Obfite fleksje, niebywałe morfologie.

Z Marcinem Mokrym rozmawia Jakub Skurtys

Marcinie, w każdej twojej książce jest zawsze sporo doświadczeń osobistych, rodzinnych, ale jest też dużo myślenia geograficznego – konkretnymi przestrzeniami, może nawet trochę liryki krajobrazowej. Jeśli pozwolisz, chciałbym więc zacząć przy tej najnowszej, czwartej, od tego, jak i gdzie rodziły się Solarysze?

 

Zacznijmy więc w klimacie filmów Davida Attenborough. Kamera powoli zjeżdża w dół, przechodzi przez warstwę chmur i wyłania szeroki kadr. Lektor: „Rachelany to niewielka wieś na północnym-wschodzie Polski, granicząca z Litwą. Krajobraz łagodnych wzgórz morenowych, jezior, mokradeł, pól uprawnych i lasów borealnych. Obszar, który wiosną i jesienią spowija mgła, a zimą trzyma uporczywy mróz. Wegetacja jest wolniejsza, spoczynek zimowy dłuższy, a lato krótsze. Teren szczególnie bogaty ornitologicznie, co jeszcze bardziej uwyraźnia pory roku. Po monumentalnej ciszy zimowej na wiosnę eksploduje ptasia gwara”. Jednak na opisie tej warstwy nie możemy zakończyć, bo w tym regionie w PRL był plan utworzenia okręgu górniczego i eksploatacji rud tytanomagnetytowych. Przemysłowo wciąż nie wiercą, działania ograniczają się do badań geologicznych. Inwestycja w infrastrukturę wydobywczą pozostaje na razie nieopłacalna. Do tego dochodzi cały wątek migracyjny, który rozpoczął się po naszym przyjeździe na północ. W powiecie sejneńskim znajduje się trójstyk z Białorusią i Litwą, Puszcza Augustowska, w której, kierując się pinezkami, poszukiwaliśmy ludzi z Dalekiego Wschodu. Jednym słowem sprowadziłem się z ogromnego zaściankowego Śląska do małego centrum świata. To istotne. Przeszedłem przez Morze Czerwone transformacji, z PRL do neoliberalnej Polski w Gliwicach na Górnym Śląsku ze wszystkimi wstrząsami, radościami i traumami. Po przyjeździe na północ jako pierwsze mnie uderzyło, że dookoła tyle jest dźwięków życia. Drugie to to, że przesmyk suwalski to nie nazwa z branży turystycznej, tylko termin z dziedziny geopolityki i właśnie Rosja wjechała czołgami na teren Ukrainy.

 

Skąd zatem pomysł, żeby na dalekim krańcu Polski, w Sejnach, w sytuacji kryzysu migracyjnego i napięć politycznych, sięgnąć po solarpunk, konwencję sci-fi, która kojarzy się raczej z futuryzmem, z postępem lub dystopią, ale też z technologicznym przekraczaniem naszych ograniczeń?

 

Z niedosytu? Braku? Ustalmy tylko, czym jest ten solarpunk, bo łatwo o nieporozumienie. Można go kojarzyć z internetową estetyką ekomiast, szklanych wieżowców porośniętych przystrzyżoną trawą i z latającymi samochodami, dostarczanymi przez korporacje. A mnie interesuje raczej nurt praktyczno-polityczny solarpunka, w którym estetyka wynika z funkcjonalności, w którym widać kable, panele słoneczne są z odzysku, a ogrody to nie ozdoba, lecz źródło jedzenia; tam, gdzie praktykuje się sąsiedzką pomoc i tworzy biblioteki rzeczy. Polecam tekst Zacha Mandevilla, który daje wgląd w taką perspektywę solarpunka.

 

Czyli nie utopijna konwencja i gry z popkulturą, a forma politycznego manifestu na teraz?

 

Jesteśmy bardziej solarpunkowi, gdy zakładamy wspólnoty mieszkaniowe lub gdy zabiegamy o prawo do naprawy i uczymy się naprawiać, niż kiedy kupujemy elektryczne Tesle. Technologia nie jest problemem, nie będzie też rozwiązaniem, dopóki pozostaje poza kontrolą społeczną, dopóki za cenę wygody pozwalamy robić z nas technologicznych analfabetów. O tym jest solarpunk. O przyszłości robionej społecznie z dostępnych już dzisiaj odpadków. Dla mnie ważny stał się w momencie, gdy nachodziły mnie odrętwiające myśli dotyczące przyszłości. Czy nie podrzynam gardła sobie i najbliższym tylko dlatego, że jestem bezsilny? A może bawię się z nimi, uczę się i pokazuję świat, ponieważ wierzę, że inna przyszłość jest możliwa? Może podsuwa tę nadzieję samo życie?

 

Takie komunitarystyczne ujęcie bardzo do mnie trafia. Kiedy rozmawiałem o Solaryszach, często padało też inne określenie: biopunk. Wzorem naszych futurystów, zwłaszcza Aleksandra Wata, życie się u ciebie pleni, mutuje, tworzy nowe, postludzkie konfiguracje. Ale czy ten nowy homo futurus to technologiczno- organiczna hybryda, czy przeciwnie: wzorem Thoreau ucieka on do chatki w lesie w Rachelanach, jak najbliżej ptaków, a jak najdalej od trzeszczenia na kablach?

 

Thoreau kusi, ale już niedługo takie chatki będą dostępne. Ponadto życie na odludziu – tutaj referuję myśl Filipa Springera – zwłaszcza drugi dom w dziczy, to mało ekologiczny luksus, który zabiera przestrzeń bytowania przyrodzie, przerywa szlaki migracyjne itp. Przyszłość jest w miastach, a oprzyrządowanie człowieka jest jego ewolucyjną właściwością. Wbrew potocznemu przekonaniu ludzie techniczni potrafią mieć wyobraźnię, a ta jest przejawem życia. Ale kim jest homo futurus, nie umiem powiedzieć. To jest cała słabość Solaryszy, że ja nie umiem w sci-fi, i wielka siła, że się tego nie podejmuję. Raczej oddaję tylko stan ducha. Tę moją inżynierię językową, to sklejanie słów można nazwać biopunkiem lub bardziej zwyczajnie: poezją.

 

No tak, można powiedzieć, że ten futurystyczny „punk” raczej stwarzasz tu od zera, wydobywając jego zaczątki z głębin języka polskiego. Ale też przedstawiasz to tak, jakby w samo działanie poetyckie wpisana była refleksja nie tylko nad językiem, autotematyzm, ale też nad technologią, adaptacją do niej.

 

Nabyte doświadczenia czytelnicze budują nasze nawyki, oczekiwania, uprzedzenia, które rzutujemy na kolejne czytane teksty. W prozie mamy gatunki, więc łatwiej o wygodę w tym sensie, że czytając różnych autorów, otrzymujemy coś podobnego. Spotkanie z poezją zawsze będzie bardziej wymagające, ponieważ to my musimy się częściej dostroić do tekstu. Największa wartość obcowania z wierszem tkwi w tym, że wypróbowuje naszą rezyliencję, zdolności adaptacyjne. Biorąc tom Mokrego do ręki, zapewne doświadczymy stresu, jeśli jednak pomimo porażki, jednej czy drugiej, wrócimy do równowagi, to pozwolimy na to, żeby dokonało się w nas w jakimś stopniu przekodowanie tych nawyków, oczekiwań, uprzedzeń, z jakimi weszliśmy w tę sytuację. A to jest z pewnością zdolność człowieka jutra.  […]