Na festiwalu literackim to książka jest gwiazdą

Z Martą Czarnecką, dyrektorką Festiwalu Literacki Sopot, rozmawia Maria Sokołowska

Tegoroczną, jubileuszową edycję festiwalu Literacki Sopot otwiera dyskusja na temat przyszłości festiwali.

 

Tak, oprócz mnie wezmą w niej udział Katarzyna Komar-Macyńska z Festiwalu Miasto z Rzeką w Przemyślu i Katarzyna Krawczyk z Agencji Opowieści, która współpracuje z Festiwalem Granatowe Góry i Literackim Świdwinem. Dyskusję poprowadzi Justyna Sobolewska, która wcześniej współtworzyła Stolicę Języka Polskiego w Szczebrzeszynie, a w tej chwili kuratoruje Festiwalowi Początek Sezonu w Bydgoszczy.

 

Skąd potrzeba takiej rozmowy teraz?

 

Kiedy w 2012 roku powstawał Literacki Sopot, festiwali literackich nie było w Polsce tak dużo jak obecnie. „Notatnik Literacki” zliczył, że w ciągu roku odbywa się ponad 150 festiwali literackich o bardzo rożnym profilu. Dlatego też uważam, że warto o tym dyskutować, bo mówimy o zaniku czytelnictwa w Polsce, a jednak ten wysyp festiwali mógłby świadczyć o czymś zupełnie przeciwnym. Mam świadomość, że wydarzenia tego typu trafiają do osób, które i tak czytają. Jednak fakt, że te festiwale odbywają się nie tylko w metropoliach, ale także w mniejszych miastach, w Świdwinie, Wiśle czy Obornikach, gdzie samorządom zależy na tym, żeby w ich ofercie kulturalnej znalazła się literatura, to też jest istotna – pozytywna – zmiana. Z drugiej strony myślę, że w tej chwili przed organizatorami jest po prostu wiele pytań, ale i niepewności. Czy grozi nam festiwalizacja? I co się stanie, jeśli zmieni się na przykład władza samorządowa lub centralna i skończy się finansowanie ze środków publicznych? O tym również będziemy rozmawiać.

 

Właśnie, jakie konsekwencje – pozytywne lub negatywne – może mieć wspomniana festiwalizacja?

 

Widzę więcej pozytywnych aspektów. Dopiero od kilku lat wydarzenia związane z literaturą przebijają się przez gąszcz oferty kulturalnej. Nawet jeśli program festiwalu dopełniają wystawy, czytania, pokazy filmów czy koncerty, to książka jest gwiazdą festiwalu literackiego, więc festiwal to taki czas triumfu literatury. I jestem zdania, że tego typu wydarzenia wspierają promocję czytelnictwa, choć pojawiają się głosy, że jest to promocja przede wszystkim dużych wydawnictw i znanych autorów oraz przekonywanie już przekonanych osób do książek. Nie do końca się z tym zgadzam. Trzeba pamiętać, że każdy festiwal tworzą osoby, które próbują – przynajmniej takie jest nasze założenie przy budowaniu programu Literackiego Sopotu – promować także mniej popularną literaturę i wracać do tytułów wydanych kilka czy nawet kilkanaście lat temu (temu służy pasmo „Powroty”). Poza tym, nawet jeśli robimy te festiwale dla tych, którzy już i tak są stałymi czytelnikami polskiej czy zagranicznej literatury, to wychodzę z założenia, że o nich również trzeba zadbać. Promowanie czytelnictwa nie polega jedynie na przekonywaniu do czytania tych, którzy tego nie robią. Z moich rozmów z osobami przyjeżdżającymi na festiwal od lat wynika, że to dla nich ważne wydarzenie, które stwarza możliwość poznania ludzi o podobnych wartościach, spotkania ulubionych autorów, ale też odkrycia nieznanych wcześniej nazwisk. W 2024 roku przeprowadziliśmy badania publiczności festiwalu i w ankietach wiele osób wskazywało, że chcą uczestniczyć w spotkaniach z autorami, których nie znają, bo mają zaufanie do naszych wyborów. I przyjeżdżają tutaj na te spotkania, kupują książki lub wypożyczają z bibliotek i czytają.

 

W ten sposób festiwale mają realny wpływ na promocję czytelnictwa, ale także na kształtowanie gustów czytelniczych.

 

Tak, zdecydowanie. Literacki Sopot co roku odbywa się pod sztandarem literatury jednego kraju lub języka. Wiem, że czasem wydawnictwa, wiedząc, jaki będzie temat wiodący kolejnej edycji, planują wtedy premiery książek autorów z tego kraju/obszaru. W ten sposób festiwal ma realny wypływ na rynek wydawniczy. Oczywiście programy festiwali też opierają się na spotkaniach z autorami, którzy są w danym momencie popularni i czytani, ale myślę, że nie ma w tym nic złego – podobnie na festiwalu muzycznym idziemy na headlinerow, ale równocześnie przypadkiem odkrywamy zespół, o którym nigdy nie słyszeliśmy, a nieoczekiwanie nas zachwyci. Trzeba to próbować wypośrodkować – część programu poświęcić autorom dobrze znanym uczestnikom, ale również przemycić spotkania o książkach, na które może sami nie zwróciliby uwagi. Na naszym festiwalowym klubie książki ostatnio czytaliśmy książkę, o której prawie wszyscy uczestnicy zgodnie powiedzieli, że gdyby nie klub, nigdy by po nią nie sięgnęli. A wywołała zażartą, prawie dwugodzinną dyskusję. Myślę, że to też jest rola festiwali i klubów czytelniczych: zwrócenie uwagi na inną literaturę, niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni.

 

Festiwal literacki unaocznia pewien paradoks – czytanie, a tym bardziej pisanie to samotnicza czynność, a jednak literatura podczas festiwalu jednoczy i przyciąga ludzi. Dlaczego?

 

Myślę, że żyjemy dziś w takim specyficznym rodzaju samotności – w teorii mamy mnóstwo znajomych, w mediach społecznościowych dzielimy się swoim życiem, ale te codzienne, bezpośrednie relacje oparte na rozmowie są w zaniku. Spotkania i wydarzenia kulturalne dają okazję, by spotkać się z osobami, z którymi nie mielibyśmy szansy na co dzień porozmawiać. Łakniemy małych wspólnot, a festiwal literacki jest taką wspólnotą osób czytających, ale też osób chcących poznawać świat. Mimo że zazwyczaj mówi się, że czytelnicy to introwertycy i czytają w samotności, to jednak w głębi duszy chcemy również porozmawiać, podzielić się przemyśleniami po lekturze. W tym roku na festiwalu organizujemy akcję „To nie jest czas na czytanie w samotności”, która została zapoczątkowana przez dwoje aktywistów z Gdańska, a polega na tym, że grupa kilkunastu czy kilkudziesięciu nieznających się osób przychodzi w określonym czasie w określone miejsce i przez dwie godziny czyta. Każdy ze swoją książką siada, gdzie chce, ale potem jest chwila przerwy, kiedy wszyscy spotykają się na kawie czy herbacie i nagle zaczynają rozmawiać. Czytamy może w samotności, ale potem spotykamy się, żeby jednak pobyć z drugim człowiekiem.

 

Literacki Sopot kończy 15 lat, co oznacza, że jeśli ktoś po raz pierwszy pojawił się na tym festiwalu jako dziecko, teraz właśnie wchodziłby w dorosłość. Czy masz poczucie, że macie takich wychowanków Literackiego Sopotu i festiwalową wspólnotę?

 

Myślę, że Literacki Sopot może być takim wydarzeniem formującym dla niektórych z wolontariuszy, którzy zostali nimi, będąc w liceum, potem pracowali przy festiwalu na studiach, a teraz nadal wracają jako uczestnicy, a czasem jako prowadzący spotkania. W naszych badaniach publiczności 75% osób ankietowanych wskazało, że to był ich kolejny festiwal – dla jednych trzeci, dla innych piąty czy dziewiąty. Ta grupa osób, która wraca na festiwal, jest więc spora. Rodzaj więzi tworzą także takie wydarzenia towarzyszące jak drużynowy quiz literacki – co roku zgłaszają się rożne drużyny, niektóre składają się z osób poznanych już na quizie, bo komuś brakowało uczestnika do drużyny lub nie miał z kim wystartować i w ten sposób się poznali. Obok wspólnoty publiczności inną wspólnotą jest zespół festiwalu, który jest tutaj w podobnym składzie z małymi wyjątkami od 10 lat. Niektóre osoby zaczynały z nami współpracować, będąc na studiach, teraz mieszkają na drugim końcu Polski, ale przyjeżdżają na czas festiwalu, by działać z nami. Ta atmosfera, która jest w samym zespole, przenosi się też na uczestników i uczestniczki.

 

Jakie cele stawiał sobie Literacki Sopot, gdy był jednym z pierwszych festiwali literackich w Polsce, a jakie wyzwania ma przed sobą dziś?

 

Literacki Sopot powstał z inicjatywy Joanny Cichockiej-Guli, która była wtedy wiceprezydentką Sopotu, a do końca 2024 roku dyrektorką festiwalu. Myślę, że celem było wtedy pokazanie trochę innego oblicza kultury w Sopocie, zbudowanie wydarzenia kulturalnego na wysokim poziomie, ale także przyciągnięcie innej publiczności. Kolejnym celem było pokazanie, że nie tylko festiwale muzyczne, teatralne czy filmowe, ale literatura też jest ważną częścią kultury. Myślę, że to się udało osiągnąć. Na pewno nowym wyzwaniem jest utrzymanie naszych odbiorców, przy tak dużej liczbie konkurencyjnych imprez o bardzo fajnych programach. Myślę, że dla wielu organizatorów festiwali trudnością jest niepewność co do budżetu, a to jest czynnik, który mocno wpływa na organizację na festiwalu. Dużym wyzwaniem jest dotarcie do młodszych odbiorców, dla których forma uczestnictwa w kulturze jest zupełnie inna, niż była paręnaście lat temu. Nasza publiczność dorasta, dojrzewa, a my musimy zadbać o to, by ta młodsza generacja również trafiła na to wydarzenie i chciała w nim uczestniczyć. Od trzech lat mamy pasmo „Young Adults”, które jest takim właśnie ukłonem do młodszej publiczności. Staramy się dotrzeć do rożnych grup odbiorców, bo zdajemy sobie sprawę, że gdy mówię o wspólnocie osób czytających, to jest to pewna bańka. Czasem trzeba zrobić kilka kroków w inną stronę, by poza tę bańkę wyjść. Dlatego w tym roku postanowiłam przygotować strategię festiwalu na najbliższe lata, bo uważam, że trzeba zbadać obecny stan festiwalu, ale również oczekiwania naszych odbiorców, by pod nie programować przyszłe edycje. Nie można stać w miejscu, trzeba patrzeć na to, co się dzieje teraz, ale też trochę do przodu.