Z pasji do czytania poezji

Marek Olszewski

Książka Mateusza Wabika jest nie tylko zbiorem szkiców i recenzji, ale także swoistym dziennikiem lektur, pochwałą regularnego czytania i świadectwem niestygnącej ciekawości wobec najnowszej poezji polskiej.  Autor pomieścił w niej nie tylko pisane na bieżąco teksty o książkach najnowszych (choć zdecydowanie dominują one w strukturze całości), ale także te dotyczące publikacji wydanych dawniej, a które z jakiegoś powodu uznał za ważne, zachęcające do refleksji, dające wgląd w jego indywidualną wrażliwość czytelniczą. Znalazło się więc miejsce – i to już na samym początku zbioru – dla szkiców poświęconych nadwiślańskim klasykom: Tadeuszowi Różewiczowi, Czesławowi Miłoszowi i Zbigniewowi Herbertowi. Być może wybór tych nazwisk nie jest przypadkowy, skoro model poezji uprawiany przez wymienionych autorów w dużej mierze określa preferencje estetyczne Wabika i pozwala mu w sposób pośredni powiedzieć, jakie wiersze uznaje za udane. W szkicu poświęconym Regio Różewicza pisze więc krytyk, idąc po tropach wybitnego poety, że „ważny wiersz to ten bez barwy, odarty z uczucia, wychylający się po heideggerowsku ku śmierci”. Jest to tyleż powtórzenie za Różewiczem, co – mam takie wrażenie – autoidentyfikacyjne wyznanie, do którego można by wracać w dowolnych momentach lektury Kulą obok płotu, szukając uzasadnienia dla różnych, często bardzo surowych i wyrazistych osądów Wabika.

Autor z wykształcenia jest polonistą. Jego wybory czytelnicze obejmują propozycje liryczne rodzimych poetek i poetów. Czy istnieje tu jakiś klucz doboru nazwisk? Zdaje się, że najbliższa jest mu poezja egzystencji, pozostająca na uboczu środowiskowych mód i snobizmów, powstała z potrzeby artykulacji silnych wewnętrznych przeżyć i doświadczeń. Nie przekonują autora dykcje skoncentrowane czy wręcz zafiksowane na eksploracji języka, określaniu jego warunków i możliwości, o czym daje znać wprost chociażby w bardzo negatywnych relacjach z lektur późnych książek Krzysztofa Siwczyka (mam na myśli tekst o Jasnopisie) czy Marty Podgórnik (recenzja z Zawsze). Co ciekawe jednak, mniej oceniający bywa Wabik wobec poetów reprezentujących pokolenie starsze (np. Tadeusza Pióry, Andrzeja Sosnowskiego, Marcina Sendeckiego), którym również bliska jest poezja języka. Można odnieść wrażenie, że ich ustalona pozycja wpływa na większą otwartość czy wyrozumiałość krytyka, który stara się odszukać własny klucz do odczytania autorskich strategii lirycznych – w przypadku poezji Pióry na przykład Wabik dopatruje się wpływu tradycji kabaretów literackich.

A skoro napomknąłem o krytycyzmie autora tomu, zatrzymam się przy nim na chwilę. Przywołaną wcześniej Podgórnik nazywa „jedną z najbardziej przecenianych poetek w Polsce” i jest to tylko pierwszy z brzegu przykład dezynwoltury charakteryzującej jego pisanie. Innego dostarcza dość rażący dobór słowa na okładce książki, gdzie w podtytule autor postanawia nazwać swoje teksty „pierdołami”, pomniejszając w ten sposób ich wagę, być może asekurując się nieco albo też podkreślając niezobowiązujący styl uprawianej krytyki. Jak na autora piszącego na uboczu, z dala od mainstreamowych nazwisk, teoretycznoliterackich mód i krytycznych gotowców bywa jednak dość radykalny w swoich próbach przewartościowywania kształtującego się współcześnie kanonu nowej polskiej poezji i krytyki. Trudno wręcz uwolnić się od wrażenia, że pewne autorskie rozpoznania wypowiada Wabik ze sporą dozą resentymentu wobec środowiska, chcąc jednocześnie zasygnalizować własną odrębność i przenicować uświęcone literaturoznawcze dogmaty. Przynosi to niekiedy efekt groteskowy, jak choćby wtedy, gdy dostrzega w polu poetyckich nawiązań powroty do jakichś przemilczanych poetów przeszłości i wita je z nadmiernym entuzjazmem, uznając owe dialogi za symptomy znacznie szerszego trendu (np. w przypadku jednego z wierszy Grzegorza Bursztyńskiego ekscytuje się dedykacją dla Zbigniewa Jerzyny, a u Andrzeja Ballo z nie mniejszym zachwytem rozpoznaje ukłony w stronę autorów, takich jak Iredyński, Ratoń czy Bobkowski). Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że wspomniane powroty do literatury okresu PRL-u dają Wabikowi asumpt do kuriozalnych przewartościowań i skutkują takim choćby passusem: „No bo kto z młodych czytał Barańczaka, Miłosza? Oni byli im po nic, nie mówili im tego, co by chcieli usłyszeć, choć byli wybitni i czytało się ich wiersze i eseje z zapartym tchem. Ale byli jakimiś egzotycznymi egzemplarzami w podręcznikach do literatury, gdyż żyli w świecie, który młodzi poeci znają tylko z programów telewizyjnych i opowieści starszych kolegów i rodziców. Poza tym młodzi poeci poszukiwali w poezji innych poetów opisów doświadczeń, które były im bliskie, a co mógł znaleźć młody poeta w poezji wygłaszanej na amerykańskich uniwersytetach, nagradzanej Noblem czy popularnej w politycznym podziemiu lat 80-tych? Niewiele”. Tu jeszcze uwaga zupełnie na marginesie, którą jednak muszę poczynić: za absolutnie skandaliczną uważam faktycznie nieistniejącą korektę i redakcję książki Wabika, w której ilość błędów interpunkcyjnych i ortograficznych zatrważa (w samym cytacie przywołanym powyżej musiałem dokonać dwóch interwencji interpunkcyjnych i dwóch ortograficznych). Naprawdę trudno pojąć, że osoby z Instytutu Wydawniczego „Świadectwo”, odpowiedzialne za tak niechlujnie wykonaną (czy w ogóle?) redakcję i korektę, nie czują się zażenowane, występując w omawianej publikacji pod własnymi nazwiskami. Niski poziom wydania wydaje mi się przede wszystkim brakiem szacunku wobec samego autora. 

Swą odrębność manifestuje on także w dokonywanych wyborach lekturowych, pisząc najchętniej o autorkach i autorach pomijanych przez krytykę, nagrody poetyckie, festiwale literackie. Dominują tu wszak książki z małych oficyn, takich chociażby, jak noworudzkie Mamiko, krakowska Miniatura, sopocka Biblioteka „Toposu” czy szczeciński Zaułek Wydawniczy „Pomyłka”. Nie chciałbym zakończyć tej recenzji wrażeniem, że pisanie krytyczne autora – nierzadko bezkompromisowe w sądach – zrodzone zostało z poczucia niedocenienia czy przemilczenia (wszak Wabik ma na koncie kilka własnych tomików poetyckich, skądinąd niekomentowanych szeroko). Wolę docenić w krytyku prawdziwą czytelniczą pasję, która w mocno sprofesjonalizowanej percepcji poezji wyróżnia się zapałem i świeżością. Liryka nie musi i – co więcej – nie powinna prowadzić wyłącznie do dyskusji akademickich czy środowiskowych. Takie próby jak Kulą obok płotu są dowodem na to, że istnieje też inny czytelniczy obieg i to bardzo dobra wiadomość.