Spojrzenie emigranta

Marek Paryż

Nikt nie zna mojego imienia to druga po Zapiskach syna tego kraju (1955) książka eseistyczna Jamesa Baldwina, dzięki której głos afroamerykańskiego pisarza mocno wybrzmiał w politycznej debacie w dobie walki o prawa obywatelskie w Stanach Zjednoczonych. Rzecz ukazała się w 1961 roku. Baldwin mieszkał wtedy od czterech lat w Ameryce, dokąd wrócił z emigracji w Paryżu, gdzie spędził dziewięć lat (1948–1957).

Teksty umieszczone w Nikt nie zna mojego imienia powstały w większości już po powrocie autora z Francji, jednak jego doświadczenie emigranckie rzutuje na ich wydźwięk nie tylko w przypadku utworów dotyczących bezpośrednio jego okresu paryskiego. Choć o sytuacji czarnych Amerykanów Baldwin nadal pisze emocjonalnie, żarliwie, to patrzy na nią jakby z zewnątrz. Jawi się w tej książce jako kosmopolita, który obraca się w europejskich kręgach artystycznych, obserwator globalnych przemian. Opisuje na przykład swoje spotkanie z Ingmarem Bergmanem w Sztokholmie i snuje psychologiczne domysły na temat Andre Gide’a, który trwał w małżeństwie pomimo swojego homoseksualizmu o czym powszechnie wiedziano. Zróżnicowanie tematyczne i formalne poszczególnych tekstów moduluje ton całej książki, poniekąd łagodząc jej determinizm, zwłaszcza w porównaniu z Zapiskami syna tego kraju.

Pierwsze dwa teksty z Nikt nie zna mojego imienia mówią o emigracyjnych przeżyciach Baldwina, wstępnie nakreślając perspektywę narracyjną całej książki. Esej zatytułowany Odkrywanie, co to znaczy być Amerykaninem pokazuje, jak desygnaty rasowe, w Ameryce będące formą naznaczenia, w Europie nabierają znaczeń neutralnych. Baldwin wyznaje na początku, że wyjechał z Ameryki, żeby ujść z życiem furii, która towarzyszy tu kwestii koloru skory”. Europa ma oczywiście swoje hierarchie, przede wszystkim klasowe. Wszakże wynikające z nich napięcia objawiają się o wiele mniej drastycznie niż konflikty rasowe w Ameryce, bo każda grupa ma tu własne kryteria prestiżu. Toteż można mieć szacunek do samego siebie i widzieć go w oczach innych wykonując najbardziej zwyczajną pracę. Nikt nie odmawia artystom prawa do aspiracji za względu na ich pochodzenie. Z kolei utwór Książęta i władztwa relacjonuje wydarzenie, które utwierdziło Baldwina w poczuciu, że jest czarnym pisarzem amerykańskim. Tym wydarzeniem był zorganizowany w Paryżu w 1956 roku kongres Czarnych Pisarzy i Artystów, w którym wzięli udział wybitni artyści i intelektualiści z europejskich kolonii w Afryce i w basenie Morza Karaibskiego. Z każdym kolejnym wystąpieniem Baldwin coraz bardziej uświadamia sobie abstrakcyjność z jego punktu widzenia poruszanych w nich kwestii, mimo że słucha z prawdziwym zainteresowaniem, o czym świadczą jego rzeczowe streszczenia głoszonych tez. W porównaniu z koloniami afrykańskimi Ameryka jawi mu się zgoła jako społeczeństwo otwarte z racji swojej amorficzności, społeczeństwo, które czarni powinni próbować współkształtować pomimo bagażu trudnej historii. Wyzwoleni Afrykanie swoje społeczeństwa muszą budować od nowa.

Doświadczenie emigracyjne wpływa na sposób postrzegania miejsc przez Baldwina oraz na to, jak odbiera on je emocjonalnie. W jednym z tekstów opisuje swoje spacery po Harlemie, jakby był przewodnikiem jakiegoś wyimaginowanego towarzysza. Można odnieść wrażenie, że momentami ulega nostalgii, nie pozwala jednak, by to uczucie nim zawładnęło, bo fałszuje ono obraz rzeczy. Wracają natomiast uczucia, które pamięta z czasu dorastania w Harlemie, przede wszystkim gniew. Dzielnicę poddano „rewitalizacji”, wznosząc bloki tam, gdzie wcześniej stały kamienice. Pisarz postrzega je jako symbol postępującej gettoizacji czarnej dzielnicy Nowego Jorku, ponieważ jego zdaniem powstały po to, by zatrzymać Afroamerykanów w wyznaczonych im granicach. A getto zabija ambicję i nadzieję. Baldwin rozpoznaje ludzi, których znał w czasach ich młodości, i widzi samych przegranych, którzy całkowicie stracili złudzenia, ongiś czyniące ich egzystencję znośniejszą. Przeżywają swoje życie tak, by nie musieć za dużo o nim myśleć, można powiedzieć w stanie znieczulenia, na przykład spędzając całe dnie przed telewizorem. Są tacy, którzy walczą co oznacza, że pracują dla białych ale wszystko, co mogą osiągnąć, to dom w getcie o lepszej reputacji. Baldwin wywraca na nice narrację o amerykańskim marzeniu, celnie zauważając, że w większym społeczeństwie zawsze ktoś się wybije, co w żadnym razie nie świadczy o możliwościach dostępnych ogółowi.

Chyba najbardziej wymownym przykładem tego, jak w wyniku emigracji zmienił się stosunek Baldwina do miejsc w rodzinnym kraju, jest to, że dopiero po powrocie z Francji pisarz znalazł w sobie odwagę, by pojechać na Południe. Jak przyznaje w reportażowym tekście Mucha w maślance, ten region zawsze napawał go strachem, ale zmiana świadomościowa to, że we Francji zaczął myśleć o sobie jako Amerykaninie pozwoliła mu przezwyciężyć obawy dotyczące Południa. Baldwin relacjonuje swoje spotkanie z rodziną czarnego nastoletniego chłopca, który zapisał się do szkoły dla białych. Uczniowie demonstracyjnie okazywali mu swoją niechęć, ale wytrwał, w czym duża zasługa dyrektora szkoły, bynajmniej nie zwolennika desegregacji. Ta specyficzna sytuacja pozwala Baldwinowi pokazać Południe w fazie przejściowej. Procesy związane z emancypacją czarnych wydają się nieodwracalne, ale nie sposób przewidzieć, kiedy przyniosą jakieś rzeczywiste efekty. Na Południu nawet ludzie zdawałoby się o otwartych umysłach po prostu boją się desegregacji. Mucha w maślance sygnalizuje problem słabego wykształcenia czarnych Amerykanów, któremu Baldwin poświęca więcej uwagi w eseju Nikt nie zna mojego imienia. List z Południa. Dla pisarza jest jasne, że system edukacji czarnych kształtuje w nich poczucie bezcelowości uczenia się i tym samym utrwala hierarchię statusu, która bazuje na podziale rasowym.

Baldwin reaguje oburzeniem na głosy, że Południe potrzebuje czasu, żeby oswoić się ze zmianami społecznymi, jakie niesie desegregacja. Wchodzi w polemikę z Williamem Faulknerem, który jako jeden z wielu jak nazywa ich autor Nikt nie zna mojego imienia „elokwentnych, dobrodusznych białych Południowcówprzestrzegał przed „pochopnościądziałań desegregacyjnych. Takie postulaty wynikają z pragnienia zakonserwowania starego porządku. Zdaniem Baldwina, historia Południa po wojnie secesyjnej unaocznia, że równość rasowa kłoci się z samą istotą kultury tego regionu, i jeśli sytuacja czarnych jakoś się tam poprawiła, to dzięki naciskowi Północy. Baldwin opisuje Faulknera jako rzecznika polityki środka”, która rzekomo odrzuca ekstremizm rasowy w każdej postaci, jednak przynajmniej pośrednio broni tradycyjnego układu społecznego, bo opiera się na kreowaniu pozorów. Bycie Południowcem mówi dalej autor zakłada swoistą nielojalność wobec republiki jako całości. Pomimo uwarunkowanego historycznie poczucia wstydu Południowcy pielęgnują tradycję, której elementem jest mit ofiary. Właśnie ten mit zniekształca rozumienie rzeczywistości, uwypuklając stratę, jakiej doświadczyli biali. Czarni wykazali się wolą i siłą przetrwania, zatem to nad białymi należy się pochylić z uwagą i troską. Zdaniem Baldwina Faulkner i inni współcześni mu ważni pisarze z Południa (pada nazwisko Roberta Penna Warrena) stali się mistrzami w woalowaniu trudnych spraw związanych z niesprawiedliwością rasową, nie chcąc zmierzyć się realnie z wyzwaniami czasu. 

Baldwin pisze o Ameryce w okresie przejściowym, ale niewiele o Ameryce przyszłej. Być może przeczuwa, że jego wizja okazałaby się utopijna. W jednym z tekstów pisze: „Ten kraj ulegnie zmianie. Nie zostanie przemieniony działaniem jakiejś siły wyższej, lecz przez nas wszystkich, przez ciebie i przeze mnie. […] To my stworzyliśmy świat, w którym żyjemy, i to my musimy go przebudować”. Brzmi pięknie, ale trudno o lepszy przykład idealizmu zredukowanego do czystej retoryki.