Śmierć (w) Wenecji
Ida Świerkocka
Wszystko, co Donna Leon robi w swoich książkach – i chyba także w życiu – da się ująć jednym określeniem: na przekór. Tę zasadę widać u niej na każdym kroku. Na przekor rynkowi – i czytelnikom z Półwyspu Apenińskiego – nie chce, by jej powieści ukazywały się po włosku. Na przekor rozgłosowi woli pozostać anonimowa w mieście, które rozsławiła równie mocno jak Thomas Mann, Henry James czy Daphne du Maurier. Na przekor turystycznemu zachwytowi pisze o Wenecji bez maski: nie jako o mieście unoszącym się na wodzie, ale jako o takim, które zachowuje pozory, że jeszcze nie tonie. Wenecji – uwielbianej przez świat, a jednocześnie powoli odbieranej tym, którzy naprawdę w niej żyją.
Wenecja w kryminałach Donny Leon nie jest tłem, tylko bohaterką: piękną, starą, kapryśną i coraz bardziej kruchą. To po niej od ponad trzech dekad porusza się najważniejsza postać Leon – komisarz Guido Brunetti, wenecki policjant, daleki od stereotypu samotnego detektywa z poharatanym życiem: szczęśliwy mąż i ojciec, czuły ironista, wrażliwy i uważny na ludzi. Pozbawiony nałogów, no chyba że za takie można uznać czytanie dzieł Liwiusza, Salustiusza i Cycerona – i szukanie w nich odpowiedzi na wszystkie zagadki tego świata (te kryminalne również).
Donna Leon nie urodziła się w Wenecji – ba!, w jej krwi nie płynie ani kropla włoskiej krwi. Przyszła na świat jesienią 1942 roku w chyba – jeśli wierzyć stereotypom – najmniej romantycznym miejscu na świecie: w Bloomfield w New Jersey, w rodzinie o irlandzkich, niemieckich i latynoamerykańskich korzeniach. Miała jakieś osiem lat, gdy przyznała, że trochę się jej nudzi. Mama zawiozła ją do biblioteki i pozwoliła wybrać pięć książek. Leon zapamiętała z tego momentu jedno – cały świat może zmieścić się w małym pokoju.
Najpierw studiowała literaturę angielską, a potem sama zaczęła wykładać ją na uniwersytecie. Charles Dickens, Henry James (ulubiony autor żony Brunettiego, Paoli), Jane Austen. Wszystko miało potoczyć się przewidywalnie: uniwersytet, biblioteki, przypisy.
Los, jak to z nim bywa, chciał inaczej. Leon przez lata uczyła angielskiego za granicą – w Iranie, Chinach, Arabii Saudyjskiej – i pewnie dałoby się z tego ułożyć opowieść o Amerykance, która zamiast osiąść na uniwersytecie, wybrała życie poza bezpiecznym planem. Najbardziej spektakularnie plan ten załamał się w Iranie, gdzie zastała ją rewolucja 1978—1979. Leon musiała szybko wyjechać, z walizkami pakowanymi pod presją i poczuciem, że część życia zostaje gdzieś za plecami.
Bagaż odnalazł się dopiero po kilku miesiącach. Kiedy Leon go otworzyła, od razu zauważyła najdotkliwszy brak – nie było szkicu doktoratu o Jane Austen. Ktoś inny uznałby to za katastrofę. Ona zobaczyła w tym raczej rodzaj wyzwolenia. Jak pisała: „Przez pewien czas fantazjowałam o irańskim inspektorze celnym wyjmującym z walizki to, co z pewnością było podręcznikiem technik szpiegowskich, i pytającym kolegę: »Akbarze, co to jest Mansfield Park?«” (tłum. M. Fedyszak).
Włochy, choć trudno w to uwierzyć, pojawiły się w jej życiu właściwie przypadkiem. Po tym, jak Leon porzuciła marzenia o dalszej karierze akademickiej, zaczęła pisać teksty dla agencji reklamowej w Nowym Jorku. Nic więc dziwnego, że gdy koleżanka postanowiła studiować malarstwo w Rzymie, Donna nie wahała się ani chwili i pojechała razem z nią.
Rzym okazał się czymś więcej niż krótkim olśnieniem. Zachwycił ją sposób, w jaki toczy się tam życie. Jak przyznawała, jej fascynacja miała ziemski charakter: poczuła smak prawdziwej kawy, wina, kurzu i rzymskiego popołudnia („Dla Amerykanki, wychowanej na białym pieczywie i maśle orzechowym, nawykłej do steków i fasolki szparagowej z puszki, była to Baśniowa Kraina, Kraina Czarów; był to oczywiście Raj”; tłum. M. Fedyszak).
Wenecja przyszła znacznie później i najpierw, jak większość przyjezdnych, Leon oczarowała uroda miasta. Szybko jednak weszła głębiej, poza trasę widokową, dzięki znajomości z Robertą (nazywaną przez Leon „królową risotto”) i Frankiem, młodą Wenecjanką i jej chłopakiem. Siadywała w ich warsztacie jubilerskim, przysłuchiwała się rozmowom, uczyła się włoskiego.
Do tej żywej, podsłuchiwanej Wenecji dołączyła konstrukcja, którą znała doskonale – kryminał. Przez wiele lat po całych dniach spędzonych na uniwersytecie Leon nie miała ochoty wracać wieczorem do kolejnej książki, która domaga się ołówka w ręku. Kryminał dawał coś innego: rytm, napięcie, obietnicę rozwiązania. W jednym z wywiadów pisarka powiedziała, że uczyła się konstrukcji kryminału tak, jak uczy się kuchni ktoś, kto przez lata je dobrze przyrządzony makaron: najpierw po prostu bezrefleksyjnie, choć z przyjemnością, a potem coraz uważniej, aż w końcu zaczyna rozumieć, co naprawdę dodano do sosu.
Uczyła się od najlepszych: od Agathy Christie konstrukcji, od Rossa Macdonalda przekonania, że zbrodnia rzadko zaczyna się w chwili morderstwa, od Ruth Rendell bezlitosnego ucha do uprzedzeń dobrze wychowanych ludzi, a od Patricii Highsmith – tego, że morderca może być inteligentny i że wszystko, co ważne, dzieje się we Włoszech.
Gdzie jeszcze szukać inspiracji, jeśli chce się zostać autorką bestsellerowych powieści kryminalnych? Odpowiedź Leon jest prosta: oczywiście w operze. Kocha ją od szkoły średniej. O tej młodzieńczej fascynacji pisała: „Jestem pewna, że przyznanie się do zażywania narkotyków, gdybym to wówczas robiła, byłoby mniej żenujące” (tłum. M. Fedyszak).
Leon – wielbicielka Haendla – siedziała akurat w garderobie w La Fenice, weneckim teatrze operowym, i rozmawiała z dyrygentem. Rozmowa zeszła na śmierć, jak to czasem bywa, gdy spotkają się ludzie z wyobraźnią i poczuciem absurdu. Zaczęli się wspólnie zastanawiać, jak „najlepiej” zabić dyrygenta. Czym – by było elegancko, teatralnie, a przy tym skutecznie? Trucizna nadawała się znakomicie. Garderoba również. Opera oferowała wszystko, czego potrzebuje kryminał: kulisy, hierarchie, zazdrość, próżność, wielkie nazwiska i małe upokorzenia. Leon mogła potraktować to jako zwykły zbieg okoliczności. Zamiast tego zaczęła układać książkę.
Tak powstała Śmierć w La Fenice – wydana w 1992 roku (Leon miała wtedy pięćdziesiąt lat), pierwsza z ponad trzydziestu powieści kryminalnych z Guidem Brunettim. Zwykle jest tak: detektyw pije za dużo, sypia za mało, rani ludzi, którzy próbują go kochać, i uważa, że zbyt schludny świat zawsze ma coś do ukrycia. Brunetti działa inaczej. Wstaje rano, parzy kawę („Dopóki nie wypił kawy, nie ufał nikomu”; tłum. M. Olejniczak-Skarsgard), wiąże krawat, idzie niespiesznie do pracy, wraca do domu, gdzie pachnie czosnkiem i szałwią („Włochy są krajem, w którym choć religią panującą jest katolicyzm, tę prawdziwą stanowi jedzenie”; tłum. M. Fedyszak). Przegląda gazetę. Myśli. Rozmawia z żoną, Paolą. Wieczorem czyta książki albo dyskutuje z dorastającymi z każdym tomem dziećmi. Popija przy tym wino, ale nigdy o kieliszek za dużo. Ideał albo nudziarz – co kto woli.
Z tego właśnie powodu kryminały Leon są kryminałami osobliwymi. Krew płynie w nich rzadko, a przemoc nigdy nie jest na pierwszym planie. Autorka nie sięga po okrucieństwo dla efektu, nie epatuje cielesnością, strachem ani bólem.
Komisarz Brunetti prowadzi śledztwa, ale Leon prowadzi coś więcej: dochodzenie w sprawie ludzkich ułomności. Pyta, jak działa miasto, w którym brak dokumentu mieszkaniowego potrafi otworzyć drzwi dla urzędniczych szantaży, sądowe opóźnienie służy tym, którzy mają znajomości, a partia Traviaty bywa groźniejsza niż krzyk na ulicy.
Choć pisze je Amerykanka, książki Leon mają włoski krwiobieg. Nie ten z reklam skuterów czy torebek, lecz ten codzienny, trudniejszy do podrobienia: z nieufnością wobec państwa, przywiązaniem do rodziny, ciężarem nazwiska, uprzedzeniami i odwiecznym napięciem między północą a południem. To świat pełen uroku – i zarazem lepki od kompromisów.
Brunetti zna go od środka. Dlatego tak rzadko się dziwi, a tak często ogarnia go melancholia.
Komisarz jest do szpiku kości nostalgiczny, Leon nie zamyka go jednak w elegii. Każe mu patrzeć na współczesne Włochy: toksyczne odpady, zanieczyszczenie przemysłowe, krwawe diamenty, korupcję w Kościele, nepotyzm, urzędniczą bezwładność, branżę mięsną – która wraca także przy rodzinnym stole, bo Chiara, córka Brunettich, jest od pewnego czasu wegetarianką – i brutalny kapitalizm powoli wyjadający Wenecję od środka. Pisarkę interesują również ci, których włoskie społeczeństwo najchętniej trzyma na obrzeżach: imigranci, uliczni sprzedawcy, ludzie „bez nazwiska”, bez akcentu budzącego zaufanie, bez dokumentów, pieniędzy i znajomości.
W ostatniej wydanej w Polsce powieści z cyklu, Kto sieje wiatr, ofiarą jest imigrant ze Sri Lanki, któremu schronienia udzielił zamożny wenecki rod. W jego mieszkaniu komisarz znajduje włoskie kryminały, książki o buddyzmie i materiały o terroryzmie z czasów „lat ołowiu”. Jeden martwy człowiek uruchamia więc kilka rodzimych lęków jednocześnie: przed „obcym”, przed pamięcią politycznej przemocy, przed tym, co społeczeństwo woli trzymać w ukryciu.
I tu można by zakończyć tę historię – tu, a może raczej w Wenecji. Przy Brunettim. Przy calle, lagunie, rybie z targu i kolejnej sprawie, która odsłania więcej, niż obiecywała na początku. Taki finał byłby wygodny i w pewnym sensie uczciwy. Leon jednak wymyka się tej puencie. Za swoje najważniejsze osiągnięcie uważa nie powieści – choć cykl o Brunettim przyniósł jej międzynarodową sławę, przekłady na ponad trzydzieści języków i wielomilionową sprzedaż – lecz muzyczny projekt: wspieranie nagrań oper barokowych, zwłaszcza Haendla, ze szwajcarską orkiestrą o uroczej i jakże włoskiej nazwie – Il Pomo d’Oro. Brzmi przewrotnie? Ale przecież idealnie pasuje do Donny Leon – i jej wiecznego „na przekor”.
Wszystkie cytaty pochodzą z książek Donny Leon.