Wszyscy ci samotni ludzie

Karolina Rychter

„Wreszcie znalazła kogoś, kto spędzi z nią czas, kto jej wysłucha albo pobędzie z nią w ciszy” – stwierdza jedna z bohaterek Łupin. Wspólne lepienie knedli z nieznajomą starszą kobietą i „milczenie, takie, jakie możliwe jest pomiędzy albo bardzo bliskimi sobie osobami, albo całkiem obcymi, które połączył cel”, kosztuje ją sto dziewięćdziesiąt dziewięć złotych za godzinę. W swoim znakomitym, debiutanckim zbiorze opowiadań Ewa Tondys-Kohmann opisuje świat, w którym wspólnie spędzony czas stał się usługą o określonej cenie. Każda z przedstawionych w Łupinach postaci jest nieszczęśliwa na swój własny sposób, łączy je jednak poczucie samotności. Aby jej zaradzić, korzystają z pozornie niewinnych, łatwo dostępnych, skomercjalizowanych form bliskości. Albo jej namiastek.  

Mają w czym wybierać, bo oferta jest niezwykle bogata. Dopasowana do różnego rodzaju smutków, strat, braków i rozczarowań. „Rodzina setki kilometrów stąd, a Ty nie masz czasu na odwiedziny? Może podzieliło was coś innego niż odległość, a Ty szukasz domowego ciepła? W ofercie »Nie ma jak u mamy« z pewnością znajdziesz coś dla siebie!” – w odpowiedzi na takie ogłoszenie Gratka z tytułowego opowiadania rozsiada się w peerelowskiej kuchni obcej kobiety. Wyobraża sobie, że wreszcie będzie mogła tam zostawić swoje mechanizmy obronne, poczuć ciepło, akceptację i spokój, których nie doświadczała nigdy podczas wizyt u matki. Czy jej się to udaje? Wspólne robienie knedli ze spoglądającą na nią przyjaźnie Teresą wyzwala w Gratce galopujący ciąg niekoniecznie kojących wspomnień związanych z jej własną rodziną, a my możemy się tylko zastanawiać, czy to źle, czy dobrze.  

Poczucie niezręczności, wymykające się spod kontroli emocje, trudny do przewidzenia wpływ, jaki wywierają tego typu usługi na korzystające z nich osoby, to motywy łączące sześć opowiadań z Łupin. W Pozycji kota Adam regularnie uczęszcza na sesje z przytulaczką o imieniu Pou. Jest ona profesjonalną terapeutką, która „czerpie zarówno z wiedzy psychologicznej, jak i z naturalnych zasobów fizycznych, jak: ciepłota ciała, rytm bicia serca, spojrzenie, uśmiech”. Choć Adam trzyma się ściśle określonych regulaminem zasad, z nie do końca zrozumiałych dla siebie powodów nie przyznaje się żonie do wizyt w Salonie Przytulania. Z kolei bohaterka Pacjentki zero po powrocie z Tokio, gdzie codzienne funkcjonowanie ułatwiały jej „filmy z towarzystwem do posiłku, streamy zastępujące domowników albo widoki z cudzych okien”, orientuje się, że nie jest już w stanie jeść w towarzystwie mlaszczących, siorbiących, miewających humory lub pretensje męża i dzieci.  

U Tondys-Kohmann bliskość próbują kupić zarówno osoby pozostające w relacjach, które „wrosły w nie i oplotły jak bluszcz”, jak i ci, którzy rzeczywiście żyją w osamotnieniu. Luksusowy dom spokojnej starości angażuje aktorów. Podobnie jak w przywoływanym przez autorkę w wywiadach filmie Spółka rodzinna Wernera Herzoga mają wywołać w pensjonariuszach wrażenie, że spędzają oni Wigilię wśród dzieci lub wnuków. Z kolei sfrustrowana perfekcjonistka uzależnia się od telefonów do Karola, które miały wychodzić „taniej niż terapia”. Początkowo opowiadanie mu o swoich skrywanych żalach przynosi jej ulgę. Później jednak ich rozmowy zmieniają dynamikę i tylko podsycają rozsadzający ją gniew.  

W Tuszce bezdzietna kobieta zatraca się w zajmowaniu się „czymś, co wygląda jak człowiek, ale nim nie jest”, czyli przypominającą niemowlaka lalką reborn. Gdy sprawy zaczynają przybierać groźny obrót, zadaje sobie pytanie: „Czy czułam się winna tej ciekawości, która kazała mi po raz pierwszy przytulić Tusię?”.  

Czy to, że bohaterowie Łupin korzystają z atrap bliskości, wynika z ich niedojrzałości, lenistwa, chęci zaspokojenia potrzeb na własnych zasadach? Czy wręcz przeciwnie – jest pewnego rodzaju uczciwością? A może w ogóle nie powinniśmy ich oceniać? Autorka umiejętnie unika moralizowania, nie ulega też pokusie wygłaszania tyrad na temat zaniku więzi międzyludzkich. Jej minimalistyczne, nakreślone oszczędną, lecz precyzyjną kreską opowiadania przypominają sześć małych zwierciadeł.

Usługi opisywane w Łupinach (lub bardzo do nich podobne) to wcale nie dystopijna wizja nieodległej przyszłości, lecz nasza teraźniejszość. Zarazem jednak przedstawione tam sytuacje możemy potraktować jako ostrzeżenia i znaki zapytania. Czy społeczna izolacja będzie się tylko pogłębiać? Czy jeszcze możemy temu zaradzić? Czy też za moment wynajmowanie przyjaciół i zapewnianie sobie tym samym miłego popołudnia stanie się czymś tak zwyczajnym jak wizyta u fryzjera? Zarówno u Tondys-Kohmann, jak i w filmie Herzoga, w którym mężczyzna zostaje zatrudniony do udawania ojca dwunastoletniej dziewczynki, nie jest to takie oczywiste. Usługobiorca i usługodawca rezonują ze sobą, wywołują w sobie uczucia i wspomnienia, przywiązują się. Ich relacje nie są do końca wyjałowione. Możemy się jednak zastanawiać, czy te emocjonalne zawiłości nie są po prostu powidokiem dawnych form kontaktów międzyludzkich – przyzwyczajeniami, których wciąż nie potrafimy do końca się wyzbyć. Knedle zrobione wspólnie przez Gratkę i Teresę nie są wprawdzie pozbawione treści, ale ich opis brzmi dość rozczarowująco: „Przy nakłuciu widelcem z knedlowej łupiny wycieka parujący śliwkowy sok, a ciasto opada jak dziurawy balon.