Spojrzeć robotowi w oczy

Jarosław Jakubowski

Dobrą charakterystykę obecności fantastyki naukowej w polskim obiegu literackim przynosi artykuł Stary krytyk mocno śpi, autorstwa Konrada T. Lewandowskiego, pisarza i krytyka SF, zamieszczony w „Nowej Fantastyce” (nr 7/1993). Tekst zawiera ankietę na temat fantastyki przeprowadzoną wśród ważnych krytyków głównonurtowych.

Henryk Bereza wypowiedział się bez ogródek: „Język fantastyki uznaje jednoznaczność informacji, tymczasem logiczny język nie jest zaletą literatury, gdyż ona musi używać języka poetyckiego. Tekst powstaje w wyniku procesu poznawania. Literatura z ambicjami odrzuca gotową wiedzę. Ona jest poznaniem, a nie sprzedawaniem poznanego. […] Być może fantastyka mogłaby stać się literaturą, gdyby zabrali się do tego ludzie z wyobraźnią i talentem literackim”. Tę opinię w tej samej ankiecie próbował tonować Lech Budrecki, który stwierdził, że „Henio Bereza nie zna się na fantastyce tak bardzo, jak tylko można się na czymś nie znać. […] Nie ma powodu do jakiegoś szczególnego wydzielania tego gatunku. Trzeba traktować to jak każdą inną twórczość polską. Nie inaczej! Reszta jest bzdurą”.

Czy od tamtego czasu coś się zmieniło? Owszem, z prasy literackiej ubyło krwistych polemik. Fantastyka naukowa wciąż jednak nie jest traktowana „jak każda inna twórczość polska”, choć przecież jej ojciec chrzestny, Stanisław Lem, należy do klasyków XX-wiecznej literatury, jest punktem orientacyjnym, do którego odnosi się niejeden współczesny prozaik. Tak jak Andrzej Miszczak, należący do pokolenia pięćdziesięciolatków, którego Bajki pilotow są intertekstualną grą z Mistrzem, choć nie tylko z nim. Można ten zbiór potraktować jako zarówno sprawdzian z erudycji, jak i zaproszenie do uzupełnienia listy lektur. Tropy łączące prozę Miszczaka z klasyką literatury fantastycznej prześledził w znakomitym, syntetycznym posłowiu Łukasz Kucharczyk, skupmy się więc na samej robocie pisarskiej autora.

Za pomocą stworzonego przez siebie bohatera Loisa Yepesa, będącego odpowiedzią na Lemowskiego pilota Pirxa, Miszczak zanurza się w uniwersum lotów kosmicznych, eksploracji Księżyca, Marsa, Neptuna i innych ciał niebieskich. Nie brak tu futurystycznych rekwizytów, takich jak glidery, fotonowce, selenobusy, śluzowindy, lunodromy, są intelektronicy i nielauci, ale o nich później. Śledzimy przygody „kosmicznego wygi”, mruka i marzyciela w jednej osobie, choć zdają się one przyczynkiem do – momentami pasjonujących – rozmyślań na dwa zasadnicze tematy: sztucznej inteligencji i kontaktu z cywilizacjami pozaziemskimi.

To ostatnie zagadnienie pisarz ukazuje raz jako senne rojenia, jak w opowiadaniu Dwie inwazje, innym razem jako otchłanne wizje będące skutkiem ubocznym – tu punkt za autoironię – czytania literatury fantastycznej (kapitalne opowiadanie W oceanie szaleństwa). Z nierozstrzygalnym pytaniem o istnienie obcych łączy się kwestia ich ewentualnej tożsamości. Możliwe jednak, że nawet jeśli są obecni i szukają z nami kontaktu, to nie będziemy potrafili tego zauważyć, choćby z tak prozaicznego powodu, jak w opowiadaniu Milczenie diabła.

Jeszcze ciekawiej przedstawia się tu warstwa rozważań o sztucznej inteligencji i jej nosicielach – poczciwych androidach, zwanych tu „nielautami”, od słów „nieliniowe automaty”. Choć może przymiotnik „poczciwe” nie pasuje do nich wszystkich. Podstawowe pytanie brzmi: gdzie przebiega granica między inteligencją a świadomością? Zdezelowany automat z opowiadania Kor.o.a. duka: „Ka-żdy chce żyć”. A więc zwykły robot także? Niech za odpowiedź posłuży fragment utworu: „Pilot wyciągnął ze skrzynki irchową szmatkę i przetarł rozbiegane oczy tamtego, jakby ocierał mu łzy. Robot teraz patrzył człowiekowi prosto w źrenice. Mierzyli się spojrzeniami, ale człowiek musiał przegrać ten pojedynek. Jego adwersarz przecież nie mógł mrugać, nie miał powiek”. Jeśli jednak roboty w końcu zyskają świadomość, to zmuszanie ich do służenia człowiekowi „byłoby po prostu nowym niewolnictwem”. Powstaną też problemy ekonomiczne, na przykład dla załóg statków kosmicznych zastąpionych przez androidy „trzeba będzie przygotować jakiś system odpraw, wcześniejszych emerytur”, na co Miszczak zwraca uwagę w opowiadaniu Luna. W tym samym utworze pojawia się kwestia teologiczna: skoro świadome automaty nie są naszymi „braćmi w grzechu” (pierworodnym), to czy można je uznać za „dzieci Boga”? Jak na rasowego fantastę przystało, Miszczak kreśli również wizję buntu robotów, które chcą być równe ludziom. A skoro tak, to przecież można przyjąć, że – jak ludzie – roboty będą różnić się między sobą. Czyż bowiem nie-ludzie nie są „naszymi nieodrodnymi dziećmi”? – pyta autor w utworze Wicher.

Jak widać, pytania i hipotezy mnożą się z intensywnością deszczu meteorytów, a myślowe niuanse tej prozy dorównują jej urodzie językowej. Zdania takie jak „twarz jego okrągłą rozerwała w poprzek eksplozja szerokiego uśmiechu” pozostają w pamięci.

Mamy zatem w Bajkach pilotow odpowiedź na postulat Berezy – literaturę fantastyczną uprawianą z wyobraźnią i talentem artystycznym, a do tego o dużych walorach poznawczych. Literaturę, która nie ucieka od rzeczywistości, co bywa – bezmyślnym na ogół – zarzutem wobec fantastyki, ale która z tą rzeczywistością intelektualnie próbuje się zmierzyć. Bo przecież nielauci są tuż za rogiem. .