Stachanowiec w masce hedonisty

Zofia Zaleska

Początek jesieni, a więc pytania – czy odpoczęłam, czy w pełni wykorzystałam długie letnie wieczory, czy zjadłam wystarczająco dużo sezonowych owoców i przeczytałam wszystkie planowane na wakacje książki. Jeśli chodzi o ostatni punkt, to odpowiedź na pewno jest przecząca, ale udało mi się sięgnąć po książkę Mony Chollet Nie dać się poczuciu winy. O tym, co nam przeszkadza w życiu w przekładzie Magdaleny Kowalskiej (wyd. Karakter).

Na pomysł, aby napisać o wyrzutach sumienia, autorka wpadła w momencie, gdy po latach etatowej pracy w redakcji wreszcie mogła zająć się tylko pisaniem własnych książek. Miała czas, aby robić to, na co zawsze miała ochotę, i wtedy z ogromną mocą dopadło ją poczucie winy. Kiedy zabrakło zewnętrznych dystrakcji i przymusów, ujawnił się szyderczy i agresywny głos w jej głowie, sabotujący i krytykujący niemal wszystkie chęci i starania. Chollet wypowiada temu głosowi wojnę. Nakreśla i analizuje system opresji, który od małego trenuje nas do podważania i cenzurowania własnych uczuć i pragnień. W jej pisaniu swobodne anegdoty mieszają się z powagą, to naszpikowany przykładami, gęsty tekst, od którego trudno się oderwać.

Rebecca Solnit pisała, że być kobietą, to znaczy wiecznie robić coś źle. Przywołując słowa Marguerite Yourcenar, autorka O tym, co nam przeszkadza w życiu przypomina, że na przestrzeni życia wszyscy doświadczymy prawdziwych klęsk i kataklizmów, jakimi są śmierć, nieodwzajemniona miłość, utrata przyjaźni, starość, a tymczasem codzienność upływa nam na zadręczaniu się tym, że nie jesteśmy dość dobrymi matkami i nie matkami, pracowniczkami i feministkami. To chyba kwestia zanurzenia w teraźniejszości i perspektywy – łatwiej jest być na siebie złą, że nie spędziło się produktywnie dnia, niż pomyśleć, że w porównaniu do nadchodzącej starości czy tego, że ktoś, komu ufamy, może nas zawieść, przebimbany dzień nie ma wielkiego znaczenia. Jesteśmy tak nawykli do nieustannego dyscyplinowania się, że nie widzimy niczego złego w tym, że na co dzień bywamy swoimi najgorszymi wrogami.

Autorka wskazuje na jedną kwestię, która szczególnie mnie ciekawi. A mianowicie na fakt, że fantazje o beztroskim, niezawinionym lenistwie są często czysto teoretyczne. W rozdziale poświęconym terrorowi produktywności Chollet zastanawia się, „Jak to możliwe, że tak źle przeżywam coś, o czym tak pięknie marzyłam?”. W 2015 roku pisarka wydała książkę Chez soi – pochwałę nicnierobienia, zaś dekadę później przyznała, że o lenistwie łatwiej jej teoretyzować, niż wcielać je w praktykę. „[…] pod zewnętrznym pozorem królowej życia skrywała się inna prawda, której długo nie dostrzegałam. Jeśli spoglądam wstecz na swój dzień i uznam, że nie wykonałam wystarczająco wielu zadań, że nie byłam wystarczająco produktywna, od razu mam wrażenie, że się staczam na dno, a życie przecieka mi przez palce. Jestem mocno uwarunkowana przez tę moralność, która mówi, że za najmniejszy moment beztroski będzie trzeba drogo zapłacić […]. Tak naprawdę podoba mi się przede wszystkim idea hedonizmu. Lubię o tym czytać, lubię o tym pisać. Kolekcjonuję różne obrazy lenistwa”. Lenistwo ma pociągający buntowniczy urok także dla mnie. Jednocześnie wciąż martwię się, że zostanę o nie posądzona. Też mam swoją prywatną kolekcję pochwał i świadectw nicnierobienia, w której znajdują się między innymi utwory Mirona Białoszewskiego.

„kiedy leżę nie nadaję się do wstania / leżenie zapuszcza korzenie / nie wierzę w poruszanie się / zawsze do wyrwania zielony” – pisał autor tomu Mylne wzruszenia. „Nie wierzę w poruszanie się”, podobnie jak „leżenie dobroć wygrzewa / ale wstanie ją zawiewa” brzmi świetnie – myślę i zaraz obwiniam się o za długie wylegiwanie w łóżku i bezproduktywność. W mojej kolekcji jest niepokojąco dużo „stachanowców w maskach hedonistów” – aby użyć określenia Chollet. Fascynacja lenistwem rzadko przekłada się na leniwe życie. Sama doświadczyłam paradoksu, który polega na tym, że pisanie o zaniechaniu i odmowie działania zazwyczaj wykluczało wszelkie zaniechanie i lenistwo. Być może powinnam serio potraktować żartobliwe uwagi przyjaciół, którzy – gdy narzekałam na to, że praca za wolno mi idzie – pocieszali mnie, że idealna książka o zaniechaniu powinna pozostać nienapisana.

Chollet stwierdza, że nie będzie powielać błędu, jakim było realizowanie marzenia o lenistwie wyłącznie na papierze. Namysł i teoria są ważne, ale nie zastąpią praktyki. Czym by ona była? Wynotowuję z książki: dać sobie po prostu żyć i zostawiać więcej przestrzeni na bezinteresowne działania, kupić wygodną kanapę, nie eksploatować się nadmiernie, nie znęcać nad sobą, nie traktować codziennych, powtarzalnych czynności jako spowalniaczy w pracy, zrezygnować z samodoskonalenia, widzieć wartość w samej sobie i mniej przepraszać – żyć jak koty. Chollet twierdzi, że rozwikłała zagadkę popularności kotów w internetowych memach – pojawiają się w nich tak często, bo ucieleśniają nasze pragnienie bezczelnej niezależności i dobrego samopoczucia. I mogą spać nawet do dwudziestu godzin na dobę bez wyrzutów sumienia. Nadchodzą krótkie dni i długie noce, może chociaż z tym spaniem się uda.