Ludu mój, ludu
Olga Żyminkowska
16 sierpnia 1905 roku, godzina piętnasta pięć, bulwar La Canabiere w starej dzielnicy Marsylii. Data zapewne nikomu nic nie powie; miejsce skojarzy się co najwyżej z wakacjami na południu Francji. Tamtego dnia dziesięcioletni Albert Cohen, późniejszy żydowsko-francuski pisarz, pośród tłumu Marsylczyków zebranego przed ulicznym kramem zostaje nazwany parszywym Żydem. Jego historia rozpoczyna się dziecięcym skomleniem – tamtego dnia, w tamtym miejscu.
Wypędzony z raju
O bracia moi, ludzie to testament, spowiedź, akt oskarżenia, traktat moralny i apokryf w jednym. Cohen napisał książkę o tym pamiętnym dniu dopiero u schyłku życia, dziewięć lat przed śmiercią i aż sześćdziesiąt pięć po „wypadku” marsylskim. Od tamtej pory, już jako „parszywy Żyd”, później pisarz i dyplomata w Międzynarodowym Komitecie do spraw Uchodźców, tułać się będzie po wielu krajach Europy. Cohen, dziecko żydowskich fabrykantów, urodził się na Korfu rok po wybuchu we Francji sławetnej afery Dreyfusa, w 1895. Na wyspę wróci potem tylko raz, gdy w wieku trzynastu lat przejdzie inicjację bar micwy. Jego pierwszym językiem jest dialekt wenecki, właściwa korfiańskim Żydom odmiana włoszczyzny. W wieku pięciu lat wraz z rodzicami przenosi się do Marsylii, gdzie rozkwita jego namiętność do wszystkiego, co francuskie, szczególnie do języka i chwalebnej – wiadomo – historii Francji. Studia prawnicze odbywa już w Genewie, w latach 20. i 30. tuła się między Francją a Szwajcarią. Drugą wojnę spędza jednak w Wielkiej Brytanii, gdzie publikuje we francuskiej prasie emigracyjnej. Wtedy także umiera jego matka, na cześć której napisze dolorystyczny hymn – Książkę o mojej matce. Na starość wraca do Genewy, tam też kończy swoje życie, przez wielu uznawany później za pisarza szwajcarskiego.
Wydał łącznie dziewięć książek, co daje ponad dwa tysiące stron w zbiorze Plejady – od tomu młodzieńczych wierszy Paroles juives (Słowa żydowskie), przez najbardziej swego czasu popularną tetralogię na czele z powieścią Oblubienica Pana (za którą otrzymał Nagrodę Akademii Francuskiej, a następnie Legię Honorową), by skończyć wyliczenie na prozie autobiograficznej, ze wspomnianą wcześniej Książką o mojej matce i apokryfem O bracia moi, ludzie. Sława Cohena rozbłysła dość późno i zanikła w cieniu innych żydowsko-francuskich pisarzy tamtego czasu. A konkurencję miał solidną, by wymienić tylko najjaśniejsze gwiazdy ówczesnego firmamentu – Edmonda Jabesa, Jeana Amery’ego, Romaina Gary’ego, nie wspominając już o Derridzie czy Levinasie, filozofach Żydach, którzy nadawali ton intelektualnym dyskusjom o judaizmie. Cohen nie miał też szczęścia do tłumaczeń – w Polsce pierwszy przekład autorstwa Anny Sochowej pojawił się dopiero w roku 1977 (wtedy to ukazała się Książka o mojej matce), później pracę translatorską podjął z powodzeniem jej syn, Andrzej Socha, dzięki któremu można dziś docenić walory barokowego stylu Gwoździojada i Oblubienicy Pana. Tym bardziej cieszy ukazanie się przekładu kolejnej, może najbardziej osobistej z książek Cohena – O bracia moi, ludzie – w mistrzowskim tłumaczeniu Krzysztofa Umińskiego.
W podwójności
Zacznijmy jeszcze raz. Cohen pisze O bracia moi… jako starzec świadomy zbliżającej się śmierci. Swoją książkę-modlitwę zaczyna słowami: „Biała kartko, moja pociecho, najbliższa pocieszycielko”. Podobnych nawoływań jest tu sporo – najwięcej chyba do ludzkości jako takiej, ale nie brak też skarg w kierunku „braci” antysemitów („wy, którzy umrzecie niebawem i w których bliskość własnej agonii nie tłumi nienawiści”). To książka-przestroga, książka- ostrzeżenie, nie całkiem wierna autobiografia, nie do końca zmyślona baśń, niby ewangelia, jakby modlitwa, bez mała testament, o mały włos spowiedź, prawie powieść inicjacyjna, nieomal traktat moralny. Cohen przekracza wszystkie te konwencje, celowo nie dorasta do żadnej i na tym między innymi polega wyjątkowość O bracia moi, ludzie.
To wyznanie pisarza, który dokonuje moralnego rozliczenia, może ostatniego tak przytomnego rachunku dziecięcych krzywd, jakich doznał w dniu dziesiątych urodzin na marsylskim bulwarze. A pisze to wszystko w imię „braci jego, ludzi” – tych, którzy tamtego dnia nie wstawili się za małym Żydem, chcącym kupić od kramarza środek do wywabiania plam, urzeczonym obcym brzmieniem francuszczyzny i teatrem kupieckich gestów. „Kto wie, rzekłem sobie, może moja opowieść odmieni tych, co nienawidzą Żydów, wyrwie im z duszy kły?”.
Dobre sobie. Cohen zwinnie balansuje między naiwnością dziecięcych marzeń a gorzką i wcale nieradosną wiedzą dorosłego, późniejszego przeżywca Zagłady. „Wtem ogarnia mnie litość nad sobą, samotnym jak palec, litość nad tym naprawiaczem nienawistnikow, litość nad fantastą”. Żeby zrozumieć O braci moich… trzeba mieć dwa serca – tamto dziecięce, pełne marzeń, i dorosłe, utwardzone gorzką „zasadą rzeczywistości”. Dopiero w tej podwójności może odsłonić się pełen sprzeczności i napięć sens prozy Cohena.
16 sierpnia 1905 roku to data największego szczęścia i największego nieszczęścia. Po jednej stronie kramarz – blondyn o cienkich wąsikach, wesoło rozprawiający o zaletach wywabiacza uniwersalnego. Najbardziej francuski z Francuzów, najbardziej nieżydowski z gojów. Po drugiej stronie „kretynek o czarnych loczkach i długich, podwiniętych rzęsach”, młody Żyd urzeczony kupieckim bajaniem, zakochany w jego paryskim akcencie, gotów oddać połowę kieszonkowego na środek piorący, aby tylko zobaczyć francuski uśmiech na francuskiej twarzy.
Nagle dzieje się coś, co burzy sielankę – tłum się rozstępuje, jazgot ustaje, usta kramarza obnażają „dwa długie kły”; chłopiec pąsowieje i dławi się własnym oddechem. Następuje seria najohydniejszych przekleństw, cały zestaw antysemickich bluzgów na temat Żydów-spiskowców (jesteśmy już po publikacji haniebnej książki La France juive Edouarda Drumonta, która bodaj jako pierwsza wprowadza motyw Żyda-wichrzyciela i dywersanta); Żydów-handlarzy z międzynarodowej finansjery, Żydów – niemieckich szpiegów (ciągłe echo sprawy Dreyfusa), Żydów-krezusów, „pijawek na skórze biedaka”, tarzających się w złocie i palących grube cygara. Cohen wchodzi na głębokie wody antysemickiej retoryki, rozciąga wachlarz wyzwisk i obelg, wszystko, co język francuski (ale przecież i polski, jak doskonale pokazuje Umiński) zdążył wytworzyć przeciwko Żydom. „Wysunąłem się, ofiarowując im roże mojego serca, a rzucono mi w twarz, w moją ufną, nowiutką twarz, stek nieczystości”.
Dlaczego uczyniłeś mnie Żydem
Dopiero teraz zaczyna się właściwa akcja książki. Cohen z przenikliwością – którą można wytłumaczyć jedynie dogłębnym, osobistym przeżyciem – opisuje wszystkie etapy rozpaczy po „scenie założycielskiej” z kramarzem. „I odszedłem, i byłem wieczną mniejszością, i mój grzbiet nagle się zgarbił”. Następuje seria bolesnych przymiarek do wyroku. Cohen sprawdza, jak to jest być „parszywym Żydem”, podstępnym bankierem żerującym na chrześcijańskich biedakach (o ironio – trzy franki kieszonkowego). Mały Albert zamyka się w dworcowym szalecie. Odrapane tynki wucetu to jego pierwsza ściana płaczu, przed którą można – już jako „zaraza”, „drań” i „parch”– błagać o odkupienie. W ciągu lamentacji padają hiobowe pytania kierowane do Boga: „Dlaczego złośliwie uczynił Żydów złymi? I dlaczego mnie uczynił Żydem? Och, nikt mnie już nigdy nie pokocha!”.
Wszystko staje się „żydowskie” – nie ma myśli ani części ciała, która nie budziłaby podejrzeń. Czarne kręcone włosy, tak przecież ukochane przez matkę, zmieniły się we włosy żydowskie. Spazmatyczny płacz dziecka to tylko echo kołyszących się nad Torą grzbietów żydowskich, „garbów odmieńców, którzy za dużo myślą, za dużo przeżuwają, przeżuwają w odosobnieniu”, „odwieczny takt przetrawianego nieszczęścia”. Odtąd ciało i gesty utraciły niewinność – wszystko zostało skalane „grzechem narodzin”. Cohen pokazuje, w jaki sposób „akt nominacyjny”zmienia dalszy bieg życia, trochę jak – toutes proportions gardées – w studium Sartre’a o Jeanie Genecie, poecie nazwanym w dzieciństwie złodziejem, który przyjmuje to miano i podnosi do rangi przeznaczenia.
Vive la France
Cohen komplikuje obraz skrzywdzonego dziecka. W małym Albercie spotyka się bowiem Żyd z fanatycznie oddanym miłośnikiem Francji. Wyjście z dworcowego ustępu to jego pierwszy exodus – do miasta i ludzi, ażeby tułać się do utraty sił w nogach. „Niech żyje Francja, wybełkotałem kilka razy w otępieniu, żeby wypowiedzieć zbawcze słowa”. W końcu na półce w pokoju czeka na niego patriotyczny relikwiarz, coś w rodzaju kapliczki na cześć wybitnych Francuzów – La Fontaine’a, Corneille’a, Napoleona, Racine’a i Victora Hugo.
Młody Cohen podzielał wszystkie mniej lub bardziej zasadne narodowe fascynacje i zboczenia – „Kochałem Francję, nienawidziłem Prusaków, byłem odwetowcem i militarystą, wielbiłem Joannę d’Arc”. Bardziej francuski od Francuzów, pijany miłością do języka Moliera, do żywego przejęty sprawami przyszywanej ojczyzny. I tak przedstawia tę oczywistą ironię losu – kramarz jest przede wszystkim Francuzem, spotęgowanym paryskim akcentem i „nie-żydowskim”blond wąsikiem. Dziecko zostaje skazane – analogia z Chrystusem jest tu bardzo na miejscu – przez naród, który samo umiłowało.
Cohen nie szczędzi biblijnych aluzji, sporo tu modlitewnych i psalmicznych fraz, które tłumacz sprawnie przeszczepia na grunt polskiej retoryki religijnej („O mój ludu, mój cierpiący, jam twoim synem”). Jesteśmy na wyżynach stylu, jest wzniośle i patetycznie, niemal na granicy przesady. Ach, „nieprzeliczone łzy Izraela, czyste diamenty w jego powyginanej koronie”. A jednak w tej przesadzie jest metoda – nie dość, że Cohen z jego nostalgicznymi westchnieniami nawiązuje do ballad Francois Villona (bierze od niego nawet tytuł – „Ô vous, freres humains”), to jeszcze wykłada wprost swoją literacką koncepcję nieszczęścia. Dla niego prawdziwe cierpienie to w gruncie rzeczy „komiczne widowisko, popis bezguścia”. „Ból nie jest ani wzniosły, ani wzbogacający”, jak pisze w Książce o mojej matce. Patos idzie pod pachę ze śmiesznością.
Cohen sięga po konwencję ewangelii, by pomieścić niekłamaną poczciwość dziecka, które nie kpi ze wzniosłych haseł miłości bliźniego. Pozwala małemu „jurodiwemu” tułać się po mieście, skandować „Kochajcie mnie, kochajcie mnie”, zaczepiać obcych ludzi, tańczyć w kościele ku chwale króla żydowskiego i wzywać przechodniów do nawrócenia. Pozwala mu – a przecież sobie – na wszystkie gesty rozpaczy, począwszy od czułej rozmowy z prażonymi fistaszkami, skończywszy na pomysłach recytowania wiersza Hugo o nieśmiertelnej Francji. Dziesięcioletni Cohen w bolesnym otrzeźwieniu zauważa, że mury płoną nienawistnymi napisami. Dopiero wtedy orientuje się, że od zawsze byli sami, on i jego matka, odszczepieńcy stada, omijani na ulicy szerokim łukiem.
Kramarz – parafrazując słowa zdeklarowanego antysemity Louisa-Ferdinanda Celine’a – „wskoczył mu do głowy i w jego głowie siedzi”. Sklepikarz, ta metonimia straconych złudzeń, jest jednocześnie źródłem nieszczęśliwej świadomości – odtąd Albert będzie, wedle określenia innego Żyda, Jeana Amery’ego, „umarłym na urlopie”. Stanie się kroczącym zwycięsko królem albo włóczącym się po bulwarach żywym trupem.
Cohen bywa dosłowny, aż do zawrotu głowy, nie ozdabia potworności ani nie obniża rangi przeżycia dziecka. Mimo to wie, że O bracia… to „nie opowieść z obozu koncentracyjnego”ani nie kolejny rachunek krzywd ofiar Zagłady. W Marsylii nie ma getta, szyby w witrynach nadal są całe, mały Albert nie nosi biało-niebieskiej opaski, a Adolf Hitler nie skończył jeszcze osiemnastu lat. To dopiero przedświt, nieśmiała zapowiedź zbliżających się potworności, jedno małe potrącone życie – tam, na południu Francji, 16 sierpnia 1905 roku.