Komiks wychodzi z ram

Maria Karpińska

Książki dla dzieci i młodzieży francuskiego duetu – rysowniczki Joëlle Jolivet i zafascynowanego popowym komiksem pisarza Jeana-Luca Fromentala – zaskakują na każdym kroku. Zarówno w fabule, jak i w ilustracjach nic nie jest tu takie, jakie się początkowo wydaje.

Wątpliwości pojawiają się od pierwszej strony, bo już główna bohaterka umyka łatwym klasyfikacjom. Kim jest Panna Kot? Czy to dziewczynka przebrana za kota? Jeśli jest dzieckiem, to dlaczego prowadzi sama biuro detektywistyczne, cierpi głód i co chwilę naraża się na niebezpieczeństwo? I jeśli jest człowiekiem, dlaczego tak bardzo przypomina zachowaniem zwierzę, które boi się psów, mruczy i chętnie bawi się wszystkim, co dynda na sznurku? Pytania, które mnożą się w umyśle czytelnika, twórcy książki na koniec sprowadzają do jednego – czy to ważne?

Ważne jest z pewnością, że Panna Kot z sukcesem prowadzi poważne sprawy detektywistyczne w swoim biurze „przy ulicy Trzydziestej 29, w lokalu po zamkniętym sklepie z nabiałem”. W Sprawie kanarka będzie musiała rozwikłać tajemnicę porwania ptaszka, jednak tu również nie należy oczekiwać schematycznego rozwoju fabuły. Potulny i zagubiony staruszek po paru stronach pokaże swoje prawdziwe oblicze, podobnie jak wszystkie inne postaci – bo nikt nie jest tu tak naprawdę tym, za kogo się podaje. „[Dedukcja to] sztuka zadawania dobrych pytań”, tłumaczy detektywka, ale do rozwiązania tej zagadki logiczne myślenie nie wystarczy – w grę bowiem wchodzi magiczny klejnot. Podobnie w części o skrzacie bez czapki – świat realny, w którym na jedzenie trzeba zarobić i ześlizgnięcie się z dachu skutkuje dotkliwym guzem, miesza się tu z rzeczywistością całkiem fantazyjną, w której mleko i smaczki (!) w barze serwuje wielka ośmiornica. Sprawa skrzata bez czapki z równym wdziękiem nagina granice realności – klientem Panny Kot jest tym razem skrzat o zielonym ubraniu i brodzie, którego sny mają to do siebie, że wydarzają się naprawdę. W tej historii pojawiają się także wątki metaliterackie i mocno podejrzane wydawnictwo Fiskenbok.

Charakterystyczna kreska linorytniczki i ilustratorki Joëlle Jolivet i styl prowadzenia narracji scenarzysty i autora komiksów Jeana-Luca Fromentala są w Polsce dość dobrze znane – duet wspólnie wydał książki, takie jak 365 pingwinów (tłum. Jarosław Wróbel), Miś na czas, O psia kość oraz O rety! (wszystkie trzy przetłumaczone przez Justynę Bednarek). Serię o Pannie Kot wyróżnia właśnie wyraźna komiksowa proweniencja – choć książka podzielona jest na tradycyjnie rozumiane rozdziały, z których każdy zaczyna się od ciągłej narracji, spora część fabuły rozgrywa się w komiksowych kadrach i wartkich dialogach umieszczonych w dymkach. Czasem scena zajmuje całą stronę, innym razem jedna strona potrafi pomieścić aż sześć kadrów. Tak pomyślana książka wydaje się atrakcyjna zarówno dla tych, którzy nie przywykli do czytania podług prawideł komiksu, jak i dla tych, których nużą długie passusy ciągłego tekstu. Joëlle Jolivet scenami osadzonymi w dynamicznym miejskim krajobrazie nawiązuje do francuskiej tradycji komiksowej. Jej kadry są dopracowane, a uważni odbiorcy zauważą rozmaite smaczki, np. gdzieniegdzie kota przechadzającego się po dachu w oddali.

„Panna Kot wyobraża sobie, że wszyscy okoliczni przestępcy wylegują się na leżakach stojących na plaży z białym piaskiem i popijają kolorowe koktajle. I jest to dość przygnębiająca wizja”, pisze Jean-Luc Fromental, bo główną bohaterkę stylizuje nieco na złamanych przez los śledczych ze skandynawskich kryminałów. Największą zaletą Panny Kot jest bowiem sama Panna Kot. Widziana oczami dziecka, to po prostu ciekawa główna bohaterka, która dzięki inteligencji potrafi rozwikłać intrygę, a tym, którzy zeszli na złą drogę, pomóc wrócić na właściwe tory. Kocia część charakteru dodaje jej pewnej ekstrawagancji. Bardziej wyrobiony czytelnik dostrzeże jednak szereg wskazówek, którymi autorzy naprowadzają nas na inny trop. Gdy Panna Kot trafia do opuszczonego budynku po sklepie zoologicznym, zaatakowana niespodziewanie przez kanarka spada z krętych schodów. „Każdy na jej miejscu zrobiłby sobie krzywdę, ale Panna Kot zawsze spada na cztery łapy”, czytamy, jednak na ilustracji wyraźnie widać, jak dziewczynka uderza całym ciałem o podłogę. Podpis brzmi „Auć”. Trzecioosobowa narracja w paru jeszcze miejscach zawiera sugestie, że jest w rzeczywistości prowadzona przez główną bohaterkę i stanowi niejako wytwór jej wyobraźni. Na ilustracjach widać zgoła inny obraz – dziewczynkę w szarym płaszczyku, w czapce z uszami, która kocim alter ego zagłusza samotność. „Ja też lubię siebie taką, jaka jestem”, myśli na ostatnich stronach Sprawy kanarka bohaterka i jest to z pewnością istotne i odważne oświadczenie. Kocia natura ma przecież swoją cenę.