Kwiat niesłychanej rzadkości
Mikołaj Rajkowski
Sztuką jest dobrze zacząć; dotyczy to zresztą nie tylko recenzji, lecz również powieści. Nie bez przyczyny częściej powstają listy pamiętnych zdań pierwszych niż ostatnich. Króciutką powieść Ronalda Firbanka Smutek w tropikach otwierają słowa: „niebotycznie znudzona”. Pisarze rzadko bywają tak otwarci w komunikowaniu swojego ulubionego tematu. U Firbanka nieustannie ktoś się nudzi, ziewa, wzdycha, omdlewa, miota się – na ogół bezskutecznie – od jednej rozrywki do drugiej. Czym ci ludzie są tak potwornie znużeni?
Panią Mouth nudzi życie na prowincji, w zamieszkanej przez czarną biedotę wiosce rybackiej na nienazwanej wysepce Antyli. Jej życiową ambicją jest szturm na salony Cuna-Cuna, eleganckiej stolicy kraju. Jej córkę Miami (której niebotyczne znudzenie ogłasza pierwsze zdanie książki) męczą zaś właśnie owe urojenia matki, jak również niska, w stosunku do potrzeb, intensywność relacji erotycznych. Względnie zadowolony z życia wydaje się jej ojciec, surowy pastor nazywany przez żonę pieszczotliwie „paradnym Czarnuchem” (notabene, z trudnych dziś do pojęcia powodów pod takim właśnie tytułem – Prancing Nigger – powieść ukazała się na rynku amerykańskim), jednak jego opór przed zmianami zostaje prędko przełamany. Mouthowie przenoszą się do olśniewającej metropolii, gdzie łut szczęścia lokuje ich w wymarzonej „willi z ustępem”. Rychło okazuje się jednak, że et in Cuna-Cuna ego – nuda czyha nawet wśród świateł wielkiego miasta. Światowość męczy niemiłosiernie stołecznych dandysów, a i początkowo oszołomieni blichtrem Mouthowie prędko odkryją, że wytworne rauty i drugie akty Wagnerowskich oper to również nie przelewki.
Nastrój ten jednak nie powinien udzielić się czytelnikowi – nie tylko dlatego, że nie pozwoli na to objętość książki. Co więcej, nie sposób też zapisać Firbanka do kanonu literackiej nudy z Turgieniewem, Obłomowem i egzystencjalistami na czele. Otwarte paszcze jego nieustannie ziewających postaci nie mówią nam nic szczególnego o kondycji ludzkiej, nie chodzi tu także o aktywistyczną krytykę tego czy innego stylu życia, ani nawet o wystudiowaną pozę zblazowanego światowca. Czy to możliwe, żeby nie chodziło w ogóle o nic?
Przeglądając omówienia pisarstwa Firbanka, na przykład wstępy i posłowia polskich wydań jego książek (nie ma ich, niestety, zbyt wiele – przekładany jest u nas rzadko, za to starannie), uderzająco często natrafimy na określenia „płytkie” i „powierzchowne”. Nie jest to jednak, a przynajmniej nie musi być to zarzut – w końcu tylko prawdziwą głębię stać na doskonałą powierzchowność – wypada co najwyżej zastanowić się, w jakim stopniu są to określenia trafne.
Można pokusić się o dociekanie głębi w intencji satyrycznej – ale jeśli Smutek w tropikach jest satyrą, to na co właściwie? Na snobizm i hermetyczność Socjety, na zapatrzoną w nią i naśladującą w parciany sposób underclass z jej niedostatkiem kapitału tyleż kulturowego, co finansowego? Miałby być opowieścią o snobizmie, aspiracjach, emancypacji, w dodatku w postkolonialnym sosie? Tyle że wystarczy wyobrazić sobie Smutek… obok Czerwonego i czarnego czy Wielkich nadziei – trudno o większą niedorzeczność. Jeśli ostrze Firbankowego pióra rzeczywiście kieruje się przeciw czemuś, to raczej przeciwko mędrkującym za wierszówkę gryzipiórkom – tak przynajmniej zdaje się uważać Andrzej Sosnowski, asekurując w ten sposób swoje posłowie przed podobnym zarzutem. Cóż więc pozostaje? Najprościej byłoby zapomnieć o bez mała stu latach krytyki kultury, które wydarzyły się w międzyczasie, całej socjologii literatury przyzwyczajonej pytać skorzej „kto kogo” niż „jak”, i przeczytać książkę dla przyjemności.
I jakaż to będzie przyjemność! Odświeżająca dezynwoltura Firbanka, jego cudownie nonsensowne pleonastyczne peryfrazy („córeczki Koryntu, zwane Cypryjkami”), opisy obfitujące w dekadenckie słowa-zaklęcia do granic nasycenia („w Pawim salonie Willi Alba jątrząca muzyka z baletu Isfahan wypełniała obszerne wnętrze przejmującym obłędem. Na wzniesionej estradzie chłopięcy zespół tancerzy z Sankor fruwał, wzniecając ze wszystkich stron szmer aplauzu”), wreszcie karkołomna składnia – wszystko to składa się na bukiet najzupełniej wyjątkowy. Przede wszystkim zaś nic nie jest u Firbanka skażone naturalnością, a już najmniej tam, gdzie w tok opowieści interweniuje na pozór sama Natura: straszne trzęsienie ziemi potrzebne jest bodaj jedynie jako pretekst dla opisu przepysznej procesji przebłagalnej, a atak rekina ludojada pozwala pozbyć się nadmiarowej postaci dalszoplanowej, z którą autor ewidentnie nie miał co zrobić. Nawet dialekt, którym posługują się Mouthowie, brzmi w istocie sztuczniej niż dystyngowana dykcja haute societe. Efekt jest przy tym jak najdalszy od wycyzelowanej błyskotki, nie przypomina zupełnie tych dziełek płytkiego estetyzmu, w których po odsunięciu pawich piór i japońskich parawanów wyziera prostacka fastryga.
„Kolor zszarzałego bzu, kwiat niesłychanej rzadkości” – tak opisana jest w książce orchidea odmiany… „Ronald Firbank”. Uwieczniona w licznych anegdotach olśniewająca osobowość Firbanka, namaszczonego przez mandarynów krytyki na patrona literatury kampowej, przesłania czasem kunszt i chytrość Firbanka-modernisty. Być może warto się o niego przy tej okazji upomnieć – nawet jeśli z pewnym zażenowaniem; wszak wszelkie wątpliwe ozdoby krytycznoliterackie stępiają nieuchronnie rozkoszny smak tej prozy. „Szkoda byłoby coś tutaj zakrywać”, jak powiedziała zadowolona Miami Mouth na widok swojego nieubranego ciała.