Małe i wielkie historie małej i wielkiej Ameryki
Ida Świerkocka
Polskie wydanie pierwszego tomu Pieśni miłosnych W.E.B. Du Bois Honorée Fanonne Jeffers ma wiele zalet, ale też jedną poważną wadę. Czego tu nie znajdziemy! Są młodość i dojrzewanie, pierwsza rozmowa telefoniczna z chłopakiem (odbiera, rzecz jasna, jego matka), pierwszy pocałunek i pierwszy seks, pierwsza przyjaciółka i pierwsza rywalka.
Pierwsza wizyta u ginekologa, pierwszy samochód (w końcu jesteśmy w Stanach) oraz pierwsza, druga i kolejna szkoła. Początkowa część książki (polski wydawca zdecydował się podzielić ją na dwa tomy) Honoree Fanonne Jeffers nosi więc wszystkie cechy formacyjnej opowieści o wchodzeniu w życie, ba!, pod pewnymi względami mogłaby stanowić scenariusz filmu o liceum i college’u, gdzie świat dzieli się na stoliki w stołówce, a przynależność mierzy się tym, czy ktoś skinie ci głową na korytarzu. Z jednym istotnym „ale”: w istocie nie jest to bowiem moim zdaniem historia o tym, jak zostać sobą, lecz raczej próba odpowiedzi na pytanie, jak się – będąc sobą – nie zgubić.
Jeffers sięga po dobrze znany repertuar literatury inicjacyjnej, ale z rozmysłem przesuwa dominujące w nim akcenty. To, co w klasycznym Bildungsroman bywa dekoracją obyczajową, tutaj zostaje przygniecione ciężarem przeszłości. Widać to już w samej budowie książki: obok głównej, pierwszoosobowej narracji Ailey Pearl Garfield, najmłodszej z trzech córek nauczycielki i lekarza, pojawiają się wyjaśniające kontekst historyczny „pieśni” o przodkach. To proza gęsta, a zarazem czytelniczo wdzięczna: łatwo dałam się jej ponieść, trudniej mi o niej zapomnieć.
Z jednej strony mamy tu zwyczajny, miejscami czuły, a nawet czułostkowy (na przykład, gdy Ailey notuje fabułę odcinka Dynastii dla siostry), a miejscami niezwykle ironiczny (niektórych sformułowań Ailey mógłby pozazdrościć Adrian Mole) zapis dorastania. Z drugiej – jest także rodzinna opowieść, podawana w aluzjach i przemilczeniach: krewni, którzy pamiętają więcej, niż mówią, dom, gdzie na pozór wszystko funkcjonuje, „jak należy”. Wiadomo jednak, że jeśli w pierwszym akcie jest zbyt dobrze, to w kolejnym coś musi wystrzelić (nawet jeśli nie będzie to strzelba – ta niejako wystrzela w prequelu).
Ailey dorasta wraz z dwiema siostrami: Lydią i Coco. Rodzinny układ wydaje się stabilny, ale od początku zostaje naznaczony różnicą pochodzenia matki i ojca – Belle i Geoff stale szukają więc wspólnego języka. Tę podwójną świadomość narratorka nosi w sobie od dziecka. Widzi siebie i równocześnie dostrzega, jak widzą ją inni. Czuje ciężar ocen i uprzedzeń. Jej życie rozpięte jest między Północą, gdzie ma być nowocześnie i swobodnie, a Południem, gdzie pamięć upomina się o swoje prawa. Między „Miastem” a Chicasettą w Georgii. Między białą (a właściwie taką, która w wielu sytuacjach może uchodzić za białą) częścią rodziny a czarną. I przede wszystkim: między rodzinną wersją przeszłości a tym, co powoli wychodzi na jaw.
To jedna z tych książek, które czyta się z poczuciem, że Tołstoj mylił się już na podstawowym poziomie swojego twierdzenia: coś takiego jak szczęśliwa rodzina w ogóle nie istnieje. Jeffers prowadzi narrację pewną ręką: daje czytelnikom czystą przyjemność fabuły, by po chwili odsłonić obecny pod nią mroczniejszy nurt pamięci, wstydu i przemilczeń. Najbardziej imponuje skala – wielopokoleniowa opowieść zachowuje klarowną konstrukcję (przynajmniej w pierwszym tomie), a pozornie rozproszone wątki z czasem wiążą się w zwartą, wielowarstwową tkankę. Ale nie mniej poruszyła mnie intymność scen, w których zwyczajne rozmowy i drobne gesty stają się nośnikami całej historii. Największa siła tej powieści tkwi w sposobie, w jaki prywatne splata się z tym, co systemowe (okazuje się, że włosy – to poniekąd książka o fryzurach, zwłaszcza kiepskich – należą do obu tych kategorii). Pierwsze doświadczenia Ailey nie są bowiem „pierwsze” jedynie w chronologicznym sensie. To raczej poznanie mechaniki świata: tego, jak poruszają się w nim kategorie „rasy” i klasy społecznej, jak dotkliwa bywa przemoc – także ta cicha, powszednia. I wreszcie: jaką siłę ma milczenie i jak sprawnie potrafi organizować rzeczywistość. Jeffers pokazuje też napięcia wewnątrz samej społeczności: różnice statusu, odcienie uprzywilejowania, lęk przed „wypadnięciem z formy”. Dla polskich czytelników może to być okazja do refleksji nad „naszymi”mechanizmami wykluczenia i kontroli.
Jeffers nie sięga po fabularne zwroty ani dramaturgiczne fajerwerki. Jej strategia polega raczej na kumulowaniu szczegółów: rozmów, komentarzy, powtarzających się sytuacji. Z drobiazgów wyłania się obraz świata, w którym bohaterowie (przynajmniej w pierwszej części – głownie bohaterki) poruszają się po gęstej sieci norm i niepisanych reguł.
To książka, po której mam ochotę powiedzieć: tak właśnie powinna wyglądać współczesna „wielka powieść amerykańska”– bez zadęcia, a przecież z rozmachem, z żywym pulsem opowieści i z pamięcią, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Mądra, poruszająca, momentami brutalnie prawdziwa, a przy tym zaskakująco żywa i wciągająca. Jeffers nie moralizuje, lecz pokazuje ludzi pełnych sprzeczności: śmiesznych, irytujących, kruchych, przez to prawdziwych. Potrafi połączyć tempo narracji zanurzonej w kulturze (w końcu, kto nigdy nie śpiewał „z Arethą Franklin” w samochodzie?) z powagą małej i wielkiej historii małej i wielkiej Ameryki. I tu właśnie pojawia się wspomniana wada: szkoda, że wydawnictwo Cyranka nie zdecydowało się na jednoczesną publikację obu części – bardzo czekam na drugi tom.