Narodziny nowego świata
Adam Woźniak
Niemal 650 wypełnionych gęstym drukiem stron. Kilka różnych języków, poetyk, wrażliwości i zbudowanych z imponującym rozmachem światów. Grubo ponad milion znaków ze spacjami. Trzy odmienne estetycznie części, które bez większego trudu można by przerobić na samodzielne, zróżnicowane wewnętrznie i reprezentujące inny poziom artystyczny dzieła.
Opowieść o conditio humana w pierwszych dekadach XX wieku. O fyrtlach, blyrwach i pijacko-złodziejskich uniesieniach. O narodzinach nowego świata, nowej sztuki i obyczajowości, wybuchach narodowego entuzjazmu, karnawałach wolności, dziejowych flautach i następujących po nich sztormach. Powieść historyczna, mieszczańska, awanturnicza i psychologiczna zarazem. Skupiona na egzystencjalnym detalu, ale też pospieszna – ukazująca dzieje z lotu wyjątkowo narwanego ptaka. Pisana od sztancy i z poruczenia twórczego geniusza. Wybitna? Być może. Przegadana? Na pewno.
Poza kilkoma ogólnikowymi banałami (patrz wyżej) i najbardziej podstawowym opisem fabuły o Kasperlu i Margit Macieja Płazy trudno powiedzieć coś, czego nie trzeba by było za chwilę odszczekać. Zacznę więc od opisu fabuły, a potem pozwolę sobie pokroić ten sakramencko obszerny tekst i dokonać kilku krytycznoliterackich zbliżeń.
Akcja startuje w Poznaniu w roku 1904. Kasperl rodzi się jako syn prostytutki na bandyckim Chwaliszewie. Od małego kocha muzykę. Nie ma ojca, ale szybko znajduje nauczyciela, który pokazuje mu tajniki gry na akordeonie i wprowadza w świat miejskich muzykantów. Chłopak łapie w mig i w ciągu kilku lat staje się złotym dzieckiem poznańskich ulic – gra, śpiewa, pije, kradnie, pali, współpracuje z mafią, a my przeżywamy z nim głód, chłód, poniżenie, pierwsze sukcesy i erotyczne uniesienia. Druga z wymienionych w tytule postaci ma zdecydowanie więcej szczęścia. Małgorzata Krzyńska (późniejsza Margit) to wychowana w purytańskiej atmosferze polska „hrabianka”. Bywa w teatrach, marzy o tym, by zostać aktorką, i szkoli się w tym rzemiośle u znanej nauczycielki. W pewnym momencie zakochuje się jednak w obiecującym niemieckim lekarzu i porzuca artystyczne ambicje. Na chwilę. Bo zaraz potem wybuchają I wojna światowa i powstanie wielkopolskie, które wywracają do góry nogami życie obojga bohaterów. Jak łatwo się domyślić, w efekcie serii zbiegów okoliczności biegnące do pewnego momentu zupełnie niezależnie opowieści Kasperla i Margit stają się w końcu jedną historią. Kompozycyjnie mamy zatem do czynienia z dwiema partiami solowymi i bardzo długim finalnym duetem.
Partia solowa Kasperla została „wyblurbana” znakomicie i jest zdecydowanie najefektowniejszą częścią całego utworu. Płaza wykonał benedyktyńską pracę na źródłach historycznych, co pozwoliło mu niezwykle przekonująco (w duchu klasycznego realizmu) odmalować realia Poznania początku XX wieku, a do tego zdecydował się na bardzo głęboką (i zdecydowanie mniej klasyczną) stylizację językową, która sprawia, że zamiast spokojnie przechadzać się po gościńcu, często (i ochoczo) płyniemy z rytmem rozbieganej świadomości głównego bohatera. Ta cwaniacko-liryczna fraza ma źródła przede wszystkim w fyrtlach, podwórkach i kronikach kryminalnych. Gdybym jednak miał pokusić się o jej literacką genealogię, to szukałbym gdzieś między Mechaniczną pomarańczą Anthony’ego Burgessa, balladami Stanisława Grzesiuka i tekstami współczesnych poznańskich raperów. To nienajgorsze połączenie.
Interesująca i niejednoznaczna jest też sama postać głównego bohatera. Kasperl to sokratejski Eros – syn Biedy i Dostatku, wiecznie niezaspokojony, ciekawy, otwarty na świat, zawsze w pół kroku między pożądaniem a jego spełnieniem. Od początku przekracza (czy wręcz usuwa) granice między dobrem a złem. Z równym wdziękiem odgrywa rolę pospolitego przestępcy, czułego kochanka i bohatera narodowego. Wbrew pozorom robota pisarska Płazy nie była w tym przypadku łatwa – stworzyć „łobuza, który kocha (i jest kochany) najmocniej”, bohatera pikarejskiego, romantycznego i komicznego zarazem, a przy tym uniknąć banału, to zadanie, które wydaje się niemal niemożliwe. A jednak (na razie mowa tylko o „partii solowej”) się udało. Kasperl jest oczywiście nieco przerysowany i – na pewno – przeżywa trochę więcej nieprawdopodobnych przygód niż przeciętny (czy nawet nieprzeciętny) człowiek, ale wszystko to mieści się w ramach przyjętej konwencji. Bo czy czepiamy się, że wolterowski Kandyd powinien zginąć przy pierwszym kontakcie z Bułgarami albo że bohater Dzwonu Islandii Halldóra Laxnessa zbyt często wymyka się wymiarowi sprawiedliwości? Oba te skojarzenia wydają się trafne także na poziomie struktury fabuły – opowieść Kasperla to seria drobnych napięć, zgrzytów i mikrokulminacji, która przypomina raczej życie postaci z kreskówki czy powiastki filozoficznej niż schemat klasycznej tragedii, romansu lub kryminału. Na horyzoncie migocze mu zwykle jakiś cel – wolność narodu, marzenie o spotkaniu dawnego przyjaciela czy wyjątkowo czuła „blyrwa”, ale nie do końca wiadomo, co bohater miałby z tym wszystkim na dłuższą metę począć. W tym sensie Kasperl jest człowiekiem nowoczesnym (wykorzenionym) oraz antynowoczesnym (bez planu, celów, „wielkiej narracji”) zarazem. I to wydaje się w nim najciekawsze.
Opowieść Margit jest zupełnie inna. Poza drobnymi „wykroczeniami” przy okazji scen erotycznych jej monolog można by wziąć za typową (anty-) mieszczańską narrację z początku XX wieku. Oto pełna gniewu, ambicji i tłumionego pożądania dziewczyna z klasy wyższej przełamuje presję otoczenia i decyduje się żyć tak, jak sobie wymarzyła – wyjeżdża do Berlina, zostaje gwiazdą, a następnie ponosi konsekwencje: uzależnia się od narkotyków, gubi sens; próbuje go odnaleźć w innym, mniej „celebryckim” świecie… Płaza pisze o tym wszystkim ponadprzeciętnie długimi, nieco sztywnymi zdaniami, które przywodzą na myśl prozę późnego Żeromskiego lub wczesnego Mackiewicza. Nic specjalnego? Być może w izolacji. W parze z rozedrganym bajdurzeniem Kasperla monolog Margit robi bardzo przyzwoite wrażenie. Autor doskonale gra kontrapunktem i perspektywą – ustawione obok siebie historie dwójki nieznających się bohaterów wzajemnie się komentują, nabierają nowych jakości estetycznych i – przede wszystkim – pozwalają przyjrzeć się narodzinom nowoczesności z nowego, a w każdym razie rzadkiego, punktu widzenia.
Płaza wgryza się w tkankę historii od środka. Wielkie zdarzenia jawią nam się w tekście tak, jak mogły jawić się wielu podrzędnym aktorom dziejowej sceny – jako mniej lub bardziej ekspansywne tło dla codziennej bieganiny zmierzającej do ukojenia trosk, zaspokojenia własnych pragnień, ambicji i popędów. Ta bezpretensjonalność raczej potęguje, niż tłumi wrażenie wzniosłej (w sensie kantowskim) konfrontacji z Dziejami – bohaterowie są mali, dosięgają ich tylko niektóre wichry historii. A i to wystarcza, by do głębi poruszyć czytelnika.
Nieco gorzej wypada ostatnia, trzecia część utworu, w której dochodzi wreszcie do spotkania głównych bohaterów, a w warstwie językowej do swego rodzaju estetycznego porozumienia między skrajnie odmiennymi poetykami. Przede wszystkim trochę trudno zrozumieć przyczyny i logikę nagłych przemian, których doświadczają bohaterowie. Jasne, że wszystko można wytłumaczyć upływem czasu, rozczarowaniami i przebytymi traumami, ale czytelnik chciałby wiedzieć, dlaczego te wstrząsy i rozczarowania pchnęły bohaterów akurat w tę, a nie w inną stronę. Dlaczego czterdziestoletnia femme fatale i dziesięć lat młodszy żigolak stają się nagle najczulszymi istotami we wszechświecie? Skąd wzięło się to nagłe i głębokie porozumienie dusz? Czy ludzie pijący i ćpający od wielu lat nie miewają problemów w relacjach? Dlaczego autor postanowił unicestwić krwiste postaci i powołał w ich miejsce uśrednionych (czule-zlęknionych) bohaterów polskiej prozy ostatnich lat? Nie mam pojęcia.
Deficyty te doskwierają tym mocniej, że mniej więcej od momentu przecięcia losów bohaterów (połowa lat 20.) narrator zaczyna poświęcać zdecydowanie mniej uwagi kreowaniu ciekawych wydarzeń, a więcej życiu wewnętrznemu postaci – ich rozterkom, wspomnieniom, zmaganiom z demonami przeszłości. Do tej pory Płaza pozwalał sobie na fabularne wypłaszczenia tylko wtedy, gdy wymagała tego kompozycja – teraz wszystko staje się płaskie, ujednolicone i nieco przegadane. Bohaterowie bez końca mielą swoją przeszłość, pogrążają się w melancholii, odwiedzają symboliczne dla siebie miejsca, a my coraz bardziej obojętniejemy..