Ortega niewczesny
Wiktor Rusin
Bunt mas czytałem po raz pierwszy między maturą a początkiem studiów. Bardzo udane nowe tłumaczenie Wojciecha Charchalisa na tle wcześniej znanego mi przekładu Piotra Niklewicza (Muza, 1995), skoncentrowanego w większym stopniu na socjologicznym wymiarze dzieła i wyrażeniu przesłania w sposób możliwie potoczny, miejscami lepiej chwyta niuanse filozoficznego aparatu pojęciowego Ortegi y Gasseta, ale i barwną „literackość” jego stylu. To dla mnie bodaj trzecia lektura Buntu… w trakcie ponad ćwierćwiecza. W samiutkiej końcówce wieku XX Bunt mas był klasyczną pozycją „startową”, jednym z pierwszych tekstów na drodze kogoś wstępnie zainteresowanego filozofią kultury albo polityki. Być może to sprawka miejsca i czasu: dominujący wówczas w świecie opiniotwórczym liberalizm, odraza do ciemnogrodu, ale i pewna wstrzemięźliwość wobec postępowo-rewolucyjnego entuzjazmu, walka z radykalizmem po obu stronach centrum – słowem ów mainstream ideowy początków III Rzeczypospolitej – mogły naprowadzać na Ortegę również umysły, jak im się wtedy (pewnie naiwnie) wydawało, w ambicjach raczej anarchiczne.
Od razu nasuwa się pytanie: czy to autor dziś aktualny? Ale czy od autora (a mówimy tutaj o pracy już prawie stuletniej, licząc od pierwszej publikacji) musimy koniecznie wymagać tak zwanej aktualności? Czy tłamszenie dawnego tekstu poprzez wciskanie go w ramy pewnego zapotrzebowania intelektualnego „naszych czasów” nie jest właśnie przywarą owego człowieka masowego, o którym pisał Ortega? Odkrywcze, czasami nawet bardziej, mogą być wyraziste prace z epoki już zamkniętej, z dzisiejszej perspektywy znamiennie nietrafione. Bunt mas – bardziej dziś, po trzeciej lekturze niż po tej drugiej kilkanaście lat temu – wydaje mi się aktualny. Aktualny w dwóch właśnie przeciwstawnych znaczeniach: dosłownie oraz jako książka dość specyficznie zdezaktualizowana. To pęknięcie jest w nim najciekawsze.
Autor nie pasuje do żadnej z czołowych frakcji dzisiejszych debat i wojenek intelektualnych. Samo w sobie nie jest to jeszcze cnotą, ale mam wrażenie, że im więcej mówimy o atomizacji społeczeństwa, podziale na frakcje, nawet między ludźmi wywodzącymi się z podobnego spektrum ideologicznego, tym bardziej cenić zaczynamy osoby „niewygodne” z perspektywy wszystkich typowych pozycji kulturowo-politycznych. Dla „twardszej” lewicy problemem Buntu mas będzie ignorowanie konfliktów klasowych i dosyć ogólna odmiana antykomunizmu, nawet jeśli Ortega twierdzi, że Rosja bolszewicka miała się do marksizmu tak jak średniowieczne niemieckie Cesarstwo Rzymskie do łacińskiego Imperium Romanum. Również socjaldemokracja nie podejdzie z entuzjazmem do filipik, które pomimo osobnej, wykraczającej poza kwestię statusu społecznego definicji masy mogą sugerować totalne lekceważenie ludzkiej przeciętności, by nie powiedzieć – wszelkiej ludzkiej większości. Tak zwany neoliberał, doceniwszy rozproszone fragmenty krytykujące etatyzm oraz biurokrację, w końcu podejdzie nieufnie do liczniejszych i bardzo ciętych uwag wymierzonych w chciwość oraz kult konsumpcji, jak również brak myślenia w kategoriach wspólnoty; Bunt mas to zamierzona przestroga przed krótkowzrocznym optymizmem, masową odmianą carpe diem, potęgowaną przez nowinki specjalistów oraz technokratów, którym umyka szerszy obraz. Przejdźmy bardziej na prawo. Ortega potępia w czambuł nie tylko faszyzm, ale i wszelkie dwudziestowieczne narodowe egoizmy. Alt-right? To nie ma prawa (na szczęście) się podobać. Konserwatysta tradycyjny znajdzie kilka szpilek wbitych w sentymenty przedoświeceniowe czy (w przypadku Hiszpanii) pokłosie kontrreformacji. Ortega był też jednym z prekursorów idei zjednoczonej Europy.
Być może z tych wszystkich polemik wyłania się wizerunek najbliższy oświeconemu konserwatyście, względnie elitarystycznej (na poziomie „ducha”!) odmianie liberała, co nie brzmi dziś namiętnie. Mam jednak wrażenie, że Bunt mas winien w 2026 roku wywoływać reakcje w stylu „W punkt!”, „To o nas!”, „Nic się nie zmieniło”. Tymczasem szukam… i cisza. Aż wreszcie na czwartej stronie wyszukiwania w Google hiszpański serwis podaje, że prawie 100 lat temu Jose Ortega y Gasset przewidział Donalda Trumpa!
Ortega y Gasset był rodowitym Madrytczykiem, wykształconym również w słynnych niemieckich ośrodkach akademickich. Potomek redaktora liberalnej gazety, przy tym wychowany w szkole jezuickiej, później adept kantyzmu i fenomenologii, należał do liderów pokolenia, które miało przygotować Hiszpanię do modernizacji. Madryt rozwijał się gwałtownie jak na tamte czasy, w tempie podobnym do Warszawy. W 1929 roku liczył przeszło 800 tys. mieszkańców, przy czym rozmach śródmieścia był imponujący. Zarazem rozwój cywilizacyjny był nierówny, a sytuacja polityczna niestabilna. Agitatorzy faszystowscy czy syndykalistyczni, niewykształceni, ale oblatani w bieżących nowościach techniki, przecinali swoje kroki przykładowo z „damulką, gwiazdą pierwszej wielkości w gwiazdozbiorze madryckiej elegancji”, która ponoć rzekła: „Nie jestem w stanie znieść balu, na który zostało zaproszone mniej niż osiemset osób”. Czy Bunt mas nie jest też po prostu wyrazem zdegustowania mieszczańskiego pisarza ze sporym już dorobkiem, człowieka mocno po czterdziestce (co wtedy było wiekiem poważniejszym), tym, jak żałośnie i barbarzyńsko przedstawia się ówcześnie na co dzień wymarzony postęp? Jeśli nawet tak, to autor z tej dość partykularnej perspektywy wyprowadził zdania, które precyzyjnie opisują psychologię również dzisiejszego zadufanego paniczyka z serca Doliny Krzemowej, wypisującego na Twitterze butne teoryjki w stylu MAGA.
O kulturze masowej czy społeczeństwie masowym, podobnie jak o „buncie”, słyszeliśmy tak wiele, że samo skoncentrowanie na tych zagadnieniach trącić może myszką. Zacznijmy więc czytać urywkami. Po pierwsze znajdziemy uwagi prekursorskie; może aż zanadto. „Wewnętrzną zawartością życia człowieka przeciętnego jest dziś cała planeta. Przed nieco ponad rokiem sewilczycy w swoich popularnych gazetach śledzili godzina za godziną rzeczy wydarzające się jakimś ludziom przy biegunie, to znaczy, że mając w tle rozżarzone równiny Betyki, spoglądali na dryfujące po mieście góry lodowe”. (Dla porównania: poprzedni przekład wspomina po prostu o tym, że „każda jednostka żyje życiem całego świata”, mowa też o „spalonej słońcem Andaluzji”, co dla dzisiejszego studenta socjologii brzmi nieco bardziej „współcześnie”, ale ostatecznie przewagą Charchalisa w tej wyrównanej „konkurencji” jest oddanie charakterystycznej poetyki, erudycyjnej, a przy tym ironicznej, liberalnego eseisty międzywojennego).
Ale czym jest tytułowa masa? Zakładałem po cichu, że mamy do czynienia z definicją klasyczną, oczywistą (co nie znaczy słuszną). Teraz, im dokładniej czytam Bunt…, tym mniej jest to dla mnie jasne. Ortega do tego stopnia wylansował masę jako fenomen nowy i powszechny, że odtąd z łatwością mógł uznać rożne koncepty polityczne oraz rozpoznania XIX-wieczne za „przestarzałe”. Wydaje się, że marksizm (chociaż zdawkowe przywołanie Nietzschego dosłownie w jednym miejscu jest równie znaczącym „brakiem”, a może i „unikiem”) jest najciekawszym (prawie) nieobecnym Buntu mas. Może to wpasowywać się wygodnie w optykę autora, który pewnie chciałby w swoim tekście unikać jawnych konotacji zarówno z socjalizmem, jak i z jego klasycznymi wrogami, ale wychodzi na to, że koncepcji konfliktu klasowego nie trzeba już nawet obszerniej krytykować, gdyż była pojęciem opisującym rzeczywistość zasadniczo minioną: Żyjemy w wieku XX, a to epoka mas. Czy była to diagnoza błędna albo przedwczesna?
Bunt mas będzie zatem prekursorski wobec tych wszystkich diagnoz współczesności opartych na założeniu, że od niedawna mamy do czynienia z zasadniczym cięciem albo przetasowaniem związanym z jakimś konkretnym fenomenem (współczesnym odpowiednikiem byłyby przykładowo rozmaite diagnozy różnicujące w sposób radykalny „świat analogowy” i „cyfrowy”). A przecież Ortega y Gasset, odcinając się od fatalizmu w typie Spenglera, w wielu miejscach zarazem bardzo przenikliwie rozprawia się właśnie z przekonaniem, że rozmaite mutacje epoki nowoczesnej odsyłają większość przeszłych zagadnień do lamusa.
W tym kontekście można by mówić o dwóch rożnych typach odbiorcy Buntu mas. Pierwszego, bardziej „konserwatywnego”, zadowolą dość dobitne diagnozy, jak podnoszenie tonem wytyku bądź zaniepokojenia, że „życie człowieka przeciętnego jest tworzone przez repertuar witalny, który wcześniej charakteryzował tylko wybrane mniejszości”, albo uwaga, że liberałowie, demokraci i postępowcy z Belle Epoque (do których spadkobierców autor w gruncie rzeczy sam siebie zalicza) skarżą się niczym dzieci na smutną, ale oczywistą konsekwencję tego, do czego sami (nieświadomie?) dążyli: oto byle przeciętniak ośmiela czuć się Panem. „Masa uważa, że ma prawo narzucać i normalizować prawnie swoje tematy rodem z knajpianych dyskusji”. Temu nurtowi recepcji nie będziemy poświęcać szczególniejszej uwagi, ponieważ jest kwestią pewnej wiary: jeżeli ktoś wierzy albo dostrzega w swej percepcji, że świat zachodni wówczas taki był albo że dziś (nieodmiennie bądź na nowo) jest taki, nie potrzebuje żadnych detalicznych uzasadnień. Dla innego odbiorcy, powiedzmy – bardziej „pytającego”, autor byłby raczej podejrzliwym analitykiem masowego społeczeństwa niż konserwatywnym alarmistą. W wielu miejscach Ortega pozycjonuje się jednak jako myśliciel promodernizacyjny, a przy okazji wspólnotowy.
Autor nie zaprzecza, że rządy mas przynoszą oczywistą korzyść, jeżeli prowadzą do ogólnego wzrostu. Ironizuje ze stwierdzenia, że każdy czas przeszły był lepszy, trzeźwo zauważając, że wbrew pozorom poszczególne epoki różnią się pod względem waloryzowania przeszłości; opinie na temat, czy wczoraj było lepiej, więcej mówią o duchu epoki bieżącej niż o czasach minionych. W ramach tego niemoralizatorskiego odczytania dzisiaj najciekawsze może być dość karkołomne założenie, jakoby masa stanowiła grupę współcześnie hegemoniczną, chociaż z definicji nie posiada władzy. Jeżeli jest to sprzeczność, to na pewno ciekawa i być może, między innymi, w tak zwanych naszych czasach trzeba mówić o sprzeczności samego istniejącego fenomenu, a nie o sprzeczności diagnozy. Dla niekonserwatywnego czytelnika Ortegi y Gasseta nie będzie tu chodziło o stereotypową kwestię rządów tak zwanej hołoty. Zjawisko jest bardziej „subtelne”. Chodzi o typ ludzki, który dąży do nieograniczonej władzy, konstytuując się dokładnie w tym samym momencie jako swoiste przeciwieństwo władczości. Ortega nazywa to hiperdemokracją. Jak mamy uniknąć jej zagrożeń bez sięgania po łatwy intelektualnie kult merytokracji? To problem, którego autor chyba nie rozwiązał; ale czy dzisiaj, kiedy demokracja oraz liberalizm (ich syntezę uważał Ortega za najmniej nieudany z dotychczasowych porządków) miejscami coraz bardziej się rozchodzą, wykoncypowaliśmy jakieś rozwiązanie? Zwróćmy uwagę na współczesne „populizmy”. Politycy, którzy koncentrują władzę silniej (przynajmniej w wymiarze czysto politycznym) niż „liberalne elity” ich poprzedzające, balansują na granicy praw konstytucyjnych albo je z tupetem przekraczają. Lansują się na całkowite przeciwieństwo ludzi władzy, jako szary chór oburzonych. Czy chodzi tu wyłącznie o „ludowy”PR? Być może nie tylko. Znamienne, że Ortega kończył pierwszą edycję Buntu mas w okresie miękkiej dyktatury generała Manuela Primo de Rivery. Możliwe, że najtrafniej opisywał pewien przejściowy nastrój krajów wciąż półperyferyjnych, będących w fazie chwiejnej modernizacji. Jego uwagi dzisiaj zaskakująco dobrze pasują do rożnego rodzaju „populistycznych demokratur”, jakie się instalują w rożnych stronach świata. Rzeczywistość masowa wedle tez autora oznacza niejako naturalizację aktualnego stanu. Byłaby to diagnoza opisująca najdokładniej pewną epokę przejściową, w której przemoc masowa jest wprawdzie już obecna, ale (przynajmniej na razie) pozostaje częściowo pewnym symulakrum – tłum jest głownie zachłyśnięty nowoczesnymi nowinkami, traktowanymi jako rzecz już pewna i odwieczna. Czy pasuje to do dzisiejszych nastrojów w rożnych miejscach? Nie wykluczam.
Bunt mas to kolejna rzecz, która prowadzi mnie do wniosku, że kiedy potraktujemy wymowne tezy autora sceptycznie – jako głos człowieka określonego pochodzenia, miejsca i epoki, wyrażającego subiektywną, a już na pewno tendencyjną perspektywę – okaże się on uniwersalny: tak w błyskotliwych rozpoznaniach, jak i w koleinach uproszczeń, w których czujemy się dziwnie komfortowo – nawet jeżeli chodzi o „dziejowy pesymizm”.