Starożytna równowaga sił
Piotr Bejrowski
Jest rok 117 naszej ery. U szczytu potęgi Trajana cały cywilizowany świat zdaje się należeć do Rzymu. Cały? Niezupełnie. Mocarstwa nie zawsze walczą do całkowitego zwycięstwa – częściej współistnieją, balansując na granicy pokoju i otwartego konfliktu. Tak właśnie przez ponad siedemset lat wyglądała rywalizacja orła z lwem: Imperium Romanum i nieco dziś zapomnianego imperium partyjsko-perskiego.
Książka Adriana Goldsworthy’ego, autora dobrze znanego miłośnikom starożytności, stanowi ambitną i zarazem nowatorską próbę całościowego ujęcia „wojny nie do wygrania”, toczonej między Rzymem a Partami oraz ich historycznymi spadkobiercami – Sasanidami. Żadna ze stron nigdy nie osiągnęła trwałej przewagi, która mogłaby realnie osłabić przeciwnika, nie mówiąc już o jego podboju. Jednocześnie nie była to walka na śmierć i życie. Jak przekonuje brytyjski badacz, rzymscy przywódcy nigdy nie dążyli do całkowitego opanowania Wschodu – nie poszli śladem Aleksandra Wielkiego ani nie wykazali zdobywczej determinacji znanej z wojen punickich.
Zdaniem autora pytanie, dlaczego nie powiodło się Cezarowi, Krassusowi czy ich następcom, jest z gruntu nietrafne, ponieważ „obie strony należy traktować jednakowo, jak równe sobie”. Goldsworthy odrzuca eurocentryczne ujęcie i prostą opowieść o triumfalnym pochodzie legionów, podkreślając, że „chwała i hańba stawały się udziałem obu stron”. Takie podejście wymaga jednak szczególnej ostrożności metodologicznej. Trzeba przyznać, że historyk potrafi ją zachować, sprawnie nawigując między wyzwaniami, jakie niosły ze sobą długotrwałość konfliktu, jego kulturowa asymetria, skąpa dokumentacja perska oraz dominująca narracja rzymska.
Przez stulecia między mocarstwami panowały swoista dwubiegunowość i równowaga sił. Rywalizacja „długowiecznych imperiów” była jednak wyczerpująca, prowadziła stopniowo do erozji ich potęgi. Kulminacją tego procesu stała się wojna bizantyńsko-sasanidzka z pierwszych lat VII wieku, najintensywniejsza w całym ciągu starć. W jej następstwie podbój arabski, dokonany w ciągu zaledwie kilku dekad, doprowadził do upadku Persji oraz trwałej marginalizacji Cesarstwa na Bliskim Wschodzie. Ostatecznie „wojna nie do wygrania” zakończyła się powstaniem trzeciego imperium.
Nie była to klasyczna „konfrontacja cywilizacji”, lecz raczej ograniczony, kontrolowany konflikt między równorzędnymi podmiotami prowadzony w ramach zarządzania strefami wpływów. Kluczowa była kontrola nad Mezopotamią i Armenią, którą Tacyt określał mianem kraju „położonego między dwoma wielkimi imperiami”. Praca Goldsworthy’ego skłania do refleksji nad uniwersalnym doświadczeniem wojny, nienależącym wyłącznie do przeszłości i stanowiącym nieustające wyzwanie dla kolejnych pokoleń. W tym sensie współczesna sytuacja Ukrainy pod wieloma względami przypomina losy Armenii sprzed blisko dwóch tysięcy lat.
Obie potęgi były przekonane o własnej wyższości i patrzyły na siebie nawzajem z pogardą, co także można uznać za ponadczasowe prawidło rządzące relacjami między mocarstwami. Co zaskakujące, mimo dominacji grecko-rzymskiej perspektywy nie jest znana żadna dłuższa relacja na temat zwycięskich bitew rzymskich legionów. Z kolei państwa irańskie wielokrotnie podważały mit rzymskiej niezwyciężoności oraz cywilizacyjnej supremacji. Jednym z najmocniejszych fragmentów książki jest rekonstrukcja bitwy pod Karrami (53 rok p.n.e.), w której mobilni partyjscy łucznicy zdominowali przeciwnika, a konsul Marek Krassus zginął w dramatycznych okolicznościach. Trzysta lat później Sasanidzi najpierw złupili bogatą Antiochię, a następnie rozbili armię cesarza Waleriana, który ostatnie dni życia spędził w niewoli. Wreszcie na początku VII stulecia wojska Chosreosa II co najmniej trzykrotnie atakowały Konstantynopol. Persja dysponowała rozległymi systemami irygacyjnymi, rozwiniętym rolnictwem i bardziej dojrzałymi strukturami państwowymi niż większość rzymskich prowincji.
Nie można więc mówić o cywilizacyjnej przewadze jednej strony, choć istniała wyraźna kulturowa asymetria – odmienność postrzegania i interpretacji rzeczywistości prowadziły do błędnego odczytywania intencji przeciwnika i eskalacji napięć. Już pierwszy odnotowany kontakt dyplomatyczny między Republiką Rzymską a Partami w Kapadocji (początek I w. p.n.e.) pokazuje, jak łatwo kulturowe niezrozumienia prowadziły do konfliktów. Zgodnie z relacją Plutarcha doszło wówczas do sporu dotyczącego aranżacji siedzeń dla cudzoziemców, a po powrocie poseł Orobazos miał zostać stracony z rozkazu partyjskiego władcy. Goldsworthy sugeruje, że przekaz ten może być nieprawdziwy i powstał w celu uwypuklenia rzekomego „despotyzmu typowego dla wschodnich monarchów”. Przykład ten uświadamia, że rzymskie źródła, choć bogate, były przede wszystkim narzędziem polityki, a nie neutralnym zapisem przeszłości.
Orzeł i lew nie jest może najlepszą pozycją w dorobku brytyjskiego badacza, ale dobrze wpisuje się w serię popularnonaukowych tytułów Domu Wydawniczego Rebis poświęconych starożytnym cywilizacjom. Książki te cechują się przystępną narracją, oryginalnym podejściem do tematu, nowatorskimi tezami i wysoką wartością merytoryczną. Tym razem miejscami przeszkadzać może jednak zbyt szeroka perspektywa czasowa, a także brak koncentracji na jednym imperium, co prowadzi do powtórzeń i konieczności ciągłego tłumaczenia tła wydarzeń.
Mimo tych mankamentów prace Goldsworthy’ego pozostają lekturą wartościową. Autor zapewnia rzetelność, intelektualną wartość dodaną oraz odpowiedni dystans do źródeł, a jego monografia to nie tylko historia wojen i siedmiu wieków współistnienia, lecz także refleksja nad naturą imperialnej rywalizacji i skutkami kulturowego niezrozumienia. Choć w relacjach rzymsko-perskich częściej panował pokój niż wojna, narracja koncentruje się na historii militarnej. Legenda głosi, że Trajan zapłakał na widok statku wyruszającego na Wschód – był już za stary, by podążyć śladami Aleksandra. Nigdy nie dowiemy się, czy mógł naprawdę podważyć ówczesną równowagę sił i definitywnie zwyciężyć w tej „wojnie nie do wygrania”.