Jak opanować tsunami?
Andrzej Juchniewicz
W Kubku na tsunami Justyny Bargielskiej humor przeplata się z rozpaczą, anegdota sąsiaduje z frazami wyrażającymi tęsknotę, która rezonuje z siłą wielu pokoleń poetów wspominających zmarłych i wierzących w możliwość kontaktu z utraconymi bliskimi. Poetka nie poddaje się obezwładniającej sile smutku; potrafi przekuć ją w źródło inspiracji do kolejnych wierszy-scen z życia pozostawiającego wiele do życzenia.
Bargielska żongluje elementami, które pojawiają się w klasycznych bajkach (stałe nakierowanie na adresata, triumf postaci nieskazitelnej moralnie, kara wymierzana w brutalny sposób), jednak podsuwa czytelnikom dość makabryczne zakończenie rodem z okrutnej bajki pozbawionej wykładni moralnej. Jej bajka wymyka się schematom i wychyla w stronę komentarza na temat przesytu i nadmiaru obowiązków, potrzeb, przemocy w świecie szybkich doznań przewijanych jak na znanym portalu randkowym. Choć życie bywa stosem, także stosem martwych ciał, poetka poszukuje czegoś, co mogłoby zrównoważyć szalę nieszczęść i rzeczy oczekujących na wykonanie. W swoich tekstach przechwytuje figurę autorytetu przemawiającego ex cathedra, unieważniając ją i lokując się po stronie tych, których dopada acedia, zwątpienie, gorsze samopoczucie.
Kubek na tsunami to zaproszenie do intymnego świata poetki, a zarazem wyzwanie rzucone czytelnikom. Wkroczenie do niego wiąże się z konfrontacją z problemami skutkującymi dość pesymistycznymi konstatacjami: „Życie nie poczeka, choć możesz wysiąść na żądanie” (Jeże na zamówienie) oraz dokładną inwentaryzacją smutków, trosk i chwilowych zapaści. Życie bywa znośne, pod warunkiem że udaje nam się rozbijać powagę rzeczywistości. Czy marzenie o biotransferencji w jelenia lub słońce nie brzmi jak narracja zaczerpnięta z filmu science fiction? Być może, ale pozwala zmienić perspektywę oglądu i ulokować się w centrum wszechświata bez popadnięcia w egocentryzm (słońce pozostaje przecież centrum układu słonecznego).
Co radzi ta, która „chce żyć, tylko nie tu i nie teraz”? Być może najlepszą odpowiedź podsuwa wiersz Na żółto i na niebiesko. Rozwija się on niczym klasyczna anegdota, która wzmaga zainteresowanie słuchacza i dąży do suspensu. Bargielska w najnowszym tomie okazuje się mistrzynią przechwytywania narracji quasianegdotycznych. Pozwalają one wypowiadać ważkie kwestie bez popadania w patos. Spotkany przypadkowo kierowca podsuwa monologistce dobrą radę, zbyt dobrą, by ją parafrazować: „Nie mów o tym »gówno«, mów »nawóz«, z szacunkiem mów do życia i do samej siebie”. Gdy wszystko wymyka się spod kontroli, warto cieszyć się z drobnych rzeczy, małych zwycięstw, doceniać to, co umyka w poszukiwaniu niezawodnych recept na szczęście. Rzadko pojawia się ono w czystej postaci jako coś na tyle upragnionego, że dalsze poszukiwania przestają być potrzebne. Bargielska sugeruje, że małe olśnienia zdarzają się w najmniej spodziewanych miejscach. Codzienne raporty z ponoszonych porażek dają nadzieję, której fundamentem jest fantazjowanie. W momentach zapaści tylko ona staje się kołem ratunkowym, czymś, co wprowadza pożądany ferment i pozwala sądzić, że nigdy nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać.
W Kubku na tsunami Justyna Bargielska podsuwa rady, sprawdza zasadność pewnych formuł, zdaje raport z przeżywanej żałoby, w końcu: „pracuje z tęsknotą bez adresu”. To chyba jeden z najlepszych tomów pożegnalnych, jakie ostatnio powstały, przy czym poetyka wierszy Bargielskiej przypomina wiadomości tekstowe wysyłane do przyjaciół. Koncept ten potęguje nieustanne zagadywanie adresatki, która może, choć nie musi być zmarłą matką. Poetka jeden raz odstępuje od formy konwersacyjnej na rzecz bardziej zdyscyplinowanej formy, gdy sięga po tren jako gatunek mający długą tradycję w polskiej i europejskiej poezji. Liryczna forma z wyraźnymi klauzulami rymowymi pozwala zamknąć smutek w pewnych ramach i nadać mu uniwersalny wymiar. Jednym z ważniejszym napomnień jest to, że „dzisiaj tuż za tobą ustawiam się w rzędzie”. Córka ma świadomość nieuchronnej śmierci, dlatego funkcją trenu jest nie tylko opłakanie zmarłej, lecz również uświadomienie kruchości życia.
Manipulowanie obecnością zmarłego to strategia dobrze znana i przyswojona. Pragnienie kontaktu z nieobecnymi zmusza piszących do stałego nakierowywania uwagi na to, co wydaje się bezpowrotnie utracone, i prowokuje do poszukiwania adekwatnych form kontaktu, nawet za cenę uzurpacji. Stąd fingowane dialogi, przemowy nieobecnych i inne sposoby chwilowego włączenia się w dialog z nieżywymi. Bargielska dołącza do grona tych, którzy chcieliby nawiązać kontakt z drugą stroną, mimo że ta pozostaje obojętna na ich prośby.
Bargielskiej udało się opowiedzieć sporo w sposób na tyle dyskretny, że czytelnik nie staje się jej emocjonalnym zakładnikiem; przekonuje ona, że smutek musi mieć formę, inaczej wszystko osunęłoby się w spowiedź bez jakiegokolwiek rusztowania i konceptu. Czytelnik przegląda się w misternie skonstruowanych wierszach działających niczym lustro, gdzie narracja liryczna zostaje osadzona na bazie osobistego przeżycia. Patrzenie w nie może przynieść wiedzę, może też umożliwić efekt rozpoznania, dostrzeżenie czegoś, co było udziałem czytających, choć zostało wypowiedziane i skonceptualizowane przez kogoś, kto doznał tego samego w innym momencie. Taki efekt może zapewnić tylko liryczna forma, o którą upomina się Bargielska.