Czterej
Paweł Mackiewicz
Czterech. Błoński, Flaszen, Kijowski, Puzyna. W alfabetycznej kolejności, nikogo nie wyróżniając, nie sugerując hierarchii. Co ich łączyło? Wiadomo, słynne seminarium magisterskie u Kazimierza Wyki – „Kazia”, jak po latach mówili o swym promotorze.
Było ich czterech, „wybitnych krytyków, którzy weszli do literatury, ponieważ w odpowiednim czasie rozpoznał ich nauczyciel – nazywany później mistrzem, autorytetem, wzorem”. Tak rozpoczyna Esej o przyjaźni i pokrewieństwie umysłowym, by posłużyć się tu wymownym podtytułem książki, Marta Wyka. Zastrzegając jednocześnie, że wtedy „mistrzowskich warunków Kazimierz Wyka chyba jeszcze nie spełniał, bo gdy utworzył grupę seminaryjną na krakowskiej polonistyce, liczył sobie trzydzieści sześć lat”.
Skoro o wieku mowa, warto zauważyć, że czterej seminarzyści nie byli w sensie ścisłym równolatkami – każdy z nich urodził się w innym roku: najstarszy, Andrzej Kijowski w 1928, Konstanty Puzyna pięć miesięcy później, w 1929, Ludwik Flaszen w 1930, najmłodszy był Jan Błoński, urodzony na początku 1931 roku. Wszyscy oni jednak należeli do pokolenia, które z dzieciństwa pamiętało schyłek międzywojnia, z okresu nastoletniego czas wojny i okupacji, z echami powstania w warszawskim getcie i powstania warszawskiego włącznie, początkowi ludowej Polski przyglądało się w przeddzień wejścia w dorosłość, osiągniętą już w ponurej i groźnej dobie stalinowskiej. Można zapytać, które z wymienionych doświadczeń historycznych – a żadne z nich nie sprzyjało przecież formowaniu się optymistycznego światopoglądu – wpłynęło na nich najbardziej, odcisnęło swe piętno na dłużej, może nawet na całe intelektualne i artystyczne życie. Okupacja, widok obcych mundurów, świadomość zbrodni dokonywanych przez najeźdźców, bezsilności, niekiedy obojętności współplemieńców, wojenne zagrożenie? „Urodzeni w latach trzydziestych – spekuluje Marta Wyka – wojnę mogli pamiętać, lecz była ona mało realna. Czy byli rodzimą wersją lost generation – ukształtowaną przez inną wojnę? Do jakiegoś stopnia zapewne tak. Wojna odebrała im bagaż przeszłości – jak się okazało, cenny”. Odebrała, ale nie pozostawiła ich bez pamięci o nim. Pamięć ta – chociaż może lepiej byłoby mówić o pamięciach indywidualnych, odrębnie krzewionych – bywała niejednolita, choć mieścił się w niej chyba pewien zasób dla tych roczników wspólny.
W rozdziale Portret zbiorowy autorka przywołuje, nie bez dystansu, raczej z odcieniem sceptycyzmu, bilans młodzieńczej dekady sporządzony przez rówieśnika Flaszena: „Sławomir Mrożek pisze o wspólnych latach dojrzewania, które nazywa roaring twenties. Kiedy się one rozgrywały? Według Mrożka w roku 1949, trwały przez lata pięćdziesiąte, pełne zapowiedzi, projektów, których nie udało się zrealizować, romansów, związków osobistych, udanych i nieudanych. Zaczął się ten proces wraz z końcem wojny”. Tymczasem porównanie tamtego okresu do lat 20. XX wieku – nawet jeśli uwzględnimy (zwykle podobną) biologiczną perspektywę dwudziestolatków około 1920 i 1950 roku – ujawnia różnice między równolatkami, dwudziestoletnimi na przełomie piątej i szóstej dekady, Mrożkiem i Flaszenem. Byłoby to bowiem porównanie czasu wprawdzie również powojennego i szalonego – nawet szaleńczego, lecz w jakże inny, daleko bardziej brutalny sposób – do tamtego dziesięciolecia, w Polsce ufnie „skamandryckiego”, przedwcześnie jednak przerwanego ostrzeżeniami Przedwiośnia i przewrotem majowym. Jeden z czterech podawał w wątpliwość takie porównania, i to pomimo rezerwy, z jaką spoglądał w kierunku międzywojnia – „Ludwik Flaszen opowiadał o powrocie swoim i swojej rodziny z Rosji i zesłaniu tak: »Wracaliśmy do kraju Tanga Milonga, nie wiedząc o tym, iż taki kraj już nie istniał«. Wracali więc z niepotrzebnym bagażem, nie myśląc o ciągu dalszym”.
Utrata przeszłości – niezależnie od tego, jak bardzo krytycznie tę przeszłość w życiu wspólnoty było się skłonnym oceniać – stanowiła zarazem utratę przyszłości. Zarówno pozytywne, jak i negatywne odniesienia do świata przedwojennego pozbawione zostały oparcia we współczesności. Ani strukturą społeczną, (mocno zniwelowanym) etnicznym zróżnicowaniem, ani kulturowym zapleczem ta powojenna współczesność nie nawiązywała już do czasów minionych. Bagaż wyobrażeń i oczekiwań pozostał, lecz przestał być bazą dla projekcji przyszłości. Dlatego pokrewni sobie bohaterowie eseju Marty Wyki „odbudowywali na różne sposoby swoją przeszłość. Błoński zabiega o wydanie Pamiętnika ojca, Józefa Błońskiego. Flaszen przypisuje swoją pamięć kulturową Młodej Polsce. Podobnie zresztą postępuje Puzyna. Jeśli więc byli »umarłą klasą« i odnaleźli się w innym świecie, przekazali mu swoje własne cechy, upodobania i czytelnicze wybory”. Dorastali w ludowej Polsce i w dorosłe życie intelektualne i zawodowe weszli, gdy nie można już było mieć złudzeń co do trwałości nowego ustroju: „»Czterej« musieli się określać w PRL-u i wobec PRL-u. Tak wyglądał ich bagaż i mieli tego jasną świadomość”.
Ich współczesność – bardzo to zasadnicza opinia, poniekąd surowa, a zarazem pociągająca – „nieprzedstawiona w bezpośredniej narracji, to mieszanina buntu i ucieczki. Chodzi przede wszystkim o współczesność literacką. Literatura często ich zawodziła”. Wszyscy jednak – każdy we właściwy sobie sposób – znaleźli azyl w samej literaturze (bywało, że niespodziewanie, jak Puzyna w poezji) i, poprzez literaturę i dzięki niej, na jej pograniczu w eseju, krytyce, teatrze, jeden zaś (Jan Błoński), trochę na prawach wyjątku, także w akademii. Również w tych indywidualnych poszukiwaniach, w praktykowaniu powściągliwości i trosce o samodzielność myślenia i pisania w niesprzyjających okolicznościach, ich przewodnikiem, patronem okazał się Kazimierz Wyka, który „w czasie okupacji – o czym przypomina autorka Eseju o przyjaźni… – pisał opowiadania – nie tylko eseje zebrane potem w Życiu na niby. W latach opresji literatura była dla niego przestrzenią bezpieczną, sprawdzalną, wolną. Podobnie – PRL nie odcisnął swojego znaku firmowego na jego uczniach. Zmieniały się »warty pisarzy« – język ich krytyków był zawsze rozpoznawalny”.
Trudno o bardziej pożądany dowód wolności i samodzielności. Sprzyjała im umiejętność odkrywania i zagospodarowywania przestrzeni, w których mniej odczuwało się skrępowania, a więcej swobody. Dużo uwagi poświęca autorka teatralnym pasjom czterech przyjaciół: „Teatr otwierał furtkę do ucieczki – przed cenzurą, przed socjalizmem, przed PRL-owską ideologią”. Oni zaś „odnajdywali swoje zamiary w teatrze. Błoński jako tłumacz i kierownik literacki Teatru Starego, Kijowski jako niedoszły dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego, Flaszen jako wynalazca »teatru ubogiego«, apologeta Grotowskiego, Puzyna wreszcie, który wchodził na widownię, aby zobaczyć spektakl i opisać, co w nim zobaczył: »W dość sceptycznym nastroju poszedłem na spektakl«”.
Sprzyjającą przestrzeń, pojmowaną dosłownie, udawało się czasem znaleźć w mieście, które było świadkiem zawiązania się i okrzepnięcia przyjaźni między seminarzystami. W przestrzeni tej żyli i tworzyli znakomici artyści, uczeni, pisarze. Inspirując, ośmielając do twórczej pracy. I dodając kurażu w potyczce z cenzorem. W eseju Wolne miasto Kraków Flaszen wspomina krakowski okres popaździernikowy, gdy w mieście „oprócz kultu Europy rozkwitła awangarda: Kantor, Jaremianka, teatr Skuszanki, Piwnica pod Baranami, Jerzy Harasymowicz. To dziś ciekawe: Harasymowicz, noszony wtedy przez krytyków na rękach (i piórach), odpadł od tej czołówki. Czy wszyscy się pomylili? Może powinien teraz wrócić do niego jakiś młody, ambitny biograf?”. Pytania zasadne i trafne – nie tylko o powody, które zdecydowały o wyjątkowej pozycji i niezwykłym klimacie intelektualno-artystycznym poodwilżowego Krakowa, lecz także o przyczyny przeceniania, jak się po latach wydaje, niektórych twórców. Należał do nich Harasymowicz, w swoim czasie ceniony niepomiernie wysoko, również – a może przede wszystkim – przez Kazimierza Wykę, później z kolei dość powszechnie zapomniany albo bagatelizowany. Precyzyjniej: mniej interesująca stała się jego twórczość, choć już niezupełnie osoba. O tym, że Harasymowicz żyje jeszcze w pamięci współczesnych czytelników, może świadczyć obszerna i z pasją przez Alana Weissa napisana biografia Tak jak księżyc. Poetycki żywot Jerzego Harasymowicza (2019), wydana mniej więcej w tym samym czasie, w którym Marta Wyka słusznie zgłaszała potrzebę przypomnienia poety.
Upominanie się o obecność tych, którzy odeszli, samo w sobie jest cnotą i zabiegiem ocalającym. Omawiana książka nie tylko pielęgnuje i utrwala pamięć o czterech bohaterach tytułowych – przypomina także o ich relacjach, bliższych i mniej bliskich, z innymi znamienitymi postaciami. Nie ukrywa też prywatnego tonu, który raz mocniej, raz słabiej wybrzmiewa w rozdziałach. Najwyraźniej na pewno w rozdziale ostatnim, Odwiedzinach w domu dzieciństwa, który podpowiada, że czytelnik tego tomu ma do czynienia z erudycyjnym esejem i – może w równym stopniu – dokumentem sporządzonym przez bezpośredniego świadka.