Zamiast kwiatów

Marek Olszewski

Kiedy laureat, m.in. Paszportu Polityki i Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za głośną, debiutancką powieść polifoniczną z 2024 roku Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców zdecydował się na wejście w przestrzeń liryki, w polu krytycznoliterackim automatycznie musiały zostać uruchomione mechanizmy wzmożonej czujności.

Często bowiem poezja bywa dla powieściopisarzy jedynie naczyniem na odpady z wielkich fabularnych budów, zbiorem niesformatowanych aforyzmów lub przestrzenią zbyt łatwego intymnego wyznania. Co więcej, sam autor przyznawał w wywiadzie, którego udzielił Monice Zając w radiowej Dwójce, że wiersze zaczął pisać niejako mimochodem, na potrzeby powstającej powieści, gdzie jedna z bohaterek była poetką. To zajęcie miało go pochłonąć na tyle, że po publikacji Prawdziwej historii Jeffreya Watersa i jego ojców postanowił wrócić do mowy wiązanej, złożyć samodzielny tom wierszy, a następnie… podarować go ukochanej zamiast kwiatów na imieniny.

Może i brzmi to wszystko dość trywialnie, ale – jak można stwierdzić po lekturze wierszy Jula Łyskawy – właśnie ów niezobowiązujący, łobuzersko- -bezczelny klimat przejawiający się w zabawach formą, językiem, idiomami mocno naznaczył Wyprawę siedmiu zim przeciw krainie jazgarza. Jest to książka pozbawiona jakichkolwiek kompleksów debiutanta, momentami ryzykownie brawurowa, ekscentryczna i wsobna, z drugiej strony rzucająca odważnie wyzwanie tradycyjnej poezji miłosnej, a raczej egzaltowanemu językowi tradycyjnie z nią kojarzonemu. Łyskawa konstruuje wiersze miłosne na swoich zasadach, mieszając rejestr języka wzniosłego z wulgarnym, poszukując inspiracji w obcych erotyce, często bardzo wąskich idiolektach oraz bazując na zaskoczeniu, żarcie, dyskretnej ironii i autoironii. Efekt? Na przykład taki ():

 

Kiedyś napiszę studium A w cyjanie

lub innym kolorze,

teraz jednak niosę ci wiązary,

kuję korbowody.

Zwyczajny jak

wśród namułów lessowych.

 

Wyprawa siedmiu zim przeciw krainie jazgarza to książka, w której dają o sobie znać postmodernistyczne zamiłowania Łyskawy ze względu na sylwiczny charakter całej publikacji. Już choćby w warstwie wizualnej wydania zwracają uwagę dołączone kolaże graficzne autorstwa Angeliki Kukioły, które doskonale wpasowują się w proponowaną przez poetę estetykę różnorodności. Mają one formę dość tradycyjnych wydzieranek, gdzie kawałki i ścinki służą za elementy kompozycji. Łyskawa chce być vintage. Stawia więc na wspomniany postmodernizm – swoją estetykę, język, wyobraźnię karmi nie tyle nawet popkulturą, co przede wszystkim wielością. Z tego też powodu, jak sądzę, decyduje się wykorzystać kolaże, ale także próbuje swych sił na gruncie kaligramów, przywołując (nie wiadomo, na ile zmyślone) historie, miejsca i postaci z odległej przeszłości (m. in. średniowiecza), wykorzystując sztafaż baśni czy tworząc osobny minicykl rozpoczynający się frazą: Innym razem w Rugłowie, która jest czymś w rodzaju powracającego w książce refrenu. Jest to zresztą, dodajmy, fraza całkiem zręczna – wrzuca nas w sam środek trwającej opowieści, która nie ma początku ani końca, nie domaga się weryfikacji, zmyślenie i kpinę miesza z poetyką wyznania i pęcznieje od znaczeń.

Autor rozbiera więc tradycyjną scenografię romantyczności na części pierwsze. Nie tyle pisze o miłości, ile bada, co z miłosnego dyskursu zostaje w świecie przesyconym bodźcami, w którym „kapibara spotyka morskich kochanków”, a ludzkie nosy nadają książkom imiona ptaków. Miłość jest tu w równym stopniu domeną zmysłów, co doświadczeniem języka: 

 

Połączyły nas rytmy

zdań złożonych wielokrotnie, gdy się poznaliśmy, węsząc za odmianą,

lecz też razy zdań prostych i autarkia odrzutowych równoważników – pisze poeta w wierszu kosmiczne, uprawiając typową dla siebie grę skojarzeń.

 

Interesujące jest napięcie budowane między tytułową „wyprawą” (sugerującą ruch, epicki, wręcz baśniowo- -rycerski rozmach) a uwięzieniem w „krainie jazgarza” – małej, pospolitej i kolczastej ryby, która staje się tu najpewniej figurą marazmu, jakiegoś rodzaju ograniczenia. Na podobnych kontrastach operuje autor, mieszając często perspektywę mikro z makro albo zestawiając obrazy rozpadu i końca z wizją trwania (przewijający się w tomie motyw płynącej rzeki). To wszystko ciekawie dramatyzuje opowieść oraz wpływa na jej wewnętrzną dynamikę.

Debiut poetycki Jula Łyskawy jest więc z jednej strony książką pisaną w prywatnej sprawie, choć można zarazem retorycznie zapytać, czy istnieją książki pisane z innych pobudek. Z drugiej zaś warto docenić ją za punkową zadziorność i śmiałą próbę odświeżenia języka liryki miłosnej..