Straszny śmiech

Maciej Łubieński

Dawno, dawno temu na przystanku skracałem sobie czas oczekiwania na autobus lekturą Jesieni średniowiecza Johanna Huizingi. Była to też jesień komuny, sapiąca ciężko pod ciężarem kryzysu. Więc i autobus nie spieszył się, żeby przyjechać o czasie. I czytałem tego Huizingę w zachwycie, ale też w smutku, że zaraz wszystko zapomnę, a tam przecież co zdanie, to perła. Oczywiście nie zapamiętałem nic, poza jedną rzeczą, która mną wtedy wstrząsnęła. Huzinga przytacza relację francuskiego kronikarza, który o publicznej egzekucji jakichś łotrów pisze: „powstał śmiech wielki, byli to bowiem ludzie niskiego stanu”. W pierwszej chwili pomyślałem, że śmiano się z niskiego stanu skazańców, potem zrozumiałem, że kronikarz gani niskie instynkty zgromadzonego pospólstwa.

Uświadomiłem sobie wtedy, że śmiech to zjawisko, które ma swoją ciemną stronę. I że niekoniecznie wypływa z jasnego źródła, ale że powstaje w mrocznych obszarach duszy. Nie było to wielkie odkrycie, ale, na boga, miałem 17 lat, skąd niby miałem znać teorie humoru, a zwłaszcza teorię wyższości. Jej klasyczny wykład zawdzięczamy Hobbesowi. Pisze on, że śmiech „powstaje przez spostrzeżenie jakiejś deformacji u innego człowieka, której porównanie z własną osobą daje mu nagle poczucie wyższości”. Jest to dla Hobbesa oczywiście cecha natur prymitywnych, „bo rzeczą wielkiej duszy jest pomagać innym i bronić ich przez wzgardą”. Ciekawe, że sam od wzgardy nie jest wolny. Na ostatnich stronach Lewiatana zauważa, że Kościół katolicki „można zupełnie trafnie porównać do królestwa złych wróżek, to znaczy do bajek, jakie opowiadają w Anglii stare kobiety”. Trudno mi wyobrazić sobie, że pisał te słowa bez szyderczego uśmieszku.

Hobbes bazuje na starej intelektualnej tradycji nieufności wobec śmiechu. Jej skrajnym wcieleniem jest Jorge, skrzyżowanie Torquemady z Kubą Rozpruwaczem, straszny starzec z Imienia Róży Umberto Eco. Morduje tych, którzy chcą czytać księgę Arystotelesa o komedii. Źródła tej tradycji nie są tylko chrześcijańskie, ale można powiedzieć klasowe. O tym, że śmiech jest prostacki, wiedzą ceniący samokontrolę intelektualiści z rzymskich elit. Ta klasowa niechęć do śmiechu stoi przecież za uwagą cytowanego kronikarza o „niskim stanie” śmiejących się osób.

Chrześcijaństwo jednak chyba najmocniej podkreśla związki śmiechu z metafizycznym złem. Jan Chryzostom pisze na przykład, że śmiech pochodzi od szatana. Powiązanie śmiechu ze złem trzyma się mocno, ale wcale nie dzięki kaznodziejom. Wystarczy rzut oka na popkulturę, by się przekonać, że czarne charaktery lubią się pośmiać i sypią dowcipami, zaś ci pozytywni to pozbawieni poczucia humoru nudziarze. Porównajmy choćby kreskówkowych Wilka z Zającem, Szkieletora z He-Manem czy Jokera z Batmanem.

Porzucając teorie i wracając do historii: niestety nie brak źródeł, które potwierdzają, że śmiech nie jest domeną natur jasnych. Filon z Aleksandrii, opisując pogrom Żydów w jego rodzinnym mieście w 38 roku n. e., odnotowuje, że plądrujący żydowskie mienie motłoch „wyśmiewa” swoje ofiary. O tym, że śmiech z ofiar to fakt, a nie literacki topos, który podają sobie czytające się nawzajem epoki, świadczą choćby zdjęcia robione przez rozbawionych morderców z Einsatzgruppen.

Straszny śmiech napotykamy w dokumentach stalinowskiej Rosji. Kiedy trwa terror związany z kolektywizacją wsi, Ordżonkidze wywołuje śmiechy, pytając złowrogo i retorycznie: „Skoro kułacy nie chcą się rozwijać w stronę kolektywizacji wsi, cóż można z nimi zrobić”. Kiedy rozpętuje się kampania przeciw Bucharinowi, Woroszyłow wywołuje wesoły rechot sali, mówiąc do jednego z oskarżonych, że dobrze go zna, więc żeby ten nie udawał bystrego. Wreszcie podczas składania wyjaśnień sam Bucharin, kiedy sala przerywa mu wypowiedzi, woła dramatycznie: „Z czego się śmiejecie? Nie ma w tym nic śmiesznego!”. Śmiech nie jest bronią słabych, tylko kolejnym narzędziem w arsenale terroru władzy.

Stalin, jak wiadomo, lubił żartować. Sala wiedziała, że śmiech to jest to, czego oczekuje od niej Generalissimus. Hitler zaś ma opinię surowego ponuraka. Albert Speer wspomina jednak, że fürer „lubił się śmiać, ale w gruncie rzeczy zawsze kosztem innych”. Nadwornym błaznem był Goebbels, który obmyślał szydercze pranki ku uciesze Hitlera i rozmaitych dygnitarzy nazistowskich. Na przykład, wręczając nominację jednemu z urzędników, polecił wygłosić w tej sprawie przemówienie radiowe... do niepodłączonego mikrofonu. Inny żart: jego ofiarą jest człowiek, który krytykuje ducha bojowego wśród Niemców walczących w wojnie domowej w Hiszpanii. Zostaje wsadzony do samolotu, gdzie dowiaduje się, że leci do Hiszpanii, zostanie zrzucony na terenach zajętych przez siły komunistyczne i będzie działał jako agent Franco. Samolot krąży nad Lipskiem, a nieszczęśnik karmiony jest informacjami o niebezpieczeństwach. Hitler skręca się ze śmiechu, słuchając tej historii. Nie jest to czarny śmiech jak ten dobiegający z radzieckich stenogramów. Śmiech nie jest tu narzędziem terroru. Ale to śmiech, po którym chce się powiedzieć: nic śmiesznego.