Świat przegranych ideowców
Paweł Rzewuski
Rewolucja i misterium, czyli Revolterium, debiut Bernarda Gromka, przenosi czytelników w zupełnie nieznany Kraków. Świat brudny i bezlitosny.
Dawna stolica Polski ma konkretne konotacje. Z zasady postrzega się ją jako trochę senne muzealne miasto. Miasto spokojnych mieszczan, którzy w cieniu Wawelu prowadzą intelektualne dysputy na temat twórczości Matejki. Taki obraz Krakowa pojawia się chociażby w serii książek Maryli Szymiczkowej (czyli Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego), gdzie śledztwo prowadzi nobliwa mieszczańska profesorowa Zofia Szczupaczyńska. I rzeczywiście przez większość swojej historii XIX-wiecznej, zwłaszcza w drugiej połowie wieku, Kraków był miastem raczej spokojnym, unikającym nagłych zrywów, rewolucji czy buntów. Kiedy przez Warszawę przechodziły kolejne manifestacje, bunty i rewolucje, Kraków prowadził niespieszne intelektualne dysputy albo emocjonował się skandalizującymi wystąpieniami bohemy. W każdym razie daleko mu było do groźnego, pełnego przemocy miasta. I taki obraz został w kulturze, zwłaszcza że przez kolejne lata z racji swojej akademickości i ze względu na osadzenie w c.k. monarchii został taką spokojną miejscowością pod dobrotliwym spojrzeniem Franciszka Józefa. Ale nie zawsze tak było.
Podczas insurekcji kościuszkowskiej Kraków, inaczej niż Wilno i Warszawa, nie spłynął za bardzo krwią. Powstanie listopadowe również ominęło Kraków, ale on też miał swoją rewolucję, chociaż – co tu wiele mówić – pozostaje ona w cieniu innych rewolt.
Wśród wielkich wydarzeń patriotycznych i zrywów powstańczych wydarzenia krakowskie z lutego i marca 1846 roku znikają w mrokach dziejów. Tymczasem były pod wieloma względami wyjątkowe. Stojący na czele powstania Edward Dembowski okazał się prawdziwym rewolucjonistą, który postawił sobie za cel aktywizowanie chłopów, wciągnięcie ich w narodową sprawę, to zaś spotkało się z gwałtownym oporem władzy austriackiej. W efekcie powstanie zostało brutalnie zdławione. Zastosowano przeciwko rewolucjonistom ich własną broń. W tym samym czasie wybuchła rabacja galicyjska, a Jakub Szela mordował szlachtę.
Samo powstanie krakowskie zostało zdławione brutalnie, a marksizujący Edward Dembowski został zabity przez Austriaków. Dalszy rozwój rewolty powstrzymała jednak rabacja, choć nie bez znaczenia był brak charyzmatycznego lidera i większych sukcesów. Jej uczestnicy zostali wtrąceni do więzienia, a niektórzy również skazani na karę śmierci.
Wydarzenia krakowskie były wyjątkowe na tle całego XIX wieku, bowiem w porównaniu do powstania listopadowego i styczniowego okazały się próbą faktycznie międzystanowego zrywu. Polska wiosna ludów skończyła się, zanim na dobre się rozpoczęła, pozostając niespełnioną obietnicą zmian. Sama rewolucja, jak wskazuje tytuł, jest zawieszona między rewolucją a misterium, między doświadczeniem pragmatycznym a sacrum wielkiej sprawy, przy czym misterium ostatecznie zostaje pokonane, a przynajmniej tak się może na pierwszy rzut oka zdawać.
W tej rzeczywistości, a mówiąc precyzyjniej – w popowstaniowym czasie, akcję swojej powieści osadza Bernard Gromek. Z więzienia wychodzi Maks Krom, powstaniec, niegdysiejszy patriota i człowiek ideowy, który po dwóch latach w austriackim więzieniu „wyleczył” się z walki i wielkich ideałów i pragnie świętego spokoju. Zwłaszcza że kara pozbawiła go nie tylko ideałów, ale również zdrowia. Mimo młodego wieku jest schorowany i osłabiony. Chce po prostu w spokoju żyć, ale jak to często bywa – święty spokój takich ludzi nie dotyczy. Niedługo po wyjściu na wolność spotyka swojego dawnego towarzysza, hrabiego Hipolita Zdańskiego, ten zaś śni cały czas o kolejnym zrywie, o kolejnej walce, ale również o skarbie, który z kolei rozpala ciekawość głównego bohatera. Obydwaj bohaterowie to dwa różne światy, Krom, człowiek pozbawiony złudzeń, i idealista Hipolit, arystokrata bawiący się w wielkie czyny. We wszystko zaś wmiesza się postać młodej dziewczyny, Cecylii. Jej wątek romantyczny jest naiwnie i nawet wręcz paradoksalnie radosny, jakby autor starał się przekazać, że mimo całego brudu i beznadziei świata istnieje jakaś nadzieja dla rzeczywistości i dla przegranych, zdruzgotanych ideowców. Być może, zamiast kierować się w stronę podniosłych wartości, trzeba spojrzeć nieco przyziemniej, w stronę emocji.
Tymczasem rzeczywistość Revolterium jest brudna i bezwzględna, ale nieprzypadkowo. Dobrze to widać w konstrukcji świata przedstawionego – Kraków Gromka to miasto pełne ciasnych śmierdzących zaułków. Jakże dalekie od turystycznego, pełnego powabu świata z pocztówki albo wymuskanej rzeczywistości mieszczańskiej. Wydaje się, że jest to Kraków prawdziwy, tętniący autentycznym życiem, pełen pijaków, morderców, gwałcicieli i biedoty, których autor opisuje językiem pozbawionym ozdobników, wręcz turpistycznym, co dla przedstawiania realiów i stanu ducha głównego bohatera wydaje się najadekwatniejszą metodą. Język to jedno, ale sposób narracji i prowadzenia akcji to drugie. Nie sposób nie zauważyć, że muzyczna pasja autora ma swoje odbicie w strukturze powieści. Tekst jest silnie zrytmizowany, dynamiczny niczym utwór muzyczny zespołu Pętla, którego autor jest członkiem. Revolterium jest udanym debiutem, który nieco skrzywdzono, promując go jako rzecz, która udaje coś, czym nie jest. Książkę Gromka reklamuje się jako połączenie filmów Tarantina i Peaky Blinders – rozumiem marketingowe zagranie i decyzję, aby właśnie tak przedstawiać powieść, ale uważam, że te porównania znacznie spłycają przekaz utworu. Z rzeczy znacznie poważniejszej robią popkulturową papkę, do tego skąpaną w kompleksie, że coś musi być jak jakiś zachodni wzorzec, w tym konkretnym wypadku – amerykańskie kino. Zwłaszcza że dzieje się to z dużą stratą dla samego autora, bowiem Gromek nie jest tylko tarantinowski, ale swój własny i niepowtarzalny. Wolałbym, aby polska literatura nie musiała być jak coś innego, aby się sprzedać. I tak jest właśnie w przypadku Revolterium: jest swoje własne.