jaskiniowy oddech opowiada o starości przeżywanej jako obsesyjne porządkowanie świata przed śmiercią, Czterdzieści centymetrów kwadratowych – o powrocie do miasta, które przestało być własne, a Wyjście – o nagłej ucieczce z mieszkania dzielonego z kimś, kto stał się nie do zniesienia. W jednym z najbardziej niejednoznacznych opowiadań, Pechowcu, dziewczynka pozostawiona na marginesie rodzinnego dramatu wchodzi w relację z obcym mężczyzną, balansującą między zagrożeniem a chwilowym poczuciem zrozumienia. Fabuły rozwijają się bez gwałtownych zwrotów; znaczenie budują powtarzalne czynności i decyzje, które powoli rozszczelniają codzienny porządek. Schweblin unika jednoznacznych rozstrzygnięć, pozostawiając czytelnika z pytaniem, gdzie kończy się norma, a zaczyna jej przekroczenie.
Tytułowe domy nie są puste – wypełniają je ludzie, przedmioty i powtarzalne rytmy powszedniego życia. Pustka, o której mówi tytuł, ujawnia się w doświadczeniu bohaterów. Dom przestaje być miejscem zakorzenienia i staje się znakiem stopniowego wycofania – fizycznego lub emocjonalnego. Wyraźnie widać to w Jaskiniowym oddechu, którego bohaterką jest starsza kobieta pakująca rzeczy do kartonów i sporządzająca listy przygotowujące ją na śmierć. Codzienne czynności – składanie ubrań, pakowanie rzeczy, opisywanie pudeł – z czasem tracą swój praktyczny sens i zamieniają się w rytuał graniczny. Jedna z notatek brzmi: „Skupić się na śmierci. On nie żyje. Kobieta z domu obok jest niebezpieczna. Jeśli nie pamiętasz, poczekaj”. Zapiski Loli odsłaniają lęk w obliczu narastającej dezorientacji i utraty poczucia bezpieczeństwa. Niesamowitość tej sceny nie wynika z ingerencji z zewnątrz, lecz z mechanicznego porządkowania rzeczywistości, które zamiast uspokajać, potęguje wewnętrzne rozstrojenie. Dom – zamiast dawać schronienie – zaczyna funkcjonować jak pułapka.
Do najbardziej przejmujących opowiadań należy W tym domu zawsze tak jest, poświęcone doświadczeniu żałoby, która nie znajduje ujścia i powraca w formie uporczywie ponawianych działań. Narratorka każdego dnia zbiera z własnego patio ubrania zmarłego syna sąsiadów, przerzucane przez mur. Tragedia nie zostaje tu opowiedziana wprost – ujawnia się w monotonii czynności: zbieraniu, praniu, składaniu, pakowaniu, które przejmują ciężar niewypowiedzianej historii o stracie. Bliskość przybiera formę milczenia i gestów zastępczych. Sąsiad pojawia się pod drzwiami bez słów – „pięści pana Weimera znów łomoczą”. Na te powracające wizyty gniewnie reaguje syn narratorki, uznając je za „typowe dla szaleńców” i próbując przywrócić ład, którego dorośli nie potrafią już utrzymać. Schweblin nie przekłada żałoby na język psychologii ani nie oferuje pocieszenia; stawia czytelnika wobec doświadczenia straty, która trwa i nie daje się oswoić.
Pisarstwo Schweblin nie rozprasza nadmiarem. Argentynka operuje stylem oszczędnym, niemal przezroczystym, rezygnując z efektownych opisów na rzecz prostych zdań oraz powracających, drobnych gestów, w których stopniowo gromadzi się napięcie. Poza jednym obszerniejszym tekstem tom tworzą krótkie opowiadania o niejednoznacznych zakończeniach, budowane z niedopowiedzeń i detali, które z czasem nabierają niepokojącej wagi. Schweblin nie sięga po sensacyjne wyjaśnienia ani nadzwyczajne zdarzenia; drobne zakłócenia zwykłego biegu rzeczy wystarczają, by podważyć stabilność znanego świata. To pisarstwo wybitne, o dużej sile wyrazu, angażujące czytelnika w proces współtworzenia sensu.
Opowiadania z Siedmiu pustych domów nie wywołują grozy, lecz subtelne, utrzymujące się napięcie, które pracuje długo po zakończeniu lektury. Schweblin koncentruje się na momentach zawieszenia – sytuacjach, w których coś uległo przesunięciu, chociaż jeszcze nie daje się nazwać ani naprawić. Osiąga przy tym coś rzadkiego – bez podnoszenia tonu potrafi uświadomić nam, jak łatwa jest do przekroczenia granica między tym, co znane, a tym, co obce i niepokojące.