Świat o ostrych krawędziach
Karol Alichnowicz
Drugi tom wierszy Pauliny Subocz-Białek potwierdza zauważoną przez recenzentów Ostatniego lotu Filomeli, debiutanckiej książki autorki, artystyczną odrębność jej liryki.
W tym przypadku mamy bowiem do czynienia z erudycyjną i wysublimowaną formalnie poezją, która nie boi się zadawania istotnych, wręcz zasadniczych pytań o nas samych i współczesność.
Wiersze składające się na Wydrążyłam patyczkiem wielką dziurę w ziemi można odczytywać na wielu poziomach, dla których ponownie interpretacyjny kontekst będą stanowić zarówno dziedzictwo Biblii oraz filozofii, jak i odwołania do kulturowej symboliki (np. mitologia) czy tradycji literackiej itp. W zakresie poetyki korzysta autorka z wypracowanych wcześniej form wiersza wolnego o proweniencji awangardowej, charakteryzującego się podporządkowaniem struktury tekstu jego semantyce. Nie bez powodu zapewne w jednym z wierszy Subocz-Białek odnajdziemy nawiązanie do tytułu jej debiutu poetyckiego, co można potraktować jako autokomentarz do własnej twórczości (i jej recepcji krytycznej), a niejako wskazanie kolejnych elementów lirycznego imaginarium (***pierwszy upadek filokteta):
pierwszy upadek filokteta
ostatni lot filomeli
the philostrate’s uprising
rozwiązujemy kamienne tabliczki
starych mitów
od nowa
tak tak
nie nie
początków istnienia
Poezja autorki obraca się bowiem w kręgu reinterpretowanej przez nią tradycji śródziemnomorskiej, której różnorakie elementy w postaci motywów, symboli, aluzyjnych przywołań współtworzą semantykę wiersza. Tom Wydrążyłam patyczkiem wielką dziurę w ziemi wydaje się sprawdzać wiarygodność i moc oddziaływania przeszłości – źródeł jej duchowego i kulturowego dziedzictwa – w kontekście osobowej i ponadindywidualnej pamięci, tożsamości prawdziwej i iluzorycznej. Artystyczną figurą tych poczynań może być m.in. stanowiący fundament tytułu gest drążenia w ziemi jako trudu poszukiwania dziedzictwa w tym, co było przed nami. Dla Subocz-Białek głównym punktem odniesienia pozostają obrosłe w symbolikę Południe i Północ, metaforyzowane np. z jednej strony przez łatwą do rozszyfrowania postać Jana „z odstającą głową (*** w Betanii drży), z drugiej – zaczerpniętą z Tolkienowskiego świata postać Bombadila (*** już nie ma domku Bombadila). Wzajemne wpływy tych kulturowo odrębnych, ale przecież związanych ze sobą porządków nie wydają się w liryce autorki służyć jedynie do konfrontacji języków południa (ekstatyczność, jasność) i północy (melancholia, ciemność) jako innych form artystycznej ekspresji i wynikłego z tego napięcia. Chodzi w tym przypadku raczej o dostrzegane współcześnie zjawisko zanikania wyobraźni religijnej oraz kulturowej i katastrofalne konsekwencje tego procesu.
Subocz-Białek udało się dla tak trudnego zadania odnaleźć w tradycji literackiej odpowiedni wzorzec, który okazał się twórczo żywotny w sferze wyobraźni lirycznej i poetyki. Jej wiersze wprawdzie zawsze były pełne ruchu, ale tym razem ów dynamizm jest bardziej wyraźny, uwypuklony przez obrazowo-formalną płaszczyznę tekstu opartego na cyklu wariacyjnym (powtarzalność słów, np. piasek, głowa, pieśń) i różnorakiej modulacji składni. Nieregularność wersów, występowanie dłuższych i krótszych wariantów uwypuklających często tok przerzutniowy wprowadzają do zróżnicowanej formalnie liryki (np. miniatura poetycka, poemat) rodzaj dynamicznej równowagi – zmiennej powtarzalności elementów. Ta swoista muzyczność realizowana jest nie dzięki typowym konsonantom rytmicznym, ale właśnie delimitacji, konfrontowaniu lub zestawianiu słownych składników, czasami wzmacnianym ich właściwościami brzmieniowymi.
Zapewne w inny sposób niemożliwe byłoby oddanie rozpadu świadomości współczesnego człowieka, którego „pofragmentowany portret” nie tylko „w oczach złości” (na pofragmentowany w oczach złości), lecz też w ruchu próbuje odtworzyć poetka. Dlatego w jej wizyjnych i onirycznych wierszach odnajdziemy „braki głów i półgłów / półtwarzy” (*** ośnieżone bębny żeliwnych brzuchów), bytów-niebytów kalekich, znikających być może jak u Eliota, by kiedyś, kto wie, się odrodzić, przemienić. Autorka wykorzystuje strukturę „rozbitych obrazów” (celowo sprawiających wrażenie niezbornych poetyckich wyobrażeń), żeby stworzyć swoją intymną, czułą i okrutną jak baśń opowieść przedstawiającą „świat o ostrych krawędziach” (***świat ma ostre krawędzie). Stąd zasadne pytanie o granice „ja” i „coś”, co może być namiastką jego trwałego rdzenia w „pustynniejącej”, nierealnej rzeczywistości: skazującej na bezdomność i brak nadziei.
Liryczna fabuła poetki, świadomie złożona z kalekich na swój sposób (trop Różewiczowski?) „bezzębnych” wierszy, aby uwiarygodnić ów proces duchowej degradacji i dehumanizacji, równie świadomie gra z mitem „ostatniego człowieka” (trop Nietzscheański?). Ostateczność nie musi być bowiem ostateczna (gatunkowa, jak w przypadku wymarłego ptaka kauai Oo czy proroka, jak w przypadku św. Jana), ale może zapowiadać czas oczekiwania na nowy początek – paruzję (*** nie podnoś się). W ten sposób autorka wydaje się odtwarzać negatywno- pozytywną dynamikę życia wewnętrznego, które w historii zbawienia poszukuje wzorca, ale zarazem skazane jest w swoich wyborach, wahaniach na nieustanną potencjalność. Bo w tym ogniu doświadczenia może dopiero się dokonać metanoia. Jak gdyby wbrew temu rozedrganemu życiu „ja” i wiersza poetka zaleca tryb lektury drobiazgowej i skupionej, by czytelnik nie uległ przemocy wirujących obrazów, lecz poszukał ich głębszego sensu (czytaj wolno).