Oda do znikającego świata

Aneta Zawadzka-Karwowska

Istnieją badania, które wskazują na drastyczne zmniejszenie populacji bezkręgowców na świecie. Zdaniem niektórych możemy oszacować spadek liczebności całkowitej biomasy owadów latających na około 75%. I chociaż tempo tego spadku nadal stanowi przedmiot dyskusji wśród naukowców, trzeba przyznać, że liczby już teraz powinny robić na nas wrażenie. Dlaczego jednak tak się nie dzieje? Profesor biologii Dave Goulson, autor książki Milcząca planeta, stawia tezę, że większość ludzi owadów po prostu nie lubi. Często wzbudzają w nas lęk albo wręcz obrzydzenie. Nazywane robactwem, budzą często wyłącznie złe skojarzenia. Goulson robi wszystko, aby zmienić tak negatywne nastawienie.

Dla niego owady to po prostu piękne i zaskakujące stworzenia, „czasem złowrogie i budzące strach, zawsze jednak wspaniałe i zasługujące na nasz szacunek”. Bez ich zdolności zapylania roślin nie wyżywimy stale rosnącej populacji świata. Owady są także koniecznym elementem każdego łańcucha pokarmowego. „Ich zagłada sprowadziłaby klęskę głodu na drapieżniki plasujące się na szczycie łańcucha, na przykład krogulce, czaple i rybołowy, które polują na owadożerne szpaki, żaby, ryjówki i łososie”.

Mimo że wielu z ich ról nadal nie umiemy określić, podobnie jak nie zdołaliśmy nazwać wszystkich istniejących gatunków owadów, są tacy, pisze Goulson, którzy twierdzą, że bez niektórych człowiek mógłby się obejść. Kto jednak miałby arbitralnie decydować o ich przydatności? Jakie przesłanki będą wskazaniem, że jednym z nich pozwolimy żyć, a inne skażemy na zagładę? Czy w tym pędzie zatrzymamy się, zanim nasz świat ostatecznie zamilknie?

Goulson nie pozostawia nas wyłącznie z katastroficzną wizją przyszłości, choć nie da się ukryć, że w wielu fragmentach da się wyczuć jego pesymizm. Miesza się on jednak z czystym zachwytem nad życiem, jakże rożnym od ludzkiego. Przekonani do podziwiania tej niezwykłości, chcemy zapytać, czy radość wynikająca z możliwości obserwowania tajlandzkiego pluskwiaka z rodziny tarczowkowatych, z wyglądu przypominającego Elvisa Presleya, nie wystarczy, by ów pluskwiak mógł sobie żyć dalej?

Zasługą autora jest umiejętne pokazanie owadów jako istot dziwnych, intrygujących i pod wieloma względami całkowicie do nas niepodobnych. Takich, które potrafiły wykształcić mnogość zachowań i sposobów życia. Na Madagaskarze na przykład żyje ćma, która „wysysa słoną wydzielinę spod powiek śpiących ptaków. […] Muchówka Drosophila bifurca wytwarza plemniki długości 5,8 centymetra, czyli mniej więcej dwadzieścia razy większe niż sam owad. Dopóki znajdują się w ciele samca, plączą się w istne węzły gordyjskie, ale w ciele samicy jakimś cudem rozplątują się”.

Autor z pewnością kocha owady. Co ważne, udaje mu się wciągnąć nas w orbitę podejścia pełnego bezinteresownej miłości. Nie znaczy to jednak, że Goulson uprawia jakiś rodzaj nachalnej i rozemocjonowanej agitacji pozbawionej konkretnych argumentów przemawiających za koniecznością przetrwania tych zwierząt. Dowody z ekonomii są również tu przedstawione.

Ale dlaczego właściwie owady znikają? Istnieje wiele teorii próbujących tłumaczyć istniejący stan rzeczy. Autor zwraca uwagę na kilka z nich. Wskazuje chociażby na niszczenie siedlisk naturalnych. Tam, gdzie kiedyś były łąki, dziś powstają osiedla mieszkaniowe albo centra handlowe. Dużą wagę przykłada do problemu nadmiernego, jego zdaniem, używania pestycydów, wprost nazywając takie praktyki, „chemicznym szturmem na przyrodę”. Pisze ponadto o zanieczyszczeniu świetlnym smogiem czy zmianach klimatu. Te ostatnie zresztą działają wyjątkowo na niekorzyść człowieka. Zostawiają nas bowiem w towarzystwie gatunków wytrzymałych, które charakteryzują się dużymi zdolnościami adaptacyjnymi i mogą rozplenić się bez obawy.

Istnieje realne niebezpieczeństwo, że zostaniemy pozbawieni możliwości oglądania motyli czy pszczół, natomiast lubiąca wyższą temperaturę mucha domowa, której tak bardzo chcemy się pozbyć, zacznie częściej bzyczeć nam koło ucha. Ludzka ingerencja w naturę zresztą już teraz obraca się przeciwko nam. „Widliszki z rodzaju Anopheles, najważniejsze wektory zarodźca malarii, również czerpią korzyści z szeroko zakrojonej działalności człowieka. Przypadki malarii zdarzają się coraz częściej na obszarach wycinki lasów pod uprawy, widliszki mnożą się bowiem w nasłonecznionych kałużach i rowach, które trudniej im znaleźć w gęstym lesie”.

Ciekawa jest próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, dlaczego znikanie owadów przechodzi często właściwie bez echa? Czy chodzi tylko o wspomnianą wcześniej niechęć do tych zwierząt? Otóż zmiany zachodzą przede wszystkim stopniowo, co sprawia, że wielu osobom umyka skala problemu. Naukowcy zgadzają się co do tego, że ludzie cierpią na „syndrom przesuwającego się punktu odniesienia”. To znaczy, że postrzegamy rzeczywistość, w której żyjemy, jako normalną, chociaż może się okazać, że zupełnie nie przypomina tej, w której żyli nasi rodzice albo dziadkowie. Badacze posługują się także terminem „amnezji pokoleniowej” na opisanie zachowania młodych ludzi, którzy „z oczywistych względów nie zdają sobie sprawy, jak wyglądał świat w czasach, kiedy byli jeszcze zbyt mali, żeby postrzegać go świadomie”. Starszym osobom towarzyszy z kolei „amnezja osobista”. Goulson zauważa, że kiedy pamięć zaczyna płatać figle, zaczynamy umniejszać skalę obserwowanych zmian.

Jeszcze mamy czas, aby zapobiec ostatecznej katastrofie. Musimy tylko zmobilizować wszystkie siły – apeluje autor. I nawołuje, abyśmy zarówno wywierali wpływ na rządzących, jak i nie unikali własnego zaangażowania. Goulson przygotował propozycję rozwiązań, z których każdy może skorzystać. Sam robi wiele, by docierać do jak najszerszego grona odbiorców, bo jego zdaniem rolą naukowca jest nie tylko pisanie artykułów do specjalistycznych czasopism, które czyta wąska grupa innych uczonych. Ale choć działa aktywnie, ma świadomość, że najtrudniejszym zadaniem, które – co szczerze wyznaje – przysparza mu wielu trosk, jest wzbudzenie zainteresowania wśród nieprzekonanych. „Prawdziwym wyzwaniem jest znalezienie sposobu, jak przyciągnąć uwagę przeważającej części społeczeństwa, której zdaniem kwestie środowiskowe są nieistotne w porównaniu z pilniejszymi sprawami dnia codziennego. Głowiłem się nad tym przez wiele lat i nie doszedłem do żadnych zadowalających wniosków”.