Ten widok domaga się podskoków
Zofia Zaleska
Latem nasze ciało wybija się na wolność. Podczas długich ciepłych dni, bez grubych palt i ciężkich butów, czujemy się lżejsi i doświadczamy świata wokół trochę inaczej. Ostatnio, podczas porządkowania zdjęć, zdałam sobie sprawę, że na wielu fotografiach z wakacji znajduję się w powietrzu. Skaczę – zawsze na tle jakiegoś krajobrazu, słonecznych wzgórz pokrytych oliwnymi zaroślami, wielkich równin czy ciągnącego się kilometrami wybrzeża. Zazwyczaj swój skok wykonuję na środku pustej drogi i w locie gubię klapki. Tak właśnie niekiedy działa na mnie przestrzeń – gdy patrzę na zapierający dech w piersiach krajobraz, mam ochotę skakać z radości. Podczas dalszych i bliższych wycieczek zdarza mi się poprosić kierowcę auta: „Zatrzymaj samochód, ten widok domaga się podskoków!”.
Letnie miesiące to często czas podróży, a podróżowanie kojarzy mi się z przypływem energii i szczęściem, które daje obcowanie z niezmierzoną, pustą przestrzenią. Nie tylko mi. Uczucie pełnego podziwu zachwytu wobec czegoś lub kogoś niezwykłego, zmieszane czasem ze strachem i dezorientacją, zostało zbadane i doczekało się pokaźnej literatury. W kwietniu tego roku wiele osób z zapartym tchem śledziło losy statku kosmicznego Orion, który w ramiach misji Artemis II ruszył w podróż wokół księżyca. Członkowie czteroosobowej załogi na bieżąco dzielili się ze światem wrażeniami z lotu i opowiadali o ekstazie i tkliwości, jakie wzbudza w nich widziana ze statku kosmicznego Ziemia – mała niebieska kropka zawieszona w nieskończonej pustce czarnej przestrzeni. O podobnym transcendentnym doświadczeniu wspominali też wcześniej inni astronauci. Aby opisać tę wywołaną przez radykalną zmianę perspektywy emocję, Frank White w 1987 roku ukuł termin „overview effect” – efekt oglądu. To silne poczucie, że nasza planeta jest wyjątkowa i potrzebuje ochrony. Kosmiczna euforia jest dostępna nielicznym, ale wiele osób doświadcza podobnych uniesień, gdy po raz pierwszy spogląda na ziemię z okienka samolotu. Mnie wystarczy patrzenie przez szybę samochodu czy pociągu.
Każdy zna wakacyjny rytuał, jakim jest zatrzymywanie się na punktach widokowych. Parkujemy auto, potem parę kroków asfaltem, piaszczystą czy kamienistą ścieżką, czasem trzeba wspiąć się po schodkach, w końcu za zakrętem, na szczycie, na poboczu drogi – widok. Gdy byłam dzieckiem, nie przepadałam za takimi miejscami, zazwyczaj z bratem woleliśmy zostać w aucie i dokończyć grę w karty czy czytanie komiksów. Te kilkuminutowe przystanki wydawały nam się nudne i zbędne. Jednak dziś, gdy przypominam sobie dawne wakacje, stają mi przed oczami właśnie widoki.
W teorii architektury istnieje termin „architecture of the gaze”, architektura spojrzenia. Odnosi się on do projektowania przestrzeni w taki sposób, aby kontrolować spojrzenie, kierować je w konkretne miejsca i kierunki, prowokować do patrzenia lub odwracania wzroku. Zaznaczone na mapach pobocza i platformy, na których przystajemy podczas wycieczek, oferują odmienny od codziennego sposób obcowania z przestrzenią. Służą kadrowaniu i porządkowaniu spojrzenia i jednocześnie otwierają przed nami ogrom, piękno i potęgę krajobrazu. Podobną funkcję spełniają też wieże, latarnie morskie, a nawet leśne ambony, jednak w przeciwieństwie do tych budowli punkty widokowe najczęściej są inkluzywne – oswajają bezdroża, przepaście, szczyty i chaszcze, pozwalając na podziwianie, niedostępnych zazwyczaj, widoków każdemu, bez względu na wiek czy możliwości fizyczne. Niektóre z nich są wkomponowane w dziki krajobraz tak, aby dodatkowo podkreślić jego dramatyzm. Czym innym będzie obserwacja zatapiających się w morzu gór, a czym innym spoglądanie na miasto z określonej perspektywy. Umiejscowienie punktów widokowych miewa znaczenie polityczne, wskazuje na to, co uważamy za warte upamiętnienia. Lizbonę zwiedza się, poruszając się od jednego miradouro – tarasu widokowego, do drugiego. Przy okazji podziwiając, jak przemyślnie miasto zostało odbudowane po trzęsieniu ziemi z 1755 roku. Mimo że dziś chętnie zatrzymuję się na punktach widokowych, to nie łapie mnie tam ochota na skoki. Ekscytacji i szczęścia z bycia w przestrzeni doświadczam zawsze w miejscach, których nikt nie wyznaczył do patrzenia. I wcale nie muszą one być na drugim końcu świata – pustynny krajobraz Nevady z ogromem nieba nad głową wyrzuca w powietrze podobnie jak ciągnąca się po horyzont droga obsadzona starymi dębami na polskim Pomorzu.
Za fizyczne uczucia, które odczuwamy w konfrontacji z przestrzenią – za gęsią skórkę, dreszcze, zmianę rytmu serca, pobudzenie – odpowiada nerw błędny. Jest on najdłuższym nerwem w ciele człowieka i najważniejszym elementem ludzkiego układu nerwowego. Łączy mózg z narządami klatki piersiowej i brzucha, a ze względu na jego funkcję nazywano go nerwem opiekuńczym – kontroluje procesy trawienne, reguluje stres, jest powiązany z naszym systemem odpornościowym i samopoczuciem. Po łacinie określa się go mianem nervus vagus, co oznacza nerw „wędrowny”, „błądzący” i choć nie nazwano go tak z powodu roli, jaką odgrywa w naszym kontakcie z przestrzenią, myślę, że to nie może być przypadek.