Zygzakiem w PRL
Z Błażejem Brzostkiem rozmawia Sylwia Chutnik
Codzienność kobiet w PRL była gęstą siecią rutyny oraz sprzecznych oczekiwań. Oficjalna narracja Polski Ludowej głosiła równość płci i nowoczesność, lecz w praktyce dla wielu kobiet hasła te przyniosły efekt w postaci podwójnego lub potrójnego obciążenia. Obejmowało ono pracę zawodową i odpowiedzialność za dom, a także konieczność nieustannego radzenia sobie w warunkach niedoboru czy presji społecznej. Tradycyjny wzorzec kobiety przypisanej sferze prywatnej nie zniknął, a jedynie został uzupełniony o obowiązek aktywności zawodowej bez realnego przesunięcia granic władzy i wpływu. Zacznijmy rozmowę od obierania ziemniaków, gdyż w ten sposób otwiera pan swoją książkę. Pisze, że jesienią 1950 roku kilka więźniarek obierało ziemniaki w kartoflarni zakładu karnego. Od razu wiadomo, że będzie o sprawach z pozoru drobnych, ale fundamentalnych. Czuje się tu inspirację Jolantą Brach-Czainą i jej filozofią rutyny. To ona stwierdziła, że spadającą z ziemniaka obierkę można chyba uznać za koncentrat codzienności. Czym dla pana jest ten koncentrat?
Chwilą, która minęła na zawsze. Pozornie błahą, nieuchwytną, niezapamiętaną. Codzienność można ująć jako nieskończony zbiór takich chwil. Ale jak ma się z nimi mierzyć historyk? Ćwierć wieku temu uczestniczyłem w spotkaniach pracowni badawczej, którą kierował profesor Tomasz Szarota. Tematem było życie codzienne, możliwości jego historycznego ujęcia. Wracaliśmy do pytań: co w życiu społecznym jest przezroczyste? Co umyka uwadze, dzieje się „samo”, wydaje niegodne opisu? „Codzienności” nie da się domknąć, zdefiniować raz na zawsze. Każdy przeżywa ją i zapamiętuje inaczej, choć próbujemy tę pamięć negocjować. Po tych dwudziestu pięciu latach nie jestem mądrzejszy. Uznałem, że nie będę silił się w książce o życiu codziennym kobiet na kolejne teoretyczne wstępy. Prowadziłem raczej rozeznanie w boju i w ten sposób odkryłem możliwość narracji opartej na trzech osiach. Pierwsza to cykle, druga to zjawiska linearne, a trzecia – rytmy doby. Można powtórzyć za Mironem Białoszewskim: szumy, zlepy, ciągi. Białoszewski był świetnym obserwatorem tych drobiazgów, z których lepi się dzień. Historyk musi oczywiście nadać im jakieś struktury, grać rolę analityka.
Jako kulturoznawczyni chciałabym zapytać o specyfikę tego spojrzenia. Jeśli odłożymy na bok metodologię i akademickie przypisy – na czym polega fundamentalna różnica w postrzeganiu codzienności przez historyka w porównaniu do socjologa czy antropologa?
Pozornie jest to różnica zasadnicza. Przecież historyk porusza się w czasie przeszłym, a więc w „nieistnieniu”. Bo przeszłość, jak wiadomo, nie istnieje. Jest zapośredniczona przez dokument, zapis, ślad. A jednak wszystko zależy od epoki, jaką się zajmujemy. Ja interesuję się epoką najnowszą, która przynależy do historii, ale zarazem stanowi pamięć żywą. Dlatego właśnie trudno przeprowadzić w tej sferze jakąś stanowczą granicę między działaniami historyka a antropologa albo socjologa. W historii najnowszej mamy świadków i to jest fascynujące, ponieważ nie dane historykom innych epok. Musimy konfrontować się z żywą pamięcią, podlegać osądowi tych, którzy przeżyli opisywane przez nas czasy. Pozostaje więc pytanie o metodę: czy rozmawiać z ludźmi, czy szukać w tym, co zostało zapisane? Jako historyk zaczynam od kwerendy: od papierów. Nie lekceważę historii mówionej – przeciwnie, jest to wspaniały sposób badania i dający niezwykłe wyniki. Lecz wymaga ogromnej, osobnej pracy. Każda książka jest efektem wyboru oraz ograniczeń całkiem prozaicznych: czasu, energii, zdrowia. To zresztą doświadczenie, które dzielę z bohaterkami mojej opowieści. One również dysponowały określonym budżetem czasu i w jego ramach robiły to, co było możliwe.
To cenna wskazówka dla każdego badacza przeszłości. Skoro jednak wiemy, że nie sposób dotrzeć do wszystkiego, przejdźmy do warsztatu. Na jakich źródłach oparł pan swoją pracę?
Przede wszystkim badacze współczesności zmagają się z nadmiarem. To sytuacja odwrotna do tej, w jakiej znajdują się na przykład mediewiści. Oni borykają się z niedoborem źródeł. W mediewistyce przez dziesięciolecia analizowano te same teksty, dzięki czemu narosła warstwa interpretacyjna. W historii najnowszej brakuje na to oddechu. Ciągle szukamy i – co gorsza – wciąż znajdujemy nowe tropy. Skutkiem jest natłok drobnych, nieprzemyślanych interpretacji. Paradoksalnie, w tym gąszczu grozi nam poruszanie się wciąż tymi samymi, utartymi ścieżkami. Tego właśnie starałem się unikać. W warunkach pracy samotnej, bez grantu i zespołu badawczego, możliwe jest „zygzakowanie”. Polega ono na ciągłej zmianie optyki oraz manewrowaniu między archiwami, gatunkami i rejestrami.
Nie mogłem poprzestać na tak zwanych pamiętnikach konkursowych. Choć to źródło niezwykle bogate, jest specyficzne, bo tworzone pod oczekiwania jury przez osoby w swoim środowisku zwykle ponadprzeciętnie aktywne czy ambitne. Dlatego warto zderzyć te relacje z dokumentacją urzędową, na przykład aktami Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, przechowywanymi w Archiwum Akt Nowych. Problem w tym, że do tego archiwum można wejść w wieku dwudziestu lat, a wyjść jako osiemdziesięciolatek i wciąż nie przeczytać wszystkiego. Podobnie z prasą. Uważna lektura jednego rocznika dziennika czy miesięcznika to zajęcie tak absorbujące, że właściwie wyklucza inne poszukiwania, a przecież mamy do czynienia z dziesiątkami tytułów. Pozostaje kluczenie między prasą a pamiętnikiem, dokumentem a filmem, poradnikiem a fotografią. Do dyspozycji mamy też wyniki badań socjologicznych czy psychologicznych, prowadzonych zaraz po wojnie i potem od 1956 roku aż po kres Polski Ludowej. To kopalnia wiedzy o budżetach czasu, modelach wypoczynku czy stosunku do telewizji. Znajdziemy tam opisy życia seksualnego robotnic, metod wychowawczych w rodzinach górniczych, ale też zmieniających się wyobrażeń społecznych na temat kobiecości.
Można zatem zaryzykować tezę, że gender studies istniały w PRL, choć funkcjonowały pod inną nazwą?
Zdecydowanie tak. Kategorie i język były inne, ale pytania pozostawały podobne.
Wróćmy zatem do ziemniaków i zygzaków. Książka jest zbudowana wokół cykli oraz linearności. Zastanawiam się więc, jak wyglądał ów kobiecy zygzak w PRL. Pytam o strategie i praktyki, które Michel de Certeau określiłby zapewne mianem wynalazków codzienności.
Przede wszystkim ta codzienność się bardzo zmieniała. Mamy skłonność do umieszczania „PRL” w jakiejś ramce. To obrazek złożony ze wspomnień i kadrów kronik filmowych albo skądinąd świetnych filmów Stanisława Barei. Lecz PRL rozpycha ramki, ponieważ w ciągu tych kilkudziesięciu lat zaszły na świecie przeogromne zmiany, które wpłynęły też na los mieszkanek i mieszkańców Polski. A w samej Polsce: wielkie migracje, budowa przemysłu, oplecenie kraju sieciami elektrycznymi, wodociągowymi, gazowymi. W 1950 roku był to kraj zaprzęgów końskich, pieców kaflowych i studni, a w 1980 – fiacików, kaloryferów i kranów. Z których u Barei leci rdzawa woda – to też prawda. Nie mówię więc tego, ażeby chwalić „awans” i „modernizację”, tylko by podkreślić, że bohaterki mojej opowieści zmagały się w ciągu dziesięcioleci ze zmienną materią życia, można powiedzieć, że zygzakowały w codzienności.
Słowo o migracji: kobiety przemieszczały się intensywnie najpierw w latach 40. na ziemie poniemieckie, a potem ze wsi do miast w latach 50. Były w tych procesach bardzo aktywne, a migracje osłabły dopiero w latach 80., co stało się znamieniem głębokiego kryzysu cywilizacyjnego. Co ciekawe, w tym schyłkowym okresie PRL kobiety migrowały z większym natężeniem niż mężczyźni. Jako młode i samotne osoby szukały szkoły zawodowej, studiów, pracy oraz szansy na inne życie. Różnica losu polegała na tym, że kobiety musiały zazwyczaj bardziej się starać, usilniej dokształcać, aby uzyskać pozycje zawodowe czy zarobki porównywalne z męskimi. W latach 80. obserwowano też wśród nich niezgodę na powtórzenie losu matek. Ten kojarzył im się z zapracowaniem, wiecznym zatroskaniem i nieobecnością. Dorosło przecież pokolenie dzieci „z kluczem na szyi”, które czekały w pustych domach na powrót rodziców z pracy.
Spróbujmy teraz zejść na poziom najbardziej elementarny. Jak wyglądał typowy dzień kobiety w PRL? Jeśli w ogóle da się mówić o jakiejś typowości.
To zawsze uproszczenie, ponieważ ludzie żyli w bardzo rożnych warunkach. Inaczej funkcjonowała robotnica w Łodzi, inaczej nauczycielka w miasteczku, inaczej rolniczka prowadząca gospodarstwo. Były jednak cechy wspólne losu „kobiecego”, uderzająco podobne niezależnie od różnic zawodowych czy geograficznych. Na przykład typowe było wcześniejsze wstawanie poranne kobiet niż mężczyzn. Na wsi wymuszały to obowiązki zagrodowe, karmienie zwierząt, napalenie pod kuchnią. W mieście – wyprawienie dzieci do szkoły, poranne krzątanie się, w każdym razie poczucie, że „trzeba”. Mężczyźni oczywiście także je odczuwali, ale wydaje się, że inaczej. Że było ono wyraźniej zwrócone ku pracy zawodowej. Czuli się wolni od wielu spraw domowych. Zresztą z ankiet przeprowadzonych w rożnych krajach europejskich lat 60. wynikało, że mężczyźni spali na ogół dłużej. Mieli też głowy wolniejsze od trosk o rozplanowanie dnia, czyli zakupów, posiłków domowych, oprania i tak dalej.
Właśnie syndrom obciążonej głowy wydaje się charakterystyczny dla kobiecego dnia. Tym bardziej w gospodarce niedoboru, jaką był PRL: trzeba po pracy wystać, dostać, złapać, potem w domu obrobić się, upichcić, odsmażyć, rozmnożyć – cały ten słownik drobnych spraw domowych był „kobiecy”. Dlatego, że w mieście chodziło w zasadzie o drugi etat – oporządzenie bliskich po ośmiu godzinach pracy zawodowej. Była to sytuacja, jak wiadomo, raczej „przejrzysta”, czyli społecznie przyswojona. Korzystali na niej mężczyźni, ale przyzwyczajone były do niej także kobiety, więcej, wzajemnie pilnowały się nieraz przy wykonywaniu tych obowiązków. Miały być przecież dobrymi żonami, dobrymi matkami, wzorowymi paniami domu. Ten porządek podtrzymywały poradniki, na ogół pisane także przez kobiety. Wynikało z nich, że można sobie poradzić ze wszystkim, zagospodarować wszelkie dziury czasowe, aby jeszcze posprzątać, obszyć, przygotować coś na dzień następny. I rzeczywiście, kobiety miały znacznie mniej czasu wolnego niż mężczyźni, cały układ obowiązków wymuszał zaabsorbowanie sprawami rodziny. Prowadziło to nieraz do chronicznego zmęczenia. Ale przecież istniały sposoby na zachowanie czegoś dla siebie. Rozliczne. Słuchanie radia w czasie prac domowych, rozmowy z bliskimi, ze znajomymi, małe kontakty sąsiedzkie, małe spotkania (chociażby w tych kolejkach do sklepów), małe wyrywane z rutyny dnia sytuacje. […]