Pisarstwo rodzi się z bólu, ale zmierza ku światłu
Wit Pietrzak
Pośród pisarzy irlandzkich ostatniego półwiecza z kawałkiem Edna O’Brien jest nie tylko być może najważniejszą prozatorką, ale też postacią ze wszech miar nietuzinkową. Jej debiut The Country Girls (pol. Czekając na miłość) wywołał skandal i przyniósł autorce natychmiastowy rozgłos. Nawet jeśli mówiło się nie tylko ani nawet nie przede wszystkim o walorach stricte literackich książki, ale o złamaniu społecznych tabu, to dla młodej, aspirującej pisarki był to krok milowy, po którym nastąpiła passa kolejnych ważnych powieści i opowiadań, a każde z nich otoczone było aurą pikanterii, w Irlandii zakrawającej na grzeszność. Stąd też, kiedy O’Brien, choć niechętnie, opublikowała swój memuar, można było mieć nadzieję na wgląd w znane z drugiej ręki historie, tym razem opowiedziane z perspektywy samej bohaterki tych wydarzeń. Od razu trzeba też powiedzieć, że w chwili wydania w 2012 roku Country Girl nie zawiodło, a pojawiający się właśnie jej polski przekład autorstwa Martyny Tomczak – Irlandzka dziewczyna (aluzja do pierwszej powieści O’Brien niestety jest niejasna z uwagi na polską wersję tytułu) – też nie zawodzi.
Choć w Polsce O’Brien nie należy do najbardziej znanych pisarek, to dzięki ukazującym się od lat 90. tłumaczeniom jej prozy jej nazwisko jest rozpoznawalne, a memuar może autorce tylko się przysłużyć. Irlandzka dziewczyna to klasyczna autobiografia: O’Brien wraca do swoich najwcześniejszych lat, spędzonych na wsi, w Dewsboro. Wspomina lata spędzone z matką i nadużywającym alkoholu ojcem cholerykiem. W miarę chronologicznie przechodzi do okresu młodości w Dublinie, niespodziewanego ślubu z pisarzem Ernestem Géblerem, narodzin dwóch synów – Carla i Sashy, aż wreszcie docieramy do lat 60. i 70., kiedy O’Brien dostaje się na literackie salony.
Tu też Irlandzka dziewczyna nabiera tempa i prawdziwych kolorów z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, kolejne rozdziały dostarczają, wprawdzie krótkich, ale zapadających w pamięć opisów największych bohaterów literatury, kina i teatru tamtych lat. O’Brien zawiera liczne nowe znajomości i okazjonalnie romansuje, a w oku towarzyskiego cyklonu – które wędruje w ślad za autorką, od jej domu na przedmieściach Londynu aż po częste wizyty w Nowym Jorku – krążą postaci, takie jak Samuel Beckett, Robert Mitchum, Richard Burton, Sean Connery, Jack Nicholson, Jackie Kennedy Onassis i wiele innych. O’Brien nie mitologizuje, nie traktuje ich jak odrealnione gwiazdy, chociaż przyznaje: „do dziś nie mogę wyjść ze zdumienia, że poznałam tych wszystkich ludzi”. Kluczowe jest właśnie to określenie: nieważne jak utalentowani, słynni czy bogaci są jej znajomi i przyjaciele, to przede wszystkim pozostają ludźmi, jak i ona sama. Zresztą O’Brien cały okres „swingujących lat sześćdziesiątych” określa mianem niewinnego i dodaje, że „sławni nie byli aż tak sławni i nie otaczały ich hordy ważniaków. Byłam dziewczyną z Clare, galaktyka gwiazd w moim domu robiła na mnie wrażenie, ale nigdy nie dałam się temu ponieść”.
Ów rozsądek i spokój wiodą nas do drugiego aspektu Irlandzkiej dziewczyny, który stanowi o jej kunszcie. Oto zrównoważone podejście do życia, zarówno do wzlotów, jak i upadków, znajduje swój ekwiwalent w charakterze jej prozy. O’Brien zawsze celowała w wyważonych, subtelnych opisach postaci i miejsc, potrafiła uczynić zwyczajną scenę pamiętną poprzez samą konstrukcję zdań – pewnych, ale przy tym niepozbawionych empatii dla wszystkich postaci. Podobnie rzecz się ma w memuarze. Nawet bohaterowie ze wszech miar odstręczający, jak były mąż, który przez lata sabotował O’Brien jako żonę, matkę i pisarkę, jawią się jako figury dla autorki ważne. I tak Gébler okazuje się człowiekiem, dzięki któremu, na dobre czy na złe, stała się taką, a nie inną osobą i za to wydaje się mu na swój sposób wdzięczna. Co więcej zwracają uwagę rzadkie sceny rozmów z synami, przepełnione miłością, troską, ale też zaufaniem i zrozumieniem. Na poziomie stylistycznym cechy te uchwycone są w precyzyjną prozę.
Wreszcie Irlandzka dziewczyna dociera aż do wczesnych lat XXI wieku, po drodze poświęcając nieco uwagi konfliktowi w Irlandii Północnej w latach 80. i 90. oraz kryzysowi ekonomicznemu przełomu wieków. Choć wydarzenia te stanowią tylko mały fragment memuaru, O’Brien potrafi celnie odmalować towarzyszące im tragedie: mściwość, zajadłość, nienawiść w pierwszym przypadku i niepohamowaną chciwość w drugim. Jednocześnie nie popada w dogmatyzm, nie zajmuje z góry przyjętej strony w konflikcie, nie potępia kapitalistycznego obłędu doby celtyckiego tygrysa (okresu prosperity w Irlandii końcówki lat 90. i początku dwutysięcznych), być może bowiem szał życia na kredyt był przejawem „bezwstydnej orgii chciwości, łapownictwa, brawury”, ale też „przekory właściwej synom narodu od tak dawna kojarzącego się z głodem i nędzą”. Nie potępiając, O’Brien potrafi dobitnie nazwać problem i trafnie dostrzec jego źródła.
Irlandzka dziewczyna, choć nie brak w niej chwil smutku i cierpienia, jest pełna nadziei, a autorka do ostatniego zdania spogląda w przyszłość. To historia hartu ducha i wytrwałości, ale też marzycielstwa, które pozwoliło O’Brien stworzyć pełne ciepła, choć niepozbawione bezlitosnego autentyzmu utwory. I tak do końca pozostaje wierna maksymie, którą nazywa swoją „tajemnicą pisania”: powieść „rodzi się z bólu, poharatania i zranionego serca”, ale też potrafi je przezwyciężyć i dostrzec promienie światła, nawet w najgłębszej nocy.