Utopia samopoznania
Zuzanna Sala
Czy rozwój technologiczny jest dla ludzkości tym, czym dla ryby więcierz? Najnowsza powieść Marty Kozłowskiej Czas pokaże stawia pytania o to, dlaczego tak chętnie i masowo dajemy się dziś złapać w najróżniejsze pułapki.
Swego czasu w dyskusjach o zabezpieczeniach socjalnych bardzo popularne wśród konserwatystów było powoływanie się na Eksperyment Calhouna, czyli tak zwaną „mysią utopię”. W skrócie: w okolicach połowy XX wieku amerykański etolog John B. Calhoun przeprowadził cykl eksperymentów na myszach i szczurach. W ramach doświadczeń badacz zapewniał gryzoniom idealne warunki: dostęp do pożywienia, opiekę weterynaryjną, izolację od zagrożeń zewnętrznych. Populacja jednak po etapie gwałtownego rozwoju zaczynała gnuśnieć. Samce przestawały wywiązywać się ze swoich ról, samice traciły instynkt macierzyński, wskaźnik przyrostu naturalnego stopniowo malał, aż stał się ujemny. Populacja umieszczona w utopii wymierała.
Pokusa przeniesienia wniosków z tego eksperymentu na ludzkość jest aż zbyt silna: tak nam we współczesnym świecie dobrze, że tracimy naturalne instynkty, skupiamy się wyłącznie na sobie, jesteśmy zajęci konsumpcją i nie chce nam się już rodzić dzieci. Oczywiście jest to myślowa pułapka: szczury to nie ludzie, warunki laboratoryjne nie odzwierciedlają naturalnych, a wątpliwości metodologiczne względem obserwacyjnych metod mogą jedynie pogłębiać nasz sceptycyzm. Pamiętanie o tych wszystkich „ale” nie zawsze się jednak udaje w debacie publicznej.
Tylko dlaczego piszę o pokusie przenoszenia wniosków z „mysiej utopii” na wysoko rozwinięte społeczeństwa w tekście poświęconym najnowszej książce Marty Kozłowskiej? Otóż na pierwszy rzut oka powieść Czas pokaże może się wydawać literacką ilustracją ruchu myślowego opartego na analogii między „mysią utopią” a współczesnym światem. Pójście za tą intuicją i odczytanie książki jako konserwatywnego głosu w sprawie upadku społeczeństw zachodnich byłoby jednak w moim przekonaniu ogromnym błędem.
Wróćmy jednak do początku. Czas pokaże to krótka książka fantastyczno-naukowa, opowiadająca o Stanach Zjednoczonych końca XXI wieku (lub później – nie jest to dokładnie określone). W świecie zarysowanym przez Kozłowską zmieniło się jednak niemal wszystko. Wynalezienie internetu miało tak diametralny wpływ na ludzkość, że w niespełna sto lat doprowadziło do gwałtownych zmian ewolucyjnych. Masowa ucieczka do rzeczywistości wirtualnej przybrała gigantyczne rozmiary, czego właściwym początkiem zdaje się pandemia COVID-19. To właśnie w 2020 roku Homo sapiens zaczęło składać się przez większość doby „z mózgu i palca”. Potem ten stan tylko uległ zaostrzeniu: z jednej strony nieużywane tkanki cielesne zaczęły się rozrastać, przez co ludzie stopniowo mutowali w ogromne „istoty prelogiczne” nazywane iluminatami; z drugiej zaś chroniczne bycie online prowadziło do opuszczania ciał bez możliwości odnalezienia drogi powrotnej, a tym samym do powstania niewidzialnych widm nazywanych „błędnymi świetlikami” lub „albinowskim plemieniem”. Społeczeństwa zaczęły upadać, niegdysiejsi Homo sapiens stracili zdolności reprodukcyjne i przez jakiś czas tylko niezależni naukowcy z „krajów Trzeciego Świata” zachowywali jako taki rezon i byli zainteresowani zrozumieniem całej sytuacji. Słowem: internetowa utopia, jak gdyby pisana na wzór tej mysiej. Ważne jest przy tym to, z czyjej perspektywy Kozłowska przedstawia nam całą sytuację. To niebagatelne pytanie, bo przy opisywaniu zmian obejmujących całą ludzkość trudno o zewnętrzny, syntetyzujący punkt widzenia. Pisarka znalazła jednak rozwiązanie tego problemu. Wykorzystała dwie tradycyjne strategie narracyjne naraz. Z jednej strony umieściła w powieści „badacza” – bohatera, którego wiedza o świecie przedstawionym jest zbliżona do wiedzy czytelnika (czyli pozostaje niewielka). Jest nim Karol Pytanko, bohater poprzedniej książki Kozłowskiej, który znalazł się w rzeczywistości Czas pokaże w wyniku bliżej niejasnego skoku w czasie (może śmierci klinicznej?) i nie rozumie oraz nie dowierza większości napotykanych zjawisk. Drugą ze strategii narracyjnych jest „elipsa” – pozostali bohaterowie, których punkt widzenia zostaje wykorzystany do przedstawienia zdarzeń w powieści, są w tym świecie doskonale zadomowieni, korzystają z pojęć i opisów z implikowanym (a zupełnie niejasnym dla odbiorcy) znaczeniem. Ta mieszanka strategii badacza i elipsy składa się na doskonałe, budujące napięcie i bardzo sprawne warsztatowo prowadzenie opowieści – i choć świadomość literacka Kozłowskiej nie powinna nas na etapie czwartej książki dziwić, to wciąż warto ją odnotować. Jak jednak udało się autorce wprowadzić narracyjną elipsę do opisu świata przedstawionego, w którym nie ma już świadomych, myślących ludzi? To proste – głównymi bohaterami uczyniła istoty, które od zawsze w łańcuchu pokarmowym były po Homo sapiens: strzygę, wampira i usynowionego przez tę parę wilkołaka.
Groteskowy charakter tej powieściowej ramy nie wziął się znikąd. Żartobliwe, zaskakujące science fiction to model zapożyczony przez Kozłowską od Kurta Vonneguta, a dokładniej – z Syren z Tytana, wczesnej powieści amerykańskiego pisarza, na którą autorka wskazuje w tekście bezpośrednio. W inspiracji Kozłowskiej nie chodzi jednak tylko o zachłyśnięcie się błyskotliwym stylem Vonneguta. Pierwszy rozdział Syren z Tytana wskazuje bowiem na te problemy, które stanowią centralny przedmiot rozważań autorki Czas pokaże. Narrator powieści Vonneguta wypowiada tam znamienne słowa: „Nareszcie zewnętrzność utraciła swe wyimaginowane powaby. Jedynym terenem do poszukiwań pozostała wewnętrzność”.
Właśnie to napięcie między ciekawością świata zewnętrznego a eksplorowaniem własnego „ja” jest głównym tematem najnowszej książki Kozłowskiej. Postapokaliptyczna rzeczywistość zarysowana w Czas pokaże składa się na wizję ludzkości, która straciła zainteresowanie wszystkim, co ponadjednostkowe. Internet jest tam przedstawiony jako źródło problemu, ale tylko dlatego, że stanowi narzędzie intensyfikacji zbiorowego solipsyzmu. Przedmiotem literackiej krytyki nie jest więc żadna wyimaginowana dystopia, która miałaby w przyszłości wyniknąć z utopistycznych dążeń do polepszania warunków bytowych. Kozłowska pisze pastisz na współczesne dyskursy, w których jednostkowe doświadczenie jest przeceniane, a skupienie na własnym dobrostanie stanowi skuteczną wymówkę wobec dyskomfortowego mierzenia się z niezależną od nas rzeczywistością.
Autorka jest przy tym niezwykle spostrzegawcza i czujna. W wewnątrzpowieściowej kronice XXI wieku rok 2040 stanowi kamień milowy w odejściu od naukowego myślenia o świecie. Opisane tam mechanizmy stanowią oczywiście tylko groteskowe wyobrażenie o eskalacji aktualnego stanu, obejmującego wpuszczenie teorii spiskowych do politycznego mainstreamu, a więc odejście od naukowych standardów. Kozłowska słusznie jednak wiąże te przemiany z prymatem wielogłosowego „wyrażania siebie”: „Kampania antynaukowa nabrała rozpędu i wybiła na ulice. »Precz z tyranią, precz ze zniewoleniem umysłu« – krzyczało z transparentów. […] Nie wiedzieć kiedy do pikiet przyłączyli się obrońcy pluralizmu, wolności przekonań i swobodnego wyrażania siebie, m.in. zwolennicy teorii paleoastronautów. »Chcemy myśleć po swojemu«. »Moja głowa, moja sprawa!«”.
Autorka wyciąga na światło dzienne logiczne konsekwencje prawdziwego światopoglądowego liberalizmu. Jeśli powiedziało się A (nie ma prawdy, są tylko narracje, wszystko zależy od perspektywy podmiotowej), to trzeba powiedzieć B (jedną z równoprawnych narracji na temat historii jest na przykład paleoastronautyka). Groteska służy tu – jak u Vonneguta – do pokazania realnej, współczesnej groteskowości świata.
To, co mogłoby się wydawać „internetową utopią”, jest więc w istocie „utopią samopoznania”. Kozłowska umieszcza główną bohaterkę swojej książki – ludzkość – w laboratoryjnych warunkach. Poszczególni członkowie populacji mogą z powodzeniem zajmować się tylko sobą, poznawać własne „ja”, hedonistycznie podążać za pragnieniem eksplorowania wnętrza. Autorka przekonuje nas jednak, że taka solipsystyczna postawa prowadzi do załamania się zewnętrza – społecznej struktury, która oświeconym jednostkom wydawać się może coraz mniej prawdziwa. I w którą ludzie skupieni tak bardzo na własnym wnętrzu mogą nawet nie wierzyć.