Ptaki i ludzie
Dariusz Nowacki
Po Spitsbergenie, Finnmarku i Grenlandii czas na norweską „metropolię” ulokowaną za kołem podbiegunowym – na Tromso. Do tego dochodzą jej najbliższe okolice, w końcu podtytuł książki Ilony Wiśniewskiej brzmi: Na północnych wyspach. W ciągu jedenastu lat, bo tyle minęło od jej książkowego debiutu, Wiśniewska wyrobiła sobie mocną markę – stała się specjalistką od północnych rubieży naszego kontynentu. Jej robota reporterska została zauważona i doceniona (liczne nagrody i nominacje do najważniejszych wyróżnień) – pod względem zarówno warsztatowym, jak i eksperckim. Mamy pewność, że Wiśniewska podaje wiedzę z pierwszej ręki – mieszka bądź mieszkała w miejscach, które opisuje.
Niezbyt szczęśliwie to ująłem. Przecież nie chodzi o wiedzę, o którą nigdy nie było tak łatwo jak w dobie internetu. Żeby wejść do zakonu szanowanych reporterów, trzeba czegoś więcej – sprytnego chwytu, jakiejś scalającej i w miarę oryginalnej formuły. Wiśniewska ów koncept – fundamentalny, decydujący niemal o wszystkim – znalazła. Zawiera się on w jednym oznajmieniu: „inspirują mnie ludzie, którzy obserwują ptaki i nic od nich nie chcą” (z wypowiedzi reporterki skierowanej do Tone, miejscowej specjalistki od ptaków morskich). W opowieści zatytułowanej Hjem mamy zatem dominantę ornitologiczną – ciekawie rozpisaną. Chodzi bowiem o więź, która łączy ludzi z dzikimi ptakami; podkreślmy: z dzikimi, nie zaś z tymi w domowych klatkach, kupowanymi w sklepach zoologicznych. Jeżeli w ogóle jest tu możliwa „przyjaźń”, to ma niezwykły charakter, wszak więź z ptakami zasadza się na ich obserwowaniu, i to z dużej odległości (przez lornetkę). Jest to relacja intrygująca, ponieważ ukochanym obiektem jest ktoś, na kogo się tylko patrzy i z tego patrzenia czerpie rozkosz.
Jedna z takich ludzko-ptasich historii stała się refrenem i klamrą książki. Wiśniewska odszukała bohaterkę niszowego filmu dokumentalnego Lovebirds, Bjorg Korsberg. Ta zmęczona życiem, samotna kobieta w wieku przedemerytalnym „zaprzyjaźniła się” z ptakiem o „imieniu” JJ (to litery z jego kodu na obrączce). Ściślej: z mewą trójpalczastą, która po norwesku nazywa się krykkje, a wymowa tego słowa zbliżona jest do naszego „krysie” (u Wiśniewskiej mewy trójpalczaste to właśnie krysie). Bjorg to życiowa i ekonomiczna bankrutka. Przy życiu trzyma ją wyłącznie ów wiosenny, umiłowany gość – JJ.
Oczywiście historia wyjątkowej relacji Norweżki z ptakiem (jednym, konkretnym – co ważne) to za mało, żeby – mówiąc brzydko – pociągnąć książkę. Tak więc opowieść Wiśniewskiej rozgałęzia się i pęcznieje, zagarniając kolejnych miłośników ptaków z okolic Tromso, zwłaszcza tych, którzy działają praktycznie, sporządzając rozmaite ewidencje, ratując porzucone pisklęta itd. Mają dużo roboty, także w kontaktach z miejscowymi. Mewy bowiem są nielubiane, gdyż osiadły głównie w mieście – niszczą jego substancję odchodami, wykradają jedzenie, głośno skrzeczą, nie dają spać i w ogóle są zmorą dla tych, którzy nie zwykli patrzeć na przyrodę holistycznie (ptaszki mają słodko ćwierkać, a nie zanieczyszczać miasto trudno usuwalnym, cuchnącym guanem).
Jednym z ważniejszych wątków opowieści Wiśniewskiej jest przemiana wyspy, na której leży Tromso, oraz wysp okolicznych, słabiej zaludnionych. Rzecz w tym, że norweska północ stała się ofiarą sukcesu. Chodzi o ruch turystyczny. Nie dość, że milion osób z całego świata przybywa tam co roku, by podziwiać zorze polarne, to jeszcze, na skutek ocieplenia klimatu, północne wyspy są intensywnie reklamowane jako propozycja na lato (na upalnym południu Europy nie da się już wytrzymać). A co do mew trójpalczastych, sytuacja jest paradoksalna. Z jednej strony gatunek ongiś pospolity jest dziś poważnie zagrożony (masowe wymarcia przez epidemię ptasiej grypy), więc troska o dobrostan mew wydaje się oczywista, zwłaszcza w kraju dobrobytu, który szczyci się pięknem swojej przyrody i jej ochroną, z drugiej strony – o czym już wspomniałem – obecność mew stanowi poważny problem społeczny i środowiskowy w mieście, w którym hotele i apartamentowce wyrastają jak grzyby po deszczu, a turystom ma być przecież miło.
Nie zaniedbujmy jednak ludzi. Tromso, co na wielu stronach opisuje Wiśniewska, stało się miastem kosmopolitycznym. Przybysze z wielu stron świata albo upodobali sobie norweską Arktykę, albo – jak liczni migranci – zostali tam osiedleni. Reporterka rozmawia z wieloma cudzoziemcami (nota bene sama jest rezydentką), choć unika bezpośrednich cytacji. Zgrabnie rozsiewa cudze słowa w obrębie narracji (w końcu wie, że podsuwanie pod usta dyktafonu to taniocha i łatwizna). Tytułowy „hjem” – podkreślmy – odnosi się do ludzi; po polsku należałoby to słowo oddać jako „siedlisko”, „bezpieczny przystanek”, czyli coś więcej niż „dom”. Problem ma oczywiście aspekt ekokrytyczny, ponieważ wyzwala pytanie o prawo do zasiedlenia ziemi, która pierwotnie nie należała do człowieka. Tyle że to wątek poboczny. Na pierwszym planie mamy pytania o samopoczucie ludzi, którzy żyją tam od pokoleń (Bjorg i kilka innych osób, na ogół Norwegów w starszym wieku), oraz tych, których splot dziwnych okoliczności rzucił w te rejony (tutaj na przykład historia imigrantów z Iranu). Wiśniewską interesują szczególnie osoby mieszkające poza „stołecznym” Tromso, mającym własny uniwersytet i inne „wielkomiejskie” instytucje. Prawdziwym wyzwaniem jest życie na norweskim pustkowiu, istnym wygwizdowie. Czy w takich miejscach można znaleźć lub umościć sobie hjem?
Najnowsza rzecz Ilony Wiśniewskiej to opowieść złożona i bogata. Odsłoniłem tutaj tylko to, co zdało mi się najbardziej interesujące. Na pewno mniej, niżby należało.