W ogonie awangardy
Adam Woźniak
Główny bohater (PP i pp). Przygód Pitera i Pępowinowego psa Tomasza Gromadki łączy w sobie wszystkie cechy klasycznego „piwniczaka”: „opalany fifką” przegryw miotający się między agresją a nieukojoną potrzebą bliskości; opuszczony przez ojca, uzależniony od matki i babki, w chwilach rzadkiego szczęścia masturbuje się, patrząc na zdjęcia kolan starszej kobiety.
„Frajer z prowincji frajerstwa” – pisze Gromadka, ale tak naprawdę od samego początku w bohaterze widzimy przede wszystkim pogubionego człowieka, którego samotność wzbiera, narasta, kulminuje… aż wreszcie sfrustrowany Piter postanawia wziąć sprawy w swoje… sutki. Na prawach jakiegoś odjechanego, queerowego karnawału przez jego ciało na świat przychodzi pies-przyjaciel połączony z chłopakiem pępowiną, której nie sposób odciąć.
Nie zdradzę chyba zbyt wiele, jeśli powiem, że ta figura zostanie z nami do końca. Wikłając się w kolejne dziwaczne przygody, Piter będzie uczył się regulować dystans tak, by nie zrastać się z innymi, nie dawać sobie wchodzić na głowę, a jednocześnie być blisko: nawiąże relacje z nadopiekuńczą Małgosią i przemocowym Franciszkiem, doświadczy orgii z robotem, pozbędzie się matki z przewodu pokarmowego, by wreszcie dowiedzieć się, jak to jest żyć w bezpiecznym stadzie.
Opowiadając o tym wszystkim, Gromadka korzysta z szerokiego wachlarza chwytów wypracowanych przez niemainstreamową prozę ostatnich lat. Przeplatanie chłopięcej czułości wulgarnością, olbrzymy i androidy wtrącające się w fabułę czy queerowo-beatowe ucieczki w toksyczne relacje przywodzą na myśl pierwsze dwie książki Mateusza Górniaka. Odmalowaną przy pomocy uwiędłej, psychoterapeutyzowanej frazy historię romansu młodego chłopaka i starszej kobiety znamy z Love songu Karoliny Krasny. Kreskówkowa logika ani poziom literackiego „odjazdu” nie zaskoczą pewnie tych, którzy choćby z rzadka sięgają po eksperymentalną prozę spod znaku Ha!artu. Jakby tego było mało, w (PP i pp…) znajdziemy ślady wszechobecnej dziś poetyki surrealizmu, która zgodnie z aktualną modą zostaje pociągnięta po wierzchu apokaliptyczną politurą. Że dużo? Cóż, mógłbym jeszcze trochę wymieniać, ale powyższe wystarczy chyba, by stwierdzić, że choć na poziomie formalnym debiut Gromadki bywa nieco dziwny, to z całą pewnością daleko mu do oryginalności.
Nic jednak straconego. Bo któż nie ostrzyłby sobie zębów na zapowiadaną w blurbie „wiwisekcję faceta” – nawet jeśli dokonywana jest cokolwiek przykurzonymi narzędziami? Problem w tym, że na kartach powieści podstawowym narzędziem „wiwisekcji” musiałby być język, a ten nie pozwala Gromadce dokonywać szczególnie głębokich cięć. Największym mankamentem (PP i pp…) jest przypadkowość fraz, które wydają się tu tyleż ryzykowne, ile nietrafione. Bo co to jest „empatia świecąca w kolorze wybaczenia”? „Autentyczność w wybrzuszaniu porażki”? „Osocze wpierdolu”? Co to znaczy, że „chłopiec nocy jest starszy o wieczność dnia”? Że jedyny sport uprawiany przez bohatera to „uderz się, chuju”? Że „skrzyżowanie to głębia miłości” albo że ktoś „czuje się niezwyciężony jak kępa trawy”? Podobnych fragmentów jest w tej książce zdecydowanie więcej – można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że stanowią one istotę idiomu prozatorskiego Gromadki. Przyznaję, że kontakt z tym idiomem był dla mnie od początku trudny i frustrujący. Do pewnego momentu całkiem serio zastanawiałem się więc, czy nie mam aby do czynienia z literaturą, która zwyczajnie wykracza poza moje możliwości intelektualne. Był to, zdaje się, moment, w którym leżąca na klatce kobieta została nazwana „ostentacyjną ekspresją nawleczoną na schody”.
Rozczarowujący jest też rytm tej prozy. „Poezja, zwłaszcza patetyczna, najlepiej oddaje kondycję bycia rozjebywanym” – wieszczy narrator w jednym z pierwszych akapitów. I pozostaje wierny nie tyle samej zasadzie, ile konstrukcji przytoczonego zdania. Na kartach (PP i pp…) patos z maniakalnym uporem przeplatany jest wulgaryzmami. Niemal po każdym „wyłonieniu się z dotyku” następuje wzmianka o „ruchaniu staruszek”; po „kocham cię” z twarzy bohatera musi „zjebać się słoneczko”, „przyszedłem strzec Cię i wspierać” kontrowane jest „szczaniem po krzakach”, nawet jeśli w danym kontekście nie ma to większego sensu. Mam wrażenie, że w pewnym momencie wszystko to zaczyna gonić w piętkę: autor pisze słabe, pretensjonalne zdanie, więc postanawia zrównoważyć je trywialnym wtrętem; wtedy jednak pojawia się potrzeba czegoś bardziej serio… i tak się kręcimy. Możliwe oczywiście, że ta poetyka ma ilustrować wewnętrzną dynamikę miękko-twardego bohatera. Nie zmienia to jednak zasadniczo sytuacji czytelnika obcującego ze schematycznymi, nieciekawymi lub wręcz bezsensownymi zdaniami, do których narrator nie jest w stanie się przekonująco zdystansować.
Niewiele lepiej jest na poziomie fabuły. Autor zdecydowanie obniża sobie poziom trudności, kreskówkowo rozluźniając reżim prawdopodobieństwa: pozwala bohaterom wjeżdżać autem do „wieżowca z wody” i latać na księżyc, ale czyni to tylko po to, by stworzyć scenerię dla rozmowy czy wydarzenia, które mogłoby się odbyć gdziekolwiek. Z perspektywy czytelnika jest to trochę rozczarowujące: przechodzimy przez trudy adaptacji do nowego świata, przywykamy do dziwacznej frazy, a potem… wszystko urywa się w losowym momencie. Swoją drogą, to ciekawe, że scenarzyści – powiedzmy – Ricka i Morty’ego są w stanie stworzyć półgodzinny, pełen dziwactw, lecz ostatecznie sensowny odcinek, a polska, niemainstreamowa proza tak mocno trzyma się tego krępującego „albo-albo”. Albo fabuła, albo eksperyment. Albo sens, albo przyjemność.
Na wszystko, o czym dotąd wspomniałem, dałoby się pewnie przymknąć oko, gdyby pod grubą warstwą formalnych hopsztosów w (PP i pp…) można było znaleźć jakieś świeże myśli, obserwacje, trafy językowe czy psychologiczne. Nic z tego. W początkowych partiach autor korzysta ze wzorców postrzegania toksycznej męskości wypracowanych przez prozę kobiecą (patrz: Siostro Jagi Sławińskiej), w końcowych osuwa się w rejony budzącej sympatię, ale jednak popowej, psychoedukacji. Wychodzi więc na to, że w swoim debiucie Gromadka pisze to, co wszyscy już wiedzą, w sposób, który wszyscy już znają.