Hefajstos – homerycki humorysta

Maciej Łubieński

To było lato Odysei. Może nawet i jej rok. Za sprawą filmu Christophera Nolana Odys wrócił do Itaki – i do masowej wyobraźni. Specjaliści od Homera trafili na mainstreamowy Olimp. Media prześcigały się w analizowaniu kontrowersji wokół filmu. Odyseja dostała to, co jej należne, my zajrzyjmy więc do jej odsuniętej w cień siostry.

W surowym świecie Iliady, gdzie jęczą ranni, słychać szczęk oręża i trzask łamanych kości, rozbrzmiewa też śmiech. W pierwszej księdze eposu, kiedy Dzeus i Hera sprzeczają się, ich syn, kulawy bóg ognia/techniki Hefajstos próbuje deeskalować napięcie. Przypomina matce, że kiedy raz się za nią wstawił, ojciec zrzucił go z niebios na ziemię. Hefajstos podaje matce kielich z ambrozją, a ta uśmiecha się. Czy to tylko uśmiech podziękowania za drinka? Czy raczej gorzki grymas rezygnacji żony zdradzanej przez męża przemocowca? A może Herę bawi sama opowieść o całodniowym spadaniu? Może z upływem czasu historia, podkręcana z każdym powtórzeniem, staje się biesiadną anegdotą? Żeby nie powiedzieć: tragedia zmienia się w farsę? No bo chyba nie cieszy Hery cierpienie syna. Jednak chwilę później, kiedy Hefajstos kuśtyka po sali i polewa ambrozję innym bogom, ci zanoszą się donośnym „niepowstrzymanym śmiechem”. I tu już trudno znaleźć inny powód śmiechu niż kalectwo utykającego syna królewskiej pary. Że greccy bogowie są małostkowi i okrutni, to wiemy. Tu widzimy też, że nie są szczególnie subtelni. Homer nie wyłącza z tej rechoczącej czeredy ani mądrej i poważnej Ateny, ani otoczonego muzami wyrafinowanego Apolla, ani – o zgrozo – matki nieszczęśnika, Hery.

A jeśli całe to zachowanie Hefajstosa – opowieść i niezdarna krzątanina z kielichami – obliczone jest właśnie na wywołanie „niepowstrzymanego śmiechu” u wszystkich? Bo tylko poprzez śmiech można rozładować napięcie i zakończyć kłótnię, która zagraża przyjemności olimpijskiej uczty? Może Hefajstos to pierwszy stand-uper, opowiada o swoim cierpieniu i gra swoim kalectwem autoironicznie, w duchu „humoru samoponiżającego”?

Taki niepowstrzymany śmiech pojawia się w Odysei, od której najwyraźniej nie da się zupełnie uciec. I znowu mamy w centrum opowieści Hefajstosa. Jego żona, bogini miłości Afrodyta, i bóg wojny Ares mają romans. Zresztą cały ten wątek jest wzorcowo melodramatyczny: piękna żona, zaniedbywana przez zapracowanego i nieatrakcyjnego męża (Hefajstos, jak wiadomo, nie lubi siedzieć na Olimpie, spędza czas w czeluściach Etny), znajduje sobie jurnego kochanka. Upokorzony boski konstruktor tworzy urządzenie, które więzi kochanków podczas miłosnego aktu. Zwołuje bogów jak na przedstawienie, a ci pękają ze śmiechu. No bo czy to nie zabawne, że potężnego Aresa pokonał kaleka? A Hefajstos, tak jak w Iliadzie, potrafi z własnej tragedii – tym razem nie z kalectwa, ale z niewierności Afrodyty – zrobić komedię. Co ciekawe, w Iliadzie poeta nazywa Afrodytę – „lubiącą się uśmiechać”. Powiązanie uśmiechu/śmiechu z seksem jest zrozumiałe, ale niewykluczone, że tu chodzi o coś więcej. Po prostu Hefajstos, jedyny bóg, który potrafi rozweselić wszystkich, można powiedzieć błazen olimpijskiego dworu, wie najlepiej, jak sprawić, by Afrodyta się uśmiechała? Może to nie melodramat, tylko komedia romantyczna? I czy nie byłoby zabawne, gdyby pioniera techniki, inżynierii zrobić pionierem żartu autoironicznego?

Jak wiadomo, jedni bogowie kibicują Trojanom, drudzy Grekom, i to kibicowanie prowadzi do małej wojny domowej, której opis znajdujemy w księdze XI. Pisze Homer, że „Dzeus na Olimpie miłe nasycił serce radością. Śmiał się, gdy bogów zobaczył przygotowanych do walki”. Bogowie śmieją się więc z siebie. Ludzi doświadczają klęskami, bywa, że im współczują, ale się z nich nie śmieją. „Zgubę nam niosą te spory i ścierpieć ich niepodobna, jeśli z przyczyny śmiertelnych swarzycie się dziś oboje” – mówi rodzicom mądry i zabawny, jak już wiemy, Hefajstos. Tak jakby ludzie nie dorośli do tego, by być źródłem boskich uciech. Jakby śmiech był z bogów, przez bogów, dla bogów.

Oczywiście ludzie też się śmieją, uśmiechają złowrogo, koncyliacyjnie albo głupkowato i wyzywająco rechoczą jak zalotnicy w Odysei. W dopieszczanej tu przez nas Iliadzie pojawia się postać bliźniaczo podobna do Hefajstosa. To Grek Tyrtaes. Szpetny, utyka jak Hefajstos, ale wywodzi się z innej szkoły humoru. Lubuje się w docinkach, „tego szukając, co mogło wydawać się śmieszne Argiwom”. To człowiek, który uzurpuje sobie błazeński przywilej mówienia prawdy w twarz. Kiedy włącza się w dyskusje Agamemnona z Achillesem i łaja tego pierwszego, Odyseusz karci go wpierw groźbami, a później boleśnie obija. Wywołuje to szczery śmiech zgromadzonych Greków. Można powiedzieć, że Tyrtaes przyczynia się do rozładowania napięcia, tyle że w przeciwieństwie do Hefajstosa w sposób niezamierzony. Jednak upokorzony i wyśmiany znika na zawsze z eposu.

Wniosek? Dystans do samego siebie jest cechą boską, a autoironią można osiągnąć więcej niż bezczelną i brutalną szczerością.