Słowny krawiec
Karol Alichnowicz
W efektownie i wymownie zatytułowanym tomie wierszy Łukasza Jarosza Już żywym, jeszcze umarłym pojawia się ważna deklaracja: „Wybieram życie, nie chcę / wstawać z martwych” (Przemiana w materii). Wydaje się ona tyleż określać światopoglądową postawę bohatera lirycznego i zasadniczą tematykę książki, co wskazywać na porachunki poety ze śmiercią – nie tylko w imię kruchego życia, ale też w imię równie kruchego słowa literatury.
Jarosz przyzwyczaił czytelników do konsekwentnie tworzonego, wyrazistego w swoich realiach poetyckiego świata. Konkretność obrazu, opartego na tym, co zaobserwowane i zapamiętane, przypomina trochę „notatkę z życia”. W jednym ze swoich wierszy autor napisał: „Wiersz kruszy się, powstaje z oka”i „Wiersz kruszy się, powstaje z pamięci”(*** w cienkiej sukience byłaś biała, Kardonia i Faber). W tej podwójnej perspektywie należy czytać jego rozłożoną na lata i składającą się z kolejnych tomów poetycką autobiografię lub quasiautobiografię, której kolejną odsłonę przynosi Już żywym… W wierszach tych, często sprozaizowanych, z ostrymi przerzutniami i zaskakującymi pointami, osiągnięty został rodzaj wyrafinowanej prostoty, gdy przejrzystość nazywania bez zbędnej ornamentacji bezpośrednio opisuje istniejącą rzeczywistość – ma się wrażenie, że każda metafora czy porównanie, jeśli się pojawiają, są naturalne i konieczne (Wnęka):
A z życiem jest jak z moją córką, gdy ma kolki –
czy biorę ją na ręce i przytulam, czy odkładam
do łóżeczka – tak samo płacze.
Dlatego bliskość opowiadanego przez Jarosza świata wydaje się na wyciągnięcie ręki, ale równocześnie jest w tym świecie wyczuwalna rysa, organiczna surowość. Emanują z niego pozbawiające daru iluzji zimno, chłód. Nie bez powodu poeta kiedyś stwierdził: „Czuję obcość wobec świata, wobec przyrody, wobec siebie, swojego ciała. Nadal nie wiem, jak poradzić sobie z życiem, co zrobić ze śmiercią”. W Już żywym... – bez wątpienia świetny tytuł – to doświadczenie jest zapewne podobnie dojmujące. Niezwykle przekonująco wyraża je jeden z najlepszych wierszy zbioru, który przynosi przejmująco prawdziwy opis samopoczucia wyobcowanego „ja” (Appendix):
Jestem żyjątkiem, co zaszeleściło w liściach,
wspomnieniem, zaciśniętymi nad nim powiekami –
pamięcią i niepamięcią, wszystkim tym,
czym jest los.
Łatwo o błędne przypuszczenie, że wiersze te epatują wyłącznie chłodem. Doświadczenie życia, „jakie naprawdę jest” (Fabuła), nigdy nie będzie jednowymiarowe. Obraz obcości przełamywany jest np. doznaniem piękna w relacjach z najbliższymi: rodzicami (Dźwięk) lub naturą (Rzeka). Nie chodzi o stwarzanie jakiejś literacko skalkulowanej przeciwwagi dla negatywnych emocji, ale o rzecz ważniejszą – wiarygodne spojrzenie na świat. Zwłaszcza że nic nie jest w tej poezji do końca oczywiste i przewidywalne: „Jest tutaj pięknie, / dlatego czujemy się tak obco” (Po śmierci Jacka). W konsekwencji codzienne wydarzenia i zwykłe czynności opisywane przez poetę układają się w fabułę o żywych sposobiących się do śmierci i zmarłych uobecnianych (ożywianych) we wspomnieniu (z ważnym tematem ofiar Zagłady).
Niejednoznaczność znamionuje również paradoksalny tytuł książki. Jeśliby zwrócić uwagę na kwestie semantyki, to dwie partykuły (już i jeszcze) zupełnie burzą logiczny porządek. Ktoś jest już żywy, a jeszcze umarły. Ale czy o logikę chodzi, kiedy mówimy o sprawach ostatecznych? Raczej wbrew logice każdy krok w życie jest zarazem krokiem w śmierć, chociaż to naturalne i obowiązujące powszechnie prawo (wiedzieli o tym starożytni, wiedzą współcześni). I czy w takiej prostej interpretacji wyczerpuje się znaczenie tytułu? Gdy śmiercionośne życie nie może prowadzić do życiodajnej śmierci, bo wiara jest krucha niczym kruszący się wiersz i trzeba opowiedzieć się po którejś ze stron (Przemiana w materii):
śmierć i Bóg
nie są ludźmi. Pierwsza to przemiana,
drugiego i tak nie poznam. Choćby istniał,
to co mi z tego? Nawet nie pragnę już
poznawać.
Warto przypomnieć, że temat śmierci jako emanacji życia pojawia się już w debiutanckim tomie Jarosza Soma. Poeta wypowiada w nim słowa: „Śmierć zapisuje we mnie całe zdania” (Wszystko, za co powinniśmy być wdzięczni). Owa metafora w interesujący sposób charakteryzuje całą lirykę autora. Ten wiele lat później stwierdzi np. w jednym z wierszy: „Gramy dla umarłych” (Pełnia Robaczego Księżyca), a w Już żywym... wyrazi swoje posłannictwo: „Piszę, bo chcę mówić do zmarłych” (Autor). To etyczne zobowiązanie łączy się z najciekawszym i najbardziej oryginalnym wątkiem książki – koncepcją wiersza jako bajki, a poezji jako bajkopisarstwa:
To, co wymyślę, wcześniej czy później
stanie się prawdą. Rzeczywistość ulegnie słowom
– czytamy w Bajkopisarzu, którego rolą jest przywoływanie postaci, bo „powinny istnieć” wbrew absolutnej negatywności czasu i śmierci. Wtedy:
Czas nie wraca, czas się rusza.
Bo jest baśnią.
W wydanym również w 2025 roku zbiorze Rzecz jasna znalazł się wiersz Ekran z taką frazą:
Mój czeski sąsiad przypomniał mi wczoraj,
że wiersze w jego języku to baśnie. I ma rację;
piszę baśnie, powiastki o kimś, kto nie istnieje, w nich żyję, oddycham.
Zgoda, „trudno powiedzieć coś przeciw śmierci” (Wiersz), stwierdzi w Już żywym…, ale być może tylko baśń pozwala oswoić lęk przed nieuchronnym i ocalić pamięć o nieobecnych. Mimo że „Śmierć / rozpruwa to, co słowny krawiec zszywa przez lata” (Ryt). To walka z wiatrakami. Jednak nie ma nic lepszego.