Nieprzytomny z roboty
Jan Burnatowski
Stoi z zakasanymi rękawami, w słońcu. Szyk w stylu casual z lat 70. Włosy przerzedzone, twarz ogolona, szczupła, choć sfatygowana, z wyraźnie podkrążonymi oczami. Patrzy w bok, poza nas i kadr. Jeżeli jednak uważniej przyjrzymy się fotografii portretującej Leopolda Buczkowskiego, okaże się, że ten utrwalony w 1976 roku przez Irenę Jarosińską wizerunek ma skazy. Krawat złachany: na dole postrzępiony, zwisają farfocle, wyżej – na wysokości mostka – po prostu dziura. Taki cicerone wita na okładce i prowadzi przez Listy rodzinne – książkę wydaną w krakowsko-łódzkiej koedycji. Otwiera ona serię Inedita Leopolda Buczkowskiego.
Stawką książki jest przewartościowanie dotychczasowego wizerunku pisarza, skomplikowanie go, dopełnienie i propozycja wyjścia poza łatwe etykiety samotnika, skrajnego eksperymentatora, pisarza niezrozumiałego, fikcjonalizującego swoją biografię. Seria nęci zapowiadanymi korespondencjami pisarza z innymi artystami i krytykami, niepublikowanymi prozami, scenariuszami filmowymi oraz rozmowami i wywiadami z Buczkowskim. Nie ekscytuje mnie to, czy Buczkowski konfidencjonalnie tytułował kogoś świnią (nie tytułował) lub wykazywał, że temu czy tamtej śmierdzą nogi (nie wykazywał). Za kulisami chciałbym spotkać po prostu prywatną codzienność, która dopowie narracje autobiograficzne już znane z wywiadów i wypowiedzi pisarza. Innymi słowy, wolałbym spotkać właśnie tego okładkowego Buczkowskiego z rozpiętym kołnierzykiem. Ważne jest coś jeszcze: każdy list, każdy blok wydanej korespondencji to nie tylko bliski zapis egzystencjalnych przygód jednostki i jej prywatna historia afektywna, ale także archiwum nastrojów epoki.
To pierwsza tak obszerna prezentacja korespondencji autora Kąpieli w Lucca. Byłoby uproszczeniem powiedzieć, że od śmierci pisarza w 1989 roku działo się wokół niego niewiele, ale poza paroma (wspaniałymi) efemerycznymi „wybrykami”– jak fanowski z ducha numer czasopisma „eleWator”z 2023 roku czy podzwonne (w stulecie urodzin pisarza) z 2005 pod redakcją Jana Tomkowskiego (Wspomnienie o Leopoldzie Buczkowskim) – było cicho. W wydanym właśnie tomie znalazło się ponad siedemdziesiąt listów do żony, Marii de domo Paprockiej, kilka jej odpowiedzi zaadresowanych do męża, ale też garść korespondencji syna Tadeusza do matki, ojca i siostry, jak również dwa listy do Leopolda od braci, Stefana i Mariana Buczkowskich. Łącznie około setka listów z lat 1946—1969. Plus konieczne dla publikacji naukowej nota edytorska, oprzyrządowanie przypisami oraz otwierający książkę rozbudowany biogram pisarza i – kodująca całość – seria fotografii rodzinnych Buczkowskich, która, mam wrażenie, prowadzi odrębną narrację, nie zawsze przylegającą do tej wyłaniającej się z listów. To części składowe książki przygotowanej redaktorsko i edytorsko przez Justynę Staroń na podstawie archiwum Buczkowskiego, pozostającego w zbiorach Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie. To wiele konkretnego materiału, w najlepszym sensie ciekawego, bo dotyczącego nie tylko samego pisarza, ale także – jak projektuje tytuł – jego najbliższych. W tej wersji szerszej od zwyczajowo publikowanych wyborów korespondencji, złożonej z replik, bocznych dopływów i apendyksów, książka przygotowana przez Staroń jest pionierska w obszarze badań nad twórczością Buczkowskiego. To bardzo rzetelne, zgodne ze sztuką opracowanie sporego wycinka życia pisarza.
Korespondencja do żony czytana chronologicznie pozwala przyszpilić wewnętrzne napięcie, w jakim żył pisarz pod koniec lat 40. Na przestrzeni kilku miesięcy 1948 roku Leopold Buczkowski donosił listownie, że narasta w nim poczucie zmęczenia i bezsensu, podkopujące wiarę nie tylko w możliwość ukończenia rozpoczętych przedsięwzięć, ale także w sens dalszej pracy artystycznej. Choć nie wspominał expressis verbis o potrzebie zmiany, to jej konieczność wydaje się w tamtym momencie towarzyszyć Buczkowskiemu, dla którego dalsza egzystencja wydaje się w warunkach aktualnych niemożliwa. Lata 1948–1949 to pasaż, w którym pisarz odczuwał dotkliwie psychofizyczne zmęczenie. Źródłem tej kondycji była codzienna krzątanina wokół elementarnych spraw bytowych (finanse, żywność, odzież), umożliwiająca – w najściślejszym sensie – wyłącznie przeżycie. To dramatyczne położenie, ujawniające się w refrenicznych zdaniach i akapitach dotyczących biedy materialnej, dzielił wówczas Buczkowski z milionami obywateli i w tej perspektywie współtworzył społeczność kraju próbującego stanąć na nogi. Choroba syna pogorszyła tylko trudne położenie rodziny. Wymagała od małżeństwa dodatkowych starań o pieniądze na leki; zmusiła ich w końcu do podjęcia trudnej decyzji o czasowej rozłące. Maria z trzyletnim Tadeuszem przenieśli się do Zakopanego, którego uzdrowiskowe warunki miały wzmocnić organizm chłopca. Pod okiem słynnego specjalisty chorób płucnych, Stefana Jasińskiego, syn rozpoczął kurację.
Buczkowski znalazł się w miejscu, w którym miał dwa wyjścia: zarzucić działalność artystyczną albo przemoc się i mimo nadzwyczajnych okoliczności kontynuować dzieło. W liście z 23 lutego 1948 roku notował: „W domu nic nowego, ani wiadomości, ani pieniędzy. Co mam robić, to ja nie wiem, a sprawy mieszkania nie załatwi się z godziny na godzinę. Człowiek głupieje w tym wszystkim i nie chce się niczego, to najlepsze określenie: nie chce się niczego”. 5 maja dodawał: „Ja jestem prawie nieprzytomny z roboty, chcę to w tym tygodniu skończyć! Absolutnie skończyć! Zmęczony jestem okropnie, jeszcze tak nigdy nie byłem wyczerpany. A tu jeszcze taka śliczna pogoda, a za oknem gówna krakowskie. O, Boże! Grosza nie mam, bo czasu brak na zrobienie okładki. Więc proszę Boga, żeby mi dał sił jeszcze trochę. Zdaje się, że byłbym szczęśliwy – gdybym pracę skończył i mógł pójść z Syneczkiem na spacer”. Jaki wysiłek i jaka determinacja zasilały go za każdym razem, kiedy – mimo niesprzyjających warunków – kończył swoje kolejne powieści? Być może wiedzą to teksty z archiwum pisarza zaplanowane przez redaktorów jako kolejne tomy serii.
Inny interesujący wątek tej korespondencji tworzą częste zapiski raportujące bycie w ruchu oraz zagraniczne wyjazdy. Często są one świadectwem wielkiej determinacji pisarza w poszukiwaniu pracy gwarantującej elementarny zarobek; ustawiczne krążenie w okresie 1948—1950 między Krakowem a Warszawą, tak wycieńczające, miało umożliwić Buczkowskim wydobycie się z ekonomicznej nędzy. Poskutkowało jednak najpierw przeprowadzką do Konstancina, a dopiero w kolejnych latach względną stabilizacją finansową. Notatki z drugiej połowy lat 50. są natomiast świadectwem atmosfery tamtego czasu: poodwilżowe zluzowanie gorsetu państwa i rozszczelnienie zachodniej granicy umożliwiło obywatelom PRL pierwsze wyjazdy za żelazną kurtynę, gdzie doświadczali porażającej różnicy między niewspółmiernymi gospodarkami kapitalistyczną i socjalistyczną. „Trudno mi jest skupić się, tak to jest ogromne przeżycie i tak zarazem męczące […]. Jeśli jest kosmos – to różnica światów, naszego i tego jest prawie kosmiczna”– notował podczas pobytu w Paryżu w czerwcu 1957 roku. Tę obserwację dopowiadał w kwietniu 1961, przebywając z synem w Londynie: „W całym Londynie kwitną jabłonie, śpiewają kosy – a ja chodzę w rozterce i zmęczony do granic ostatnich. Przestrzenie ryczą – ogrom wrażeń wielkich i smutnych rozczarowań”.
Chciałbym wierzyć, że Listy rodzinne (podobnie jak prezentująca Buczkowskiego jako grafika, fotografa i malarza publikacja Leopold Buczkowski. Przebłyski historii, przelotne obrazki) – uruchamiają proces wydobywania pisarza z literackiego czyśćca, komplikując jego obraz poprzez uszczegółowienie, dopowiedzenie. Niewątpliwie Listy… stwarzają warunki powstania możliwej biografii pisarza; z pewnością wymagającej, ze względu na jego powszechnie znaną skłonność do konfabulacji czy zapożyczania faktów z biografii i doświadczeń innych..