Jak napisać książkę noblowską?

Michał Strachowski

Nieczęsto nadarza się okazja, aby napisać wielką powieść. Szansę taką otrzymał Jerzy Koch, który dokonał nowego tłumaczenia Buddenbrooków Tomasza Manna (albo, jak czytamy na okładce, Thomasa Manna) na język polski. W tym miejscu należy przypomnieć kilka faktów historycznych. Buddenbrookowie ukazali się drukiem po raz pierwszy w 1901 roku. Pisarz liczył sobie wtedy zaledwie dwadzieścia sześć lat, ale stało się oczywiste, że stworzył dzieło na wskroś dojrzałe. Polskim czytelnikom, a przynajmniej tym, którzy nie mieli sposobności zapoznać się z książką w oryginale, przyszło czekać równo trzy dekady na przekład, którego dokonała Ewa Librowiczowa. Przez nieomal stulecie nie było wiadomo właściwie nic o tłumaczce. Nie sposób było nawet orzec, czy mamy do czynienia z prawdziwym imieniem i nazwiskiem czy tylko pseudonimem, co sugerował Koch we wprowadzeniu do książki. Jednak w rozmowie z Agatą Kasprolewicz autor najnowszego tłumaczenia ujawnił prawdziwą tożsamość swojej poprzedniczki: Librowiczowa to Ewa Teresa Ascher (1883-1943), kuzynka Józefa Kramsztyka, autora przekładu pierwszej części Czarodziejskiej góry. Nie był to pseudonim – Ascher wyszła w 1911 roku za mąż za Bolesława Librowicza. Zresztą parała się nie tylko przekładami, ale także grafiką – w młodości studiowała bowiem w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. Więcej informacji o tłumaczce i jej rodzinie można znaleźć w artykule Kocha Tak, to ja byłam Ewą!, który ukazał się na łamach internetowego „Dziennika Literackiego”.

W okresie PRL-u wznawiano wielokrotnie Buddenbrooków w przekładzie Librowiczowej, poddając go jedynie drobnym korektom. Działo się tak nawet w okresie stalinizmu, kiedy powieść wyszła nakładem Książki i Wiedzy (1948 i 1951). Jak przypomina Koch we wprowadzeniu, wpływ miał na to jeszcze przedwojenny imprimatur ze strony György Lukácsa, który orzekł, że powieść spełnia kryteria zgodności z myślą marksistowską. Za dwoma pierwszymi wznowieniami przyszły kolejne, tym razem z Czytelnika (1956, 1959, 1966, 1971 i 1983). Zaś w 1988 roku ukazało się w KiW-ie wydanie poprawione przez Zofię Kanię, która uwspółcześniła i uspójniła język tłumaczenia. Dzieło Manna cieszyło się tak dużą popularnością, że także po 1989 roku było wielokrotnie wznawiane, lecz dopiero w 2025 wyszło w nowym tłumaczeniu nakładem wydawnictwa W.A.B.

Różnice między przekładami widać już w podejściu tłumaczy do swojej pracy. O ile Librowiczowa prawie dosłownie „skryła się” za tekstem, o tyle Koch podkreśla swoją „widoczność” w nim. Ba! We wprowadzeniu do Buddenbrooków apeluje o to, aby „w zabiegach periodyzacyjnych i terminologicznych wykonywanych na literaturze polskiej uwzględniać ogół przekładów z literatur obcych na równi z piśmiennictwem zwanym ojczystym, gdyż tłumaczki i tłumacze są w naturalny sposób polskimi pisarkami i polskimi pisarzami”. Swój postulat wyjaśnia w wywiadzie Tłumacz się tłumaczy. Mulischem po polsku już byłem: „Tłumacz literatury staje się na pewien czas w swoim rodzimym języku tłumaczonym autorem”. Jak trafnie zauważa Koch, przekład jest czymś więcej niż mechanicznym odwzorowaniem oryginału, gdyż wzbogaca język, w którym się ukazuje. „Autorzy tłumaczeń – pisze Koch – nie są przecież zautomatyzowanymi pasami transmisyjnymi mechanicznie przenoszącymi jakości artystyczne z jednego zbiornika kultury do drugiego ani sterylnymi naczyniami w laboratorium języków, nie są również jakimiś vas spirituale czy vas honorabile, tylko konkretnymi osobami o określonych predylekcjach literackich, gustach estetycznych, z własnym doborem stów, indywidualnym temperamentem i charakterem. Przekład nie powstaje więc w obszarze zanonimizowanym, autonomicznym czy eksterytorialnym, lecz zanurzony jest w kąpieli galwanizacyjnej czy przechodzi proces osmotyczny, a neuropsychologiczny charakter tego, co dzieje się w trakcie translacji, nie został jeszcze do końca poznany”.

Tłumaczenia poszerzają także liczbę dzieł, które wchodzą w skład danych „literatur narodowych”. Wszak wielu z nas lwią część tekstów poznaje w sposób zapośredniczony przez przekład. Sprawa tyczy się również piszącego te słowa, dla którego Marcel Proust, Robert Musil czy Joseph Roth są pisarzami polskimi, gdyż czytanymi po raz pierwszy właśnie po polsku. Nawiasem mówiąc, wielu odbiorców czerpie niemałą przyjemność z porównywania przekładów. Przyglądają się nie tylko historycznym uwarunkowaniom i przemianom języka, ale także temu, jak odmienne użycie słów sprawia, że zaczynają opalizować znaczeniami. Takim też czytelnikiem był Koch i stąd decyzja, aby pozostawić niektóre frazy Librowiczowej.

Autor najnowszego tłumaczenia Buddenbrooków nie poprzestaje na podkreśleniu swojej „widzialności”, ale idzie o krok dalej i mówi o „widzialności w tekście”. „Zapomnieliśmy – pisze Koch – że przez wiele stuleci, od antyku aż do czasów romantyzmu, translatio łączyło się nie tylko z samym imitatio, lecz także z aemulatio – działaniami na przekładanym tekście, które zakładają jednoczesny proces naśladowania w celu osiągnięcia podobnych efektów, a nawet podjęcie próby twórczego dorównania i prześcignięcia pierwowzoru, bowiem nieodłącznym elementem tłumaczenia był element tworzenia”. W pewnym sensie dokonuje się swoista „zamiana miejsc”. Z oczywistych względów taka postawa może stwarzać ryzyko przesadnego utożsamienia się tłumacza z twórcą oryginału. Niepokój wzbudzać mogą w tym względzie niektóre deklaracje z wprowadzenia do książki, jak poniższa: „Przenicowując tekst z niemieckiego na polski, poznałem mocne, wręcz arcydzielne strony powieści, ale też to, co można by uznać za słabostki, które jednak przemilczę, gdyż podczas pracy wszedłem z tym utworem w intymny związek i traktuję go jako swój”. Czy rzeczywiście tekst staje się „własnością” tłumacza? Czy raczej oddawany jest mu w dzierżawę? Zaś w innym miejscu Koch przyznaje, że choć pierwszą książką Manna, którą przeczytał, była Czarodziejska góra, to zmieniło go spotkanie z Buddenbrookami. Ponownie rodzi się pytanie, czy nie zaciera się tutaj granica między rekreacją a kreacją i czy nie zachodzi ryzyko swoistego „przywłaszczenia” tekstu. Szczęśliwe udało się Kochowi wyminąć owe „tożsamościowe rafy”, w czym pomogła mu zapewne skrupulatność akademika. W większym stopniu tłumacz skupił się na oddaniu niespieszności prozy Manna, ironiczności języka i wewnątrztekstowych aluzji niż na próbie stworzenia ich ekwiwalentu. Ożywiał dialogi, lecz nie w sposób wymuszony, jak w otwierającej powieść scenie recytacji słów Katechizmu. Używał dialektu, acz nie starał się znaleźć dokładnego odpowiednika, mieszając różne polskie gwary. Nawet imiona pozostawił w ich niemieckim brzmieniu, aby uniknąć posądzenia o „zawłaszczenie”. Słowem, w przekładzie Kocha zachowana została równowaga między imitatio a aemulatio.

Niewątpliwa erudycja autora i stylistyczna zręczność sprawiły, że polski czytelnik otrzymuje jedno z najlepszych współczesnych tłumaczeń prozy niemieckojęzycznej. Warto jednak na chwilę zatrzymać się nad tak mocno podkreślaną potrzebą „widzialności” i „obecności” tłumacza w tekście. Czy rzeczywiście jest to strategia lepsza od tej, którą obrała Librowiczowa prawie stulecie temu? Z pewnością bardziej odpowiada współczesnej wrażliwości wyczulonej na obecność „postaci drugoplanowych”, zainteresowanej tym, co niejawne i „zakulisowe”. Dzisiejsze wyczulenie na wieloosobowy charakter autorskiego dzieła powoduje, że nie tylko nazwisko autora znalazło się na okładce książki (choć u dołu), ale także na stronie redakcyjnej wymienione zostały wszystkie osoby zaangażowane w proces wydawniczy. Jednak nie sposób decyzji pierwszej tłumaczki Buddenbrooków, aby ściszyć własny głos, określić mianem wyłącznie historycznej. 

W eseju Librowiczowej Tomasza Manna „Śmierć w Wenecji”, który ukazał się w 1925 roku na łamach „Przeglądu Warszawskiego”, czytamy: „Jest w noweli ustęp, mówiący laiku słowami o powstawaniu dzieła poetyckiego. Powiedziano tam, że to, co w niem przykuwa i zniewala, jest to tajemne powinowactwo utworu z losami twórcy, jest to ukryta dla czytających głębia niezmierzonych »a jednak«: trosk, nędz, namiętności, otchłani, naprzekór którym zrodziło się i dojrzało dzieło. Poprzez uchyloną na mgnienie zasłonę tego półwyznania dotykamy bezdennych tajemnic twórczości, zamkniętych profano vulgo. Bije tu i drga niezwierzona emocja osobistego przeżycia – i ona to muzę stwarza ów podziemny prąd sympatji i porozumienia, którem tchną karty dziwnej opowieści, ona to może nadnaturalnem światłem opromienia enigmatyczny urok nikłej akcji”. Librowiczowa rozwinęła myśl, którą Mann zawarł w noweli: „Aby wybitny utwór ducha mógł z miejsca wywrzeć szeroki i głęboki wpływ, musi istnieć tajemne powinowactwo, ba, zgodność między osobistym losem twórcy i powszechnym losem współczesnego pokolenia. Ludzie nie wiedzą, czemu jakiemuś dziełu sztuki gotują sławę. Dalecy znawstwa, zdają się znajdować sto zalet, by usprawiedliwić tak wielkie nim zainteresowanie; ale właściwym powodem ich uznania jest imponderabile, sympatia”. Innymi słowy, tłumaczka postanowiła pośredniczyć między twórcą a odbiorcą, aby drugi mógł rozpoznać w doświadczeniu własne, gdy współczesny indywidualizm – paradoksalnie – przesłania jednostkę, przeszkadzając w odczuciu „sympatii”, o której pisał Mann. Trudno rozstrzygać, kto miałby mieć tutaj rację. Liczy się wszak tylko jedno: przyjemność lektury, delectatio, wynikające z trudu, który włożyli wszyscy autorzy dzieła. .