Strefa ciszy

Aleksandra Kumala

Rok po tym, jak światem wstrząsnęła historia nieznanej nikomu wcześniej Gisele Pelicot, we Francji ukazała się Familia grande. W momencie publikacji tej krótkiej, autofikcyjnej prozy akademiczce i prawniczce Camille Kouchner daleko było do anonimowości. Wywodziła się z kręgów intelektualnych elit znad Sekwany: jej matka, Évelyne Pisier, dała się poznać jako ceniona politolożka i feministka; ojciec, Bernard Kouchner, jako lekarz, polityk, minister i doradca prezydencki, założyciel organizacji Lekarze bez Granic; ciotka, Marie- -France Pisier, jako czołowa aktorka Nowej Fali; wreszcie – ojczym, Olivier Duhamel, jako wywodzący się z elit profesor Sorbony oraz Instytutu Nauk Politycznych, politolog, polityk, europarlamentarzysta.

Pojawienie się tego ostatniego w życiu Kouchner poprzedzają burzliwe zmiany w krajobrazie dzieciństwa autorki i jej dwóch braci: rozwód rodziców, wyprowadzka ojca i jego zamieszkanie z nową partnerką, pogorszenie się ich kontaktu. „Niczego nam nie wyjaśniono, ale wszystko musimy zrozumieć”, stwierdza autorka, tyleż lapidarnie, co wymownie podsumowując realizowany przez otaczających ją dorosłych model (braku) komunikacji z dziećmi. „Nie masz prawa płakać, teraz jestem znacznie szczęśliwsza”, słyszy od matki. Ojciec poleca jej z kolei, by po nagłej, samobójczej śmierci ukochanej babci jedenastolatka „[n]ie wyolbrzymiała własnego cierpienia”.

„Jestem prymuską, by zadowolić matkę, i tyję. Bardzo rzadko płaczę, milczę. Tracę matkę, każdego dnia bardziej. Każdego dnia oddala się ode mnie ojciec. Każdego dnia myślę o babci”, relacjonuje Kouchner, poprzez pozbawioną ozdobników, prowadzoną w czasie teraźniejszym narrację, precyzyjnie oddając swój ówczesny stan ducha, niewspółmierne do wieku osamotnienie i obciążenie psychiczne. „Uczę się milczeć”, stwierdza, antycypując jeden z motywów przewodnich Familii grande.

Za drugi uznać by można wolnościowe ideały i ich granice. Otaczający Kouchner dorośli – na czele z matką – o miłość, uwagę i uznanie której córka zabiega niemal przez całe życie – reprezentują barwne pokolenie maja 1968; jawią się jako ludzie światli, wyzwoleni i dysfunkcyjni zarazem. Ochoczo namawiają dzieci do nieskrępowanej nagości czy wczesnej inicjacji seksualnej, ale jak ognia unikają szczerych rozmów o emocjach czy śmierci. Może dlatego Duhamel z taką łatwością zaskarbia sobie sympatię wszystkich wokół, z najmłodszymi włącznie: wszak organizuje wakacyjne wyjazdy i wyjścia do kina, przekazuje prawniczą wiedzę, podtrzymuje na duchu, wspiera. Jest czuły, uważny, obecny. A jednocześnie krytykuje wygląd Camille, odradza noszenie bielizny, fotografuje pośladki. I molestuje jej brata bliźniaka, w książce nazywanego „Victorem”.

„Miałam czternaście lat i pozwoliłam na to”, wyznaje autorka w jednym z najbardziej przejmujących passusów. „Niosę to samo poczucie winy, które niesie mój brat. Wiedziałam, ale nie chciałam tego powstrzymać. […] Spojrzenie ojczyma, jego czułość, fakt, że traktowałam go jak ojca – wszystko to czyni ze mnie wspólniczkę. Zgodziłam się na to, a może nawet tego chciałam. Utknęłam w tym. I z myśli tej natychmiast rodzą się wyrzuty, że okradłam brata z przemocy, której tylko on był ofiarą”, kontynuuje, oddając istotę i ciężar swoich zmagań z rodzinną tajemnicą, ale także ujawniając paradoksalność i perfidię układu, w którym dorastała i przez dekady funkcjonowała.

To właśnie Kouchner, już jako dorosła kobieta, matka i partnerka, decyduje się podważyć status quo i zainicjować wystąpienie przeciwko patriarchalnej władzy, a następnie publicznie opowiedzieć o nadużyciach ojczyma oraz sprzyjających im okolicznościach. Dowiedziawszy się o wszystkim, Évelyne staje po stronie oprawcy, zarzucając dzieciom zawistne pobudki i zrywając z nimi kontakt; najbliższe otoczenie Duhamela – nierzadko zawdzięczające mu swoje intratne posady i pozycję społeczną – również woli pozostać obojętne. On sam, w trosce o dobre imię instytucji, z którymi jest związany, rezygnuje z pełnienia funkcji publicznych. Podczas prowadzonego przeciwko niemu śledztwa przyznaje się do zarzutów, ale ze względu na przedawnienie sprawy unika odsiadki.

W jednym z wywiadów towarzyszących polskiej premierze książki – przełożonej przez Magdalenę Kamińską-Maurugeon – Kouchner przywołuje głośne badanie z roku 2020, według którego jedna na dziesięć osób padła we Francji ofiarą przemocy seksualnej. Jak słusznie zauważa, dysponując tego rodzaju danymi, trudno uznać to doświadczenie za „elitarne”. Równie trudno czytać Familię grande jako akt oskarżenia wymierzony wyłącznie w pokolenie rewolucji obyczajowo-seksualnej lat 60. XX wieku. Autorka oskarża nie tylko konkretne osoby – z ojczymem na czele – ale także system relacji międzyludzkich (rodzinnych, przyjacielskich, szkolnych, środowiskowych), ślepy na wrażliwość i krzywdę najmłodszych.

Skoro już mowa o wymiarze klasowym: będąc białą, świetnie wykształconą i dobrze usytuowaną kobietą, Kouchner występuje z niewątpliwie uprzywilejowanej pozycji. Wykorzystuje ją jednak w słusznym celu: by ośmielić inne ofiary i umożliwić im dochodzenie sprawiedliwości. Biorąc pod uwagę skandal, jaki publikacja wywołała we Francji, oraz jego wymierne efekty (zaostrzenie obowiązujących dotychczas przepisów prawa), ów pozaliteracki cel można chyba uznać za osiągnięty. Zwłaszcza, że niespełna dwustustronicowa książka dała początek ruchowi #MeTooInceste, w ramach którego setki tysięcy osób dzieliło się w mediach społecznościowych historiami własnych traum i seksualnych nadużyć ze strony najbliższych. 

Jeśli nawet opowieść Kouchner w punkcie wyjścia była opowieścią o francuskich elitach – głęboko zanurzoną w tamtejszym kontekście kulturowym, społecznym i politycznym, przez co na pierwszy rzut oka nieco hermetyczną – nie przestała nią być dopiero w momencie, gdy doprowadziła do ujawnienia „egalitarnego” oblicza przemocy seksualnej nad Sekwaną. Klasowo-narodową ramę Familia Grande rozsadza bowiem wielokrotnie: we fragmentach poświęconych niesłabnącej, bezwarunkowej miłości córki do matki; w tych ilustrujących dziecięcą bezradność i bezbronność wobec obojętności dorosłych lub odtwarzających różne etapy kontaktów z braćmi, przyrodnim rodzeństwem, ojcem czy partnerem. To właśnie dzięki umiejętności uchwycenia niezwykle złożonej, niezależnej od przepływów kapitału dynamiki relacji międzyludzkich autobiograficzna proza Kouchner zyskuje wymiar uniwersalnej opowieści: o systemowym milczeniu, ale też dojrzewaniu do jego brawurowego przełamania.