Ciało między wdechem a wydechem

Jakub Rawski

Najnowsza książka poetycka Zofii Bałdygi Nauka oddychania skupia się na różnorodnych doświadczeniach związanych z cielesnością, ekologią oraz komunikacją. Te trzy kategorie wydają się w niej najważniejsze, a przez to wskazują kierunek interpretacji. Tytułowe oddychanie nie oznacza jedynie biologicznej, codziennej czynności, lecz staje się metaforą istnienia, bycia i doświadczania.

Do kwestii oddychania odnoszą się dwie kategorie – wdechu oraz wydechu. Na nich również osadza się kompozycja tomu. Część pierwsza, Wdech, podobnie jak druga Wydech, zawiera wiersze tworzące swoisty cykl. Pomiędzy nimi wyraźnie rysuje się opozycja w zakresie dynamiki oraz semantyki. Wdech cechują szybsze tempo, większa intensywność, gęstsza znaczeniowość, uwidaczniające się w poetyckich obrazach, refleksjach i przeżyciach podmiotu lirycznego. Tymczasem w Wydechu czytelnik ma do czynienia ze spokojniejszym tonem, z bardziej klarowną symboliką.

Cielesność wydaje się wszechobecna w książce: „stale jestem wewnątrz swojego ciała” (dziewczynka ze zdjęcia). Prymarne jest oczywiście oddychanie, które warunkuje bycie w ciele, bycie ze sobą, bycie w świecie: „Oddech zajmuje wnętrze, oddech jest dosłowny” (zmiana czasu na letni). Nie mniej istotne są poszczególne elementy ciała, antropomorfizowane i upodmiotawiane: „tak mówi krew”, „serca można dotknąć” (gry losowe); „opowiadasz temperaturę, ciśnienie” (zawężone pole widzenia); „prześwitujące żyły nie rzucają cienia” (scenariusz); „blizna widzi mnie jako kobietę” (krótki dystans). Dla poetki cielesność to fragmenty, poszczególne części i parametry – serce, krew, żyły, ciśnienie, blizny, które uzyskują swoje znaczenie, indywidualną symbolikę. Człowiek jawi się jako byt niejednorodny, posiadający oczywiście ciało „jako miękkie, uśmiechnięte etui na płyn i drobne ciała stałe” (pętle i zwroty), lecz cielesność ta zostaje przedstawiona jako struktura podatna na rozpad, wewnętrznie zróżnicowana i tymczasowa. Z obrazem tego rozkawałkowania można łączyć wrażenie, że poszczególne części ludzkiego organizmu wcześniej czy później zaczną obumierać niezależnie od siebie, co ewokuje wyobrażeniowy gest pożegnania z własnym ciałem, utratę jego elementów, jak w przejmującym wierszu Stanisława Grochowiaka Rozbieranie do snu. Bałdyga nie głosi jednak wyłącznie prawd metafizycznych i eschatologicznych, przeciwnie, one istnieją niejako obok głównego nurtu jej poetyckiej refleksji. W jego centrum ciało jest pojmowane jako integralny element przyrody.

Nie sposób nie zwrócić uwagi na wyraźne ekologiczne zaplecze Nauki oddychania. Człowiek jest częścią ekosystemu, jak w wierszu suflerkom: „A może wystarczy tak po prostu żyć? / Pozwolić ciału oddychać w rytmie starszych gatunków”. Oddychanie oznacza tu zgodę na temporalność inną niż ludzka, wolniejszą, głębszą, ugruntowaną w biologicznej ciągłości życia i jego różnorodności, które istniało przed człowiekiem i będzie trwać po nim. Nie jesteśmy tutaj na zawsze – to kolejne memento pobrzmiewające w książce Bałdygi; ludziom po prostu kiedyś zabraknie oddechu, ponieważ „Nic nie trwa wiecznie, ani nawet długo, rzeczy się buntują / i wypowiadają umowę” (nocna zmiana); „Nie zostaną po nas, ale zamiast nas: pośmiertne życie przedmiotów” (porządki równoległe). Ale świat, przyroda sobie poradzą: „Nad ranem wszystko kiełkuje, ciągnie ku górze” (nocna zmiana); „Lasy są starsze od prawa” (długi dystans). Przez takie nieantropocentryczne rozumienie świata Bałdyga dołącza do grona poetek, dla których tematyka ekologiczna jest wiodąca, żeby wspomnieć Małgorzatę Lebdę, Mirkę Szychowiak, Julię Fiedorczuk czy Beatę Patrycję Klary.

W książce nie mniej ważna od omówionych powyżej kategorii okazuje się komunikacja. Dialogi między bohaterami kończą się niepowodzeniem, są niemożliwe: „Na której stronie język przestaje być obcy?” (kurs językowy); „Słowo miało wystrzelić, ale pęka w ustach” (ostatnia prosta). Język nie jest narzędziem komunikacji, lecz przestrzenią nieustannego nieporozumienia. Mowa okazuje się medium kruchym i zawodnym. Obok niemożliwości efektywnej komunikacji pojawia się niemożliwość realnego spotkania: „Pełne nieobecności miasto zaprasza na migi” (czynności cykliczne (II)); „Jak dobrze cię zobaczyć, chociaż to nie ty”, „Podajesz mi swoje nazwisko, a ja natychmiast nadaję ci inne” (bliskie spotkania). Spotkanie nie dokonuje się na poziomie obecności, lecz przesuwa się w sferę znaków, zniekształcających to, co miało być bezpośrednie. Akt nadawania nowego imienia staje się gestem symbolicznej przemocy, unieważnienia cudzej tożsamości. Relacja nie prowadzi do bliskości, lecz ujawnia dystans nawet wtedy, gdy rozmówcy znajdują się obok siebie. 

Podsumowując, warto zwrócić uwagę, że tytuł tomu przywołuje wybór wierszy Tadeusza Różewicza Nauka chodzenia, w którym utwory z późnej twórczości pisarza składały się na poetycką opowieść o byciu w świecie (liczne nawiązania kulturowe), ale również o byciu dla siebie (we fragmentach doświadczenia). I w tym drugim obszarze – ontologicznym – poza paralelnością tytułów książek Bałdygi i Różewicza, dostrzegam zbieżność tematyczną, ale również podobieństwo poetyk, stosunku do słowa. Charakterystyczne echo prostego, ale zarazem intensywnego stylu Starego Mistrza pobrzmiewa w utworach z Nauki oddychania, chociaż, co trzeba podkreślić, Bałdyga bardzo często sięga po obrazowanie surrealistyczne oraz/ lub oniryczne (u autora Szarej strefy częściej taka estetyka pojawiała się w dramatach niż w wierszach). Poetka podobnie jak Różewicz intensywnie eksploruje obszar cielesności.