Wymowny przykład antropocenu

Z Martą Tomczok rozmawia Michał Trusewicz

Już na początku Blizn stwierdza pani: „rajskie niegdyś wsie i osady zmieniły się w czarne raje”. Odwiedzała pani wielokrotnie te „oskalpowane raje”. Jak to jest obcować z apokaliptyczną pustką zdewastowanych krajobrazów?

Często nie wiedziałam, że oskalpowane raje to przestrzenie, w których   mieszkali kiedyś ludzie. Widziałam zadrzewione pustkowia bez historii i jedyna myśl, jaka mi przychodziła do głowy, gdy je oglądałam, była taka, że nie przypominają typowych śląskich nieużytków, czyli zdewastowanych fabryk i wysypisk gruzu. Były to miejsca bez tabliczek i informacji, bezosobowe i opustoszałe. Jest takie czeskie określenie pustina” odnoszące się do serialu o odkrywce węgla brunatnego, które niesie w sobie zagadkę i pragnienie jej rozwiązania. Myślę, że odczuwałam przede wszystkim coś takiego, podróżując szlakiem pustkowi. Określenie oskalpowane raje zrodziło się później, na samym końcu pracy nad książką, pod wpływem reportażu Antoniny Leńkowej Oskalpowana ziemia, wydanego po raz pierwszy w 1961 roku. Leńkowa pokazywała, jak wyglądają początki katastrofy ekologicznej w PRL-u, a ja myślałam raczej o mieszkańcach terenów dotkniętych katastrofą i dopiero pod wpływem rozmów z bohaterami mojej książki uświadomiłam sobie, że dla nich wszystkich miejsca dzisiaj niewyobrażalnie zniszczone miały jedną i tę samą nazwę – „raje. Nie wszystkie oskalpowane raje wyglądają dzisiaj tak samo. Wiele z nich jest zrewitalizowanych. Chociażby Jezioro Tarnobrzeskie, które płynie tam, gdzie leżała kiedyś wieś Machów, to teren oddany rekreacji i ludziom. Albo Góra Kamieńsk pod Bełchatowem, zwałowisko, pod którym leży wieś Ruszczyn. Lub hałdy kopalni Szczygłowice, które zasypały Czerwone Osiedle. Wszystko są to miejsca, które nie tylko unicestwiły czyjąś historię, ale przede wszystkim nie mają własnej.

Zagaiłem właśnie o krajobraz, bo w Bliznach ma on wyjątkowy status. Nawiązując do wyróżnień Ingo Kowarika, niemieckiego badacza flory, zbiorowiska roślinne, które rozwijają się na terenach zdegradowanych, można określić mianem „czwartej przyrody”. Co więcej, krajobraz bywa kształtowany – na równi z siłami przyrody – przez kulturowe, społeczne, polityczne i ekonomiczne praktyki. Zarówno „czwarta przyroda”, jak i rozumienie krajobrazu w kategorii praktyki kulturowej pokazują, że poprzemysłowa natura stała się… nienaturalna.

Niezupełnie. Pojęcie natury już od dawna funkcjonuje trochę z boku dyskusji o miejscach poprzemysłowych właśnie dlatego, że sugeruje lepszość i gorszość krajobrazu, przez co wprowadza niepotrzebnie wartościujące podziały. Tymczasem gdy sobie uświadomimy, że hałda kopalni węgla kamiennego to w gruncie rzeczy krajobraz składający się z materiału równie starego jak sam węgiel, nie będziemy już tak chętni do tego, by oceniać, co jest, a co nie jest naturalne. Niektóre miejsca poprzemysłowe zasiewają się same, inne potrzebują pomocy człowieka, najciekawsze bywa jednak to, że wszędzie tam chyba tylko poza sztucznymi zbiornikami wodnymi utworzonymi w miejscu kopalń odkrywkowych panuje pewien chaos, który kojarzymy z naturalnością. Przyroda poprzemysłowa to nie klient, który właśnie wyszedł od fryzjera, ale ktoś, kto do niego prawie nie zagląda, mimo że ta ingerencja kiedyś tam nastąpiła i krajobraz wydaje się z grubsza uporządkowany. Dlatego tak trudno mi przyznać, że nie jest to przyroda nienaturalna”, szczególnie że wszędzie wokół rosną lasy zasadzone ręką człowieka, a nie prehistoryczne puszcze, więc naturalność zmieniła swoje znaczenie także i w tym zakresie.

Może też dlatego renaturyzacja krajobrazu jest tak dużym wyzwaniem? Mieszkańcy dzisiejszej Panamy i Kolumbii dawniej posługiwali się pojęciem Abya Yala, odnoszącym się do dojrzałej ziemi, ziemi życiodajnej krwi. „Indunaturom”, „kulturonaturom” chyba daleko do życiodajności, choć paradoksalnie dają życie jakimś formom życia, np. w refugiach.

Zwałowiska węgla brunatnego opanował rokitnik, hałdy pocynkowe są siedzibą ptaków, na Górze Kamieńsk, największym sztucznym wzniesieniu w centralnej Polsce, żyją sarny i jelenie, niektórzy zbierają tam grzyby. To bardzo konkretne, co więcej, dobrze nam znane istnienia, które nie przypominają obrazu Czarnobyla i skażonej, postapokaliptycznej przyrody. Oddzieliłabym je od przyrody krajobrazów przemysłowych, czyli tych, o których w dużej mierze piszę w Bliznach. To właśnie te miejsca, które zatruwał przemysł w latach 70. i 80., przypominają skażone krajobrazy. Spalona siarką ziemia, wyschnięte, martwe drzewa, gołoborza… Tak zresztą wygląda przyroda na zdjęciu okładkowym autorstwa Franco Zecchina, który przyjechał z wizytą na Górny Śląsk tuż po upadku komunizmu i wykonał serię dramatycznych zdjęć chorym na raka dzieciom i zdewastowanej przyrodzie. To właśnie są oskalpowane raje”, miasteczka, wsie czy osiedla, na których panował przez lata względny spokój, a które pod wpływem wielkich inwestycji zmieniły się we własne przeciwieństwo.

W wielu opisywanych w książce miejscach dominuje pustka – krajobraz naznaczony przemysłem zamienił się w przestrzeń symbolicznie pominiętą, w spustoszony, homogenny ekosystem. Czy tego rodzaju brownfieldy są wyrzutami sumienia antropocenu?

Część z nich od razu staje się miejscami rekultywacji zwłaszcza dużych kopalń odkrywkowych. Bez tego stanowiłyby zagrożenie dla rozwijającego się wokół życia. Inne, jak wspomniałam, zarastają same. Nie jest to jednak proces skryty, niejednokrotnie przestrzenie po zamkniętych zakładach przemysłowych przez lata stoją zaniedbane. Mimo wielkiego wysiłku świadków tego procesu, którymi w Polsce byli wybitni fotografowie tacy jak Wojciech Wilczyk, Arkadiusz Gola czy Marek Locher, trudno mówić, by te przestrzenie kogoś raziły w tak znacznym stopniu, by powodować natychmiastową chęć reakcji, na przykład ich uprzątnięcia czy zrewitalizowania. Jeśli są to wyrzuty sumienia, to zbyt wolno na nie reagujemy. W czasie swojej pierwszej podroży do powojennej Polski w latach 80. polsko-niemiecki pisarz Horst Bienek z przerażeniem przyglądał się zdewastowanemu przez przemysł Górnemu Śląskowi. Zapamiętał raj dzieciństwa, a zobaczył brutalne zniszczenie”. W odniesieniu do Śląska tamtych czasów pisało się nawet o trójkącie śmierci”.