Japońska pielgrzymka

Adam Robiński

Gdzie rosną cedry to bardzo dziwna książka – Craig Mod przełamuje stereotypy i miesza style, a z jego pracy wyłania się pogmatwany obraz Japonii, którą wybrał na miejsce do życia.

W pewnej scenie wędrownego memuaru z półwyspu Kii na wyspie Honsiu urodzony w Stanach Zjednoczonych autor, z zawodu fotograf, wspomina wycieczkę z Jeffem Bezosem, założycielem Amazona i jednym z najbogatszych ludzi na planecie. Mod zabrał go w okolice Hiroszimy, by pokazać największą na świecie drewnianą bramę torii prowadzącą do sintoistycznej świątyni. Na widok rekordzistki miliarder zdziwił się, a potem zadeklarował, że zbuduje jeszcze większą. Oto metoda literacka autora: wędrując przez pejzaż i stykając się z jego mieszkańcami, mówi tak naprawdę o przeciwieństwie tego, co widzi. Idealizując starzejące się japońskie społeczeństwo, punktuje patologie postindustrialnych miasteczek USA.

Mod jest w Japonii imigrantem, który wyjechał z ojczyzny na studia i już do niej nie wrócił. Choć jego początki w Tokio nie były łatwe, towarzyszyło im przekonanie, że ucieczka z USA była ratunkiem: „Każdy, kogo spotykałem w tym wielkim mieście, wydawał się o niebo lepiej przygotowany od nas do wszystkiego – do życia, do miłości, do pozostawania przy zdrowych zmysłach. […] Inaczej niż w naszym mieście, tu nie było broni, nie było prochów, a bezdomnych widziałem niewielu”. Adresatem jego wyznań jest przyjaciel z dzieciństwa – autor z rozrzewnieniem wspomina szczenięce ekscesy (należy włożyć nogę między koło a ramę rozpędzonego roweru, by sprawdzić, jak daleko się poleci), z żalem – późniejsze rozchodzenie się ich życiowych dróg. Opisuje też bezsensowną śmierć towarzysza. Nie chodzi przy tym o rachunek sumienia – mnie się udało, a tobie nie – lecz o oskarżenie zepsutego systemu, który codziennie doprowadza do podobnych tragedii.

Formą ukorzenienia w Japonii stały się dla Amerykanina piesze wędrówki. Odkrył dla siebie gęstą sieć dawnych szlaków pielgrzymkowych, m. in. po wspomnianym już półwyspie Kii, miejscu usianym sakralnymi budowlami dwóch dominujących religii, sintoizmu i buddyzmu. W środku pandemii Covid-19 z braku lepszego zajęcia na nowo wyrusza w drogę, a w tym dziwnym dla całego świata czasie wspomnienia z dzieciństwa wracają do niego ze zdwojoną siłą.

Nigdy nie byłem w Japonii, a moje postrzeganie tego kraju bazuje przede wszystkim na wytworach popkultury. Podobnie jak w przypadku Moda, długo kojarzyła mi się z tonącą w deszczu panoramą Tokio, „które znaliśmy tylko w wydaniu postapokaliptycznym z kultowego dziś filmu animowanego Akira odtwarzanego z pirackich kaset”. I jeszcze z grami na konsole Nintendo, które w latach 90. stały się synonimem elektronicznej rozrywki. Żywą – i jednocześnie dość odstręczającą – ilustracją tego stereotypu były migawki z najbardziej zatłoczonego na świecie gwiaździstego skrzyżowania Shibuya w Tokio czy śpiący w metrze biznesmeni z głowami opartymi o służbowe aktówki. Wyłaniał się z nich obraz młodego i prężnego kraju, nijak nieprzystający do demograficznych statystyk o ekstremalnie starzejącym się, konserwatywnym społeczeństwie. To się jednak w ostatnim czasie zmieniło – azjatyckim (i globalnym) liderem nowoczesności zostały Chiny, a Japonia straciła wizerunek ekonomicznej potęgi, więc musiała przestawić narracyjną zwrotnicę. Wymyślić i opowiedzieć siebie na nowo. Obraz, który powstaje z dzieł takich jak film Perfect Days w reżyserii Wima Wendersa, esejów o przyrodzie zawartych w książce Drzewa Ayi Kōdy czy z nurtu comfort books (prostych, podnoszących na duchu powieści), przedstawia społeczeństwo dojrzałe, czerpiące garściami ze swojej wielowiekowej historii, żyjące jakby w oderwaniu od reszty gnającej dokądś na złamanie karku cywilizacji. Gdzie rosną cedry wpisuje się w ten schemat – Mod spotyka przede wszystkim ludzi niemających zbyt wielu oczekiwań od świata, pogodzonych ze swoim losem. Taki jest też ich stosunek do górskiej, trudnej do ujarzmienia przyrody półwyspu. Kii to sam styk płyt tektonicznych, kraina boleśnie dotykana przez kataklizmy. Trzęsienia ziemi, osuwiska i tsunami nie są jednak w tej opowieści brzemieniem, ale integralnym elementem lokalnej tożsamości. „Niech przyjdzie i zmyje to wszystko”, mówi autorowi jedna z rozmówczyń, błyskając przy tym srebrnymi plombami. To właśnie w momentach, gdy Mod po prostu oddaje głos mijanym ludziom, jego pisanie broni się najskuteczniej. Zamiast siedzieć we własnej głowie, obciążonej kulturowym i psychologicznym bagażem, autor dialoguje wtedy z otoczeniem. Opisuje strome szlaki i przytulne gospody, zauważa ponadczasowość architektury (sintoistyczne chramy stoją na dwóch działkach, bo raz na jakiś czas obok starego buduje się nowy, który go zastąpi) czy choćby fakt, że kluczową informacją w tych stronach jest wysokość nad poziomem morza, bo to ona warunkuje przetrwanie podczas tsunami.

Do opowieści o poszukiwaniu harmonii w świecie nie przystaje za to język, po który raz na jakiś czas sięga Mod. Zwracając się do zmarłego przyjaciela, stylizuje się na nastolatka, a jego epitety i porównania bywają wulgarne i nietrafione. Gdy nazywa Kii „pulchnym, obwisłym penisem Japonii”, brzmi niczym Jeff Bezos, który gdzieś buduje zapewne już swoją rekordową bramę torii.